2013-04-30 23:05:24
„Dysłoszerka”
Kiedy po przyjeździe do USA mieszkałem w New Jersey, pracowałem na bardzo ważnym i odpowiedzialnym stanowisku pomocnika "diswashera", czyli takiego co zmywa garnki, sztućce oraz inne talerze i miski w knajpie. A przy okazji jest chłopcem na posyłki kucharza i każdego innego pracownika tej restauracji też. Restauracja nazywała się "Fisherman" (Rybak), choć ryb i innych wodnych stworzeń było w menu jak na lekarstwo. Przeważały dania z wszystkiego innego tylko nie z ryb.
Płacili najmniejszą stawkę, ale karmili za darmo. I uważali, że to darmowe jedzenie jest rekompensatą za wszystko. Przynajmniej wtedy, 20 lat temu tak było choć nie sądzę, by wiele się do tej pory pod tym względem zmieniło.
„Diswasherem", czyli głównym zmywaczem był Polak przebywający w USA kilka lat dłużej niż ja. Na imię miał, powiedzmy, Alfred. Wprowadzał mnie w tajniki pracy w sposób jakby to był co najmniej kurs nauki latania samolotem. Uczył mnie jak należy trzymać nóż, skrobak a jak ścierkę, że o miotle czy szczotce do szorowania posadzki w kuchni nie wspomnę. Bez przerwy pouczał jak układać talerze w pojemniku do zmywarki, jak sztućce a jak garnki. Według niego, położenie noża czy widelca nie tak, jak robił to on, równało się z co najmniej powiedzeniem do biskupa per „proszę pana”.
Z kolei przecieranie ściereczką talerza z lewej na prawą a nie odwrotnie było wręcz jazdą pod prąd jednokierunkową ulicą i domagało się mandatu. Co do tego ostatniego to myślę, że gdyby tylko mógł to karałby mnie takimi mandatami zasilając swoje konto, nie tyle w banku co w skarpecie.
Alfred się znał, a ja nie. On wiedział jak obrać cebulę, którą paczuszkę hamburgerów wyjąć z kartonu i dać kucharzowi a którą należy zostawić i przynieść za 30 minut jak mu znowu braknie. "Z której strony kartonu wziąłeś?" pytał a usłyszawszy odpowiedź kazał odnieść i przynieść z drugiej strony. Szedłem do magazynku, wracałem i dawałem mu znowu tą samą paczkę co Alfred z zadowoleniem kwitował znaczącym - no widzisz... Prócz tego on był "Hamerykaninem" już jakiś czas, a ja dopiero co przyjechałem. Byłem więc gorszej kategorii i ustawiałem się w jego zaszeregowaniu nawet "za murzynami". Polecenia pomocnikowi "dishwashera" wydawali wszyscy, ale on jeden robił ze mnie cywilizowanego człowieka i wiedział co i jak mam robić, by budować dobrobyt USA.
Dziwnym trafem, kiedy w porze "lanchu" w zastraszający sposób rosła prze zmywakiem sterta naczyń przynoszona przez „basboyów” z restauracyjnej sali, on szedł porządkować śmietnik na zewnątrz. Podobnie, gdy na sali było pełno klientów w piątkowy wieczór, natychmiastowe pozamiatanie wkoło śmietnika na podwórzu było niezbędne do normalnego funkcjonowania restauracji i oczywiście Alfred ruszał to robić.
Kucharzy było dwóch. Starszego wiekiem, Włocha z pochodzenia, o imieniu Francesco, nie interesowało nic po za gotowaniem. Często pytał się mnie, co chciałbym zjeść i zaznaczał, że mogę sobie wybrać co tylko zechcę. Zazwyczaj odpowiadałem, że jest mi wszystko jedno. Wtedy Francesco mówił, że jeżeli chcę Filet de Mignon albo czarnego łososia z frytkami lub pieczonymi ziemniakami, z jakimi dodatkami tylko sobie zażyczę, on zrobi. Znowu powtarzałem, że jest mi obojętne czym mnie nakarmi, więc Francesco podsuwał mi po jakimś czasie na talerzu podwójne porcje tego, co akurat przed chwilą zamawiali goście. Bo miał już gotowe produkty na stole.
Inaczej było z drugim kucharzem, amerykańskim Stevem. On nigdy nie pytał, co chciałbym zjeść, najczęściej gdy przychodziła pora posiłku dla personelu zapominał o mnie, a gdy się upominałem, podawał mi makaron z jakimś serem. "Pasta and chees for you" - mówił podsuwając talerz z połową porcji. Nie narzekałem, w kuchni zawsze była możliwość podjedzenia, a piszę o tym, by pokazać różnicę między tymi dwoma kucharzami.
Steve, dając mi jedzenie nigdy nie omieszkał zapytać - good Amerika, right? na co ja niezmiennie kiwałem głową myśląc wręcz odwrotnie a "f...en Amerika" było w tym momencie jak najbardziej na miejscu.
Kiedyś, po normalnej wymianie zdań z Francesco, gdy na pytanie "co ty chciałbyś zjeść" usłyszał moje "obojętnie", kiwnął potakująco głową i podszedł w głąb kuchni. Po chwili podał mi na największym półmisku jaki znalazł, jedno, ugotowane na twardo jajo obrane ze skorupki. Zaniemówiłem, a on z uśmiechem zapytał: obojętnie?
Od tej pory już zawczasu sprawdzałem, co jest w karcie i kiedy Francesco pytał co bym zjadł prosiłem o coś, co mógł dla mnie przygotować. A robił to naprawdę po mistrzowsku. Jego porcje były wręcz olbrzymie i zjadałem je na raty. Francesco z zadowoleniem się uśmiechał, kiedy nie tylko ja, ale i z personelu na pytanie "jak smakowało" odpowiadali, że jedzenie przez niego przygotowane było wyśmienite.
Jak już napisałem, polecenia wydawali mi wszyscy. Właściciel knajpy, menadżer restauracji, jego zastępca i kilku zastępców zastępcy. Kelnerzy i ich pomocnicy czyli basboye, kucharze, kasjerki i oczywiście najważniejszy w restauracji "dishwasher". Jeżeli chodzi o polecenia Francesca, to odnosiły się one wyłącznie do tego, by mu coś przynieść z chłodni czy podać z szafy spiżarniowej. W przeciwieństwie do Steva, który np, mimo, że miał kilka innych identycznych patelni, rzucał mi przed chwilą właśnie użytą i kazał doprowadzić ją do porządku, bo danie przygotowane na innej nie będzie klientowi smakowało. Podobnie było z garami czy innymi kuchennymi statkami.
Pewnego dnia, kiedy w restauracji było pusto, menadżer restauracji kazał mi iść sprzątnąć chłodnię. Alfred, widząc, że jest prawie "bezklientelnie" zaszył się w ubikacji z jakąś gazetą i siedział już tam z kwadrans. Jego raczej rzadko szukali do jakiejś roboty jeżeli ja byłem pod ręką...
Ubrałem się odpowiednio do tej pracy, gruby "waciak", rękawice z jednym palcem, czapka narciarska zakrywająca uszy. Te akcesoria zawsze wisiały koło drzwi do chłodni, w której panowała temperatura około 5 - 10 stopni poniżej zera. Najczęściej wchodziło się na chwilę, tylko po jakieś zamrożone mięso lub rybę. Sprzątanie polegało na ułożeniu w miarę porządnie, zamrożonych tusz zwierzęcych, kartonów z rybami czy kurczakami, hamburgerami i co tam jeszcze w tej chłodni się trzymało. A także na porządnym zamieceniu podłogi. Kiedy byłem może w połowie roboty, przyszedł któryś zastępca zastępcy i powiedział, że chłodnię skończę później a teraz mam iść na zewnątrz restauracji i sprzątnąć koło śmietnika. Bo on tam przed chwilą był coś wyrzucić i zobaczył, że jest bardzo brudno.
Był koniec maja i wokół śmietnika nie pachniało zbyt przyjemnie, ale z chęcią poszedłem się rozgrzać po pracy w chłodni. Paliłem jeszcze wtedy papierosy i tam mogłem spokojnie delektować się dymkiem. W restauracji był spokój i nie zanosiło się na klientów przed wieczorem, więc pomyślałem, że będę tam sprzątał tak długo, aż mnie zawołają.
Pracowałem powoli. Sprzątałem i sprzątałem i zapewne to moje sprzątanie trochę już trwało ale jakoś nikt mnie nie wołał. Dlatego sam po wypaleniu któregoś z kolei papierosa wróciłem do restauracji.
Kiedy wszedłem do kuchni, od razu dopadł mnie Steve krzycząc, że paliłem co najmniej dwie godziny a on już dopilnuje, by mi za ten czas nie zapłacili. I mam biec do zlewu, bo on potrzebuje natychmiast te patelnie, które przed chwilą tam wrzucił.
Ruszyłem na zaplecze ale po drodze zatrzymał mnie główny menadżer kuchni i oznajmił, że nie sprzątnąłem chłodni mimo, że przecież mi kazał. Prócz tego, zarówno Steve jak i Alfred mu donieśli, że ja gdzieś sobie poszedłem. Sam, nie pytając nikogo o pozwolenie. A on sobie nie życzy bym wychodził nawet do ubikacji nie informując go o tym, bo on od tego jest menadżerem i to najważniejszym a nie byle jakim i on musi wprost wiedzieć kiedy pracownicy robią siusiu. A teraz mi z zapłaty odlicza 4 godziny. I że jest to ostatni raz jak gdzieś polazłem nie mówiąc mu gdzie i po co. Odszedł, zupełnie nie słuchając tego, co chciałem mu na swoje usprawiedliwienie powiedzieć.
Mijając Francesca, który pocieszająco się do mnie uśmiechnął usłyszałem od przechodzącego właśnie właściciela restauracji, że jak tylko skończę zmywanie tej sterty garów ”co tam jest", mam się do niego zgłosić. Bo znikam i nikt nie wie gdzie jestem, więc lepiej, bym przygotował sobie coś na wytłumaczenie i obronę, bo jak nie, to on mnie wywali z pracy.
Doszedłem do "dishmaschiny" czyli automatycznego zmywaka. Przed nią leżały talerze duże i małe, głębokie i płytkie, talerzyki deserowe, miski i miseczki, szklanki i inne kieliszki, wszystko co chyba tylko znaleźli w zakamarkach restauracji. W bakistach były stosy zabrudzonych noży, widelców, łyżek i łyżeczek. Alfred, mokry od potu i ochlapany wodą czy też zmoczony parą wydobywającą się z pracującego "na full" zmywaka ładował do pojemnika kolejną porcję naczyń przeznaczoną do mycia.
Kiedy mnie zobaczył, wrzasnął, że nareszcie się zjawiłem i natychmiast mam stawać przy "disku" bo on musi do ubikacji. A później to on już mi pokaże. Zapytałem z głupia frant, że co mi niby pokaże i o co się gorączkuje? Niech dalej tu stoi i "zap....", a do ubikacji to idę ja, bo jakoś od rana nie miałem okazji...
Wrzasnął tak, że wszyscy w kuchni spojrzeli w naszą stronę i zamachnął się na mnie ręką w której trzymał dwu zębowy duży szpikulec do mięs, który przed chwilą chciał włożyć w odpowiednią przegródkę bakisty. Zareagowałem odruchowo, po chwili Alfred leżał w pomyjach walających się na podłodze przy zmywaku. Zobaczyłem, że w moim kierunku biegnie Steve, więc chwyciłem w rękę duży kuchenny nóż co spowodowało, że Steve przestał przebierać nogami ale nadal posuwał się w moim kierunku ślizgając się po mokrej podłodze. Chcąc się zatrzymać chwycił ręką blat, klapnął więc o podłogę "siedzeniem" i siłą rozpędu podciął nogi powoli gramolącego się do pionowej pozycji Alfreda. To spowodowało, że ten upadł na niego. Niestety, chyba też się nieszczęśliwie poślizgnąłem. Chcąc utrzymać równowagę machnąłem rękami i zepchnąłem na nich pojemniki pełne zastawy stołowej i szklanek a na to bakistę ze sztućcami. Runęło to na podłogę z potwornym, ogłuszającym brzękiem tłukącego się szkła oraz spadających na posadzkę kilkudziesięciu metalowych sztućców.
Zbiegli się chyba wszyscy pracownicy restauracji. Właściciel na widok tego spustoszenia nie mógł w pierwszej chwili wykrztusić słowa. Menadżer pomagał podnieść się z podłogi dwóm poszkodowanym, obydwaj na raz chwycili się jego marynarki by się unieść i po chwili w trójkę leżeli na ziemi. Rozległ się ich krzyk i w tym momencie właściciel odzyskał głos.
Nakazał mi natychmiast wszystko posprzątać, później zmyć resztę naczyń i wynosić się z jego restauracji. Bardzo głośno to mówił, wręcz krzyczał. Dowiedziałem się, że po wypłatę mam przysłać kogoś w przyszły poniedziałek, bo on nie jest pewny jak zareaguje na mój widok. Przypomniałem sobie, że jest właśnie poniedziałek wieczór i rano wziąłem tygodniową wypłatę. Usłyszałem też, że stojący nieopodal Francesco serdecznie i głośno się śmieje... Powoli odwiązałem więc troczki fartucha. Zdjąłem fartuch z siebie i podałem go oniemiałemu właścicielowi mówiąc: "sto bossów i sto poleceń a tylko ja jeden do roboty. Trzymaj i baw się dobrze". Machinalnie wziął ode mnie fartuch, popatrzył na pobojowisko i zapytał – a kto to posprząta? Ty posprzątasz - odpowiedziałem a pokazując ręką na Alfreda i Steva dodałem, że razem z nimi. Poszedłem do wyjścia nie patrząc na krzyk właściciela, że mam natychmiast wrócić. Po drodze uścisnąłem jeszcze rękę Francesco. Na parkingu przed restauracją stało kilka dużych, luksusowych autokarów z rejestracją stanu Pensylwania…
Francesco spotkałem przypadkowo po kilku dniach. Powiedział mi, że w tamtym dniu niespodziewanie na kolację przyjechało chyba z 200 uczestników jakiejś szkolnej czy studenckiej wycieczki wracającej z Nowego Jorku do Pensylwanii. Stąd był ten tłok w restauracji, która jednorazowo mogła przyjąć co najwyżej mniej więcej tylu gości ile się zjawiło. Ale taka ilość klientów zdarzyła się po raz pierwszy w historii, a Francesco pracował w restauracji od czasu jej otwarcia. Dodał, że zastępca zastępcy, który polecił mi sprzątać śmietnik skończył pracę zanim przyjechały te autokary i poszedł do domu nikomu nie mówiąc, gdzie jestem. Kiedy na drugi dzień wyjaśnił dlaczego mnie nie było wewnątrz restauracji mimo, że przecież byłem w pracy, właściciel powiedział, że jak tylko zechcę, mogę do roboty wrócić.
Nie chciałem...
W Zakopanem teraz jest tak samo.
-
PRACA | dam
Poszukujemy osoby na stanowisko sprzedawcy odzieży skórzanej na stoisko pod Gubalowke Wymagania: komunikatywność i łatwość nawiązywania kontaktów, doświadczenie w sprzedaży, zaangażowanie oraz chęć pracy z klientem. Tel 781271166. -
NIERUCHOMOŚCI | wynajem
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy Targ-Czarny Dunajec lub przyjmę reklamę. 608 729 122. -
USŁUGI | budowlane
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DACHY, ELEWACJE. 608729122. -
PRACA | dam
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122. -
BIZNES
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy Targ-Czarny Dunajec lub przyjmę reklamę. 608 729 122. -
NIERUCHOMOŚCI | sprzedaż
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum Narciarstwa. 608 729 122. -
USŁUGI | budowlane
"Tedy" Usługi budowlane: sprzedaż domów w stanie deweloperskim, budowa domów murowanych i drewnianych, wszelkie pokrycia dachowe, ocieplenia/termomodernizacja domów/budynków, sprzedaż materiałów budowlanych, nadzory budowlane, usługi transportowe. 608 729 122, +49 15 205 734 746, mail: tedy32@o2.pl -
USŁUGI | budowlane
USŁUGI BLACHARSKO-DEKARSKIE, KRYCIE I PRZEKRYCIA DACHÓW, KOMINY, BALKONY, RYNNY, GZYMSY, FASADY. 889 388 484. -
PRACA | dam
PRACA W RESTAURACJI W ZAKOPANEM - KELNER/-KA - DLA UCZNIÓW, STUDENTÓW na umowę zlecenie. 601 533 566, 18 20 64 305 -
PRACA | dam
RESTAURACJA W ZAKOPANEM ZATRUDNI KELNERA/-KĘ, POMOC KELNERSKĄ. PRACA STAŁA + świadczenia. 601 533 566, 18 20 64 305 -
PRACA | dam
Restauracja Siwy Dym w Rabce-Zdrój zatrudni: KUCHARZA KUCHNI ZIMNEJ ORAZ GORĄCEJ, POMOC KUCHENNĄ. Praca na stałe lub dorywczo. CV na: rabka@siwydym.pl Informacje pod numerem 887 080 004 -
NIERUCHOMOŚCI | wynajem
DO WYNAJĘCIA LOKAL HANDLOWO - USŁUGOWO - BIUROWY o powierzchni ok. 50 m2. Zakopane centrum, ul. Kościuszki - 691 124 272. -
NIERUCHOMOŚCI | wynajem
Szukam MIESZKANIA do wynajęcia. 663 440 708. -
USŁUGI | budowlane
OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. 787 479 002. -
NIERUCHOMOŚCI | sprzedaż
DZIAŁKA BUDOWLANA 8.5 ARA. 505 429 375. -
USŁUGI | budowlane
TYNKI I WYLEWKI MASZYNOWE tanio i solidnie, zacieranie mechaniczne, technika silosowa. Realizujemy małe i duże obiekty 18 26 550 39, 503 532 680. -
SPRZEDAŻ | różne
Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY JUHASKIE. Tel. 793 887 893 -
SPRZEDAŻ | różne
NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: jarzębina (60/80). Tel. 793 887 893 -
USŁUGI | inne
WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 691 317 098. -
PRACA | dam
NIEMCY: brygadzista do 5000 Euro, kranista do 4000 Euro, murarz cieśla do 3600 Euro, malarz ocieplenia elektryk spawacz do 2700 Euro. Umowa na warunkach niemieckich. 0048 575-001-116 -
NIERUCHOMOŚCI | sprzedaż
ZAKOPANE - STYLOWY DOM (zadbany, urządzony), na działce 3000 m, widok na góry - 607 506 428. -
USŁUGI | budowlane
MALOWANIE DACHÓW I ELEWACJI. 602 882 325. -
USŁUGI | budowlane
OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284. -
SPRZEDAŻ | różne
DREWNO KOMINKOWE. 501 577 105.













