Reklama

2019-02-18 19:26:00

Blog

Rysy o zachodzie. Rysy o wschodzie

Reklama

Reklama

Znów wędrujemy ciepłym, górskim szlakiem, białymi łąkami, otoczeni tatrzańskimi kolosami. Z feerią letnich kolorów na sobie. W powietrzu czuć wiosnę pomimo, że nigdzie nie słychać porannego świergotu ptaków. Czasami to jednak nie ma znaczenia. Wystarczy, że górskie powietrze przestaje pachnieć zimą.

Dziewczyny niczym azjatyckie przewodniczki niosą przypięte do plecaków trzy balony w kształcie serc. Te szaleją, zrytmizowane wiatru powiewem. Pierwszy z nich odfruwa jeszcze w drodze do Popradskiego Plesa. Buntownik, kochający wolność ponad pierwszoplanowe role na szczytowych fotografiach. 

Nieśpiesznie zdobywamy kolejne metry, tocząc przy tym przeplatające się dyskusje o kwestiach egzystencjalnych z tymi najbardziej prozaicznymi. Ktoś rozmyśla o bycie, trzymając się kurczliwie poręczówki nad Żabimi Plesami Mięguszowieckimi, by inny ktoś w tym samym czasie i miejscu prężył się i stawiał opór własnej fizjologii. W końcu nic, co ludzkie nie jest nam obce. 

Słynący z gościnności Viktor Beránek przygotowuje dla nas Chatę pod Rysami. W weekend przecina się w Dolinie Mięguszowieckiej osiemnaście naszych orbit, stąd stało się w ogóle możliwe, by skompresować całą tę kosmiczną energię w tym najwyżej położonym w Tatrach schronisku. Przekraczamy jego próg i kolejny balon, nie wytrzymując intensywności przeżyć albo po prostu różnicy temperatur pęka. Huk jego odejścia na inny świat przypomina dźwięk schodzącej z Ciężkiego Szczytu lawiny. Postwalentynkowe zdjęcie ze szczytu staje się zagrożone, więc nie ryzykując, ostatnie waleczne serce pozostawiamy na zewnątrz. 

Siły witalne wracają po zjedzeniu czosnkowej zupy, choć w tym wypadku należałoby chyba napisać czosnku z zupą… Zakładamy prędko kaski i raki, bierzemy czekany w dłonie i ruszamy, by na Rysach stanąć jeszcze przed 16:59, naszą godziną zero, kiedy to słońce schowa się za Krywaniem, a na niebie pierwsze skrzypce zacznie grać księżyc. 

Na polskim wierzchołku widzimy w oddali jedną postać, która stanie się kilka minut później pogromcą naszego ostatniego balonowego serca. Rysy zdobywamy w komplecie, w napięciu patrząc na ogień, jaki kreuje na niebie zachodzące słońce. Plecak, do którego przypięte było wypełnione helem serce, niechcący – choć czy aby na pewno? – zostaje zadeptany przez anonimowego turystę. Balon pęka i pomimo, że na szczycie stanął, to do symbolicznego zdjęcia pozują już tylko jego strzępy. 

Najwspanialszy w Chacie pod Rysami jest brak zasięgu. Nowe technologie wsadziły nas w gorset, piekielnie mocno zasznurowany tak, że zupełnie nieświadomie tracimy sami nad sobą kontrolę. Tym razem byliśmy dla siebie nawzajem absolutnie całym sobą. Toczyliśmy wielogodzinne rozmowy przy blasku lamp naftowych, w towarzystwie dźwięków gitary i stołu wypełnionego po brzegi kolorowymi jak nasza górska odzież napojami. 

A tymczasem kilka godzin później, gdy na zegarku wybił kwadrans po piątej, zadzwonił budzik. Powtórka z rozrywki: idziemy na Rysy. Wczoraj żegnaliśmy słońce, tymczasem dziś kiedy przekroczy linię horyzontu będziemy je witać. Wierzcie mi lub nie, ale każda sekunda tego porannego spektaklu warta była zapłaty, której walutą stały się minuty snu.     

Kora śpiewała, że przyszła na świat po to, aby spotkać „go”, ja mógłbym zaśpiewać – gdybym tylko potrafił – że przyszedłem na świat po to, aby spotkać Tatry, bo są one moim słońcem, a ja jestem ich niebem. I tak, w nich jest mój dom.  Także, po prostu bądźcie!

Tekst: Łukasz Mucha

Fotografia: Rafał Raczyński

Reklama
Komentarze Facebook
Dodaj komentarz
Wysłanie komentarza oznacza akceptację regulaminu komentowania na łamach 24tp.pl