Janusz Kubit coraz poważniej myśli o emeryturze. Na ścianie jego gabinetu wisi zdjęcie, na którym stoi jako pięciolatek wraz z ojcem, ówczesnym kierownikiem mleczarni w Szaflarach. Jan zginął niedługo potem w wypadku samochodowym. Czy mały chłopiec ze zdjęcia marzył, że kiedyś jego firma będzie karmić jogurtami całą Polsce?
Niech jej będzie Magda
Mówi, że jest drugim mleczarskim pokoleniem w rodzinie. A pierwszym w Magdzie. Wkrótce formalnie kierownictwo w firmie przejmą syn i córka. To właśnie jej imię nosi szaflarska wytwórnia. Był rok 1984, gdy w urzędzie w Limanowej Janusz Kubit zgłaszał działalność gospodarczą. Pani w okienku w pewnym momencie zapytała o to, jak firma będzie się nazywać. Bo jedni mają Agrotomex, inni Tompol.
- Chciałem po prostu zarejestrować zakład produkcji jogurtu. Ale pani pokręciła głową. Musi być nazwa. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to imię córki - Magda. I tak zostało - wspomina.
Dziś logo z imieniem przyszłej współszefowej firmy znane jest w całej Polsce. Co miesiąc niewielki rodzinny zakład opuszcza 1,5 mln kubeczków jogurtów w 30 smakach. Z fabryczki w garażu zatrudniającej 4 osoby forma rozrosła się w spory zakład pracy z 40 pracownikami.
Janusz Kubit mleczarstwo odziedziczył w genach. Jego pierwsza praca to spółdzielnia mleczarska w Zakopanem. Potem uruchamiał zakład w Nowym Targu, gdzie był pierwszym kierownikiem produkcji, a potem prezesem spółdzielni. Jednak nie dane mu było zagrzać miejsca na państwowej posadzie. Żyłka przedsiębiorcy ujawniła się w nim po tym, gdy w latach 80. wyjechał do Stanów. Zaprosiła go mieszkająca tam na stałe siostra, która załatwiła mu pracę. Jednak w odróżnieniu od wielu rodaków - nie został na emigracji. Po trzech latach wrócił do Szaflar z gotowym planem na biznes.
Szwajcarski pomysł
W garażu niezamieszkanego domu siostry otworzył niewielką wytwórnię jogurtów. Ale pomysł dojrzewał w nim od lat. - W 1970 r. spółdzielnia wysłała mnie na praktyki do Szwajcarii - wspomina prezes. - Przez 7 miesięcy przyglądałem się produkcji serów. Potem co roku, już prywatnie, wyjeżdżałem tam do pracy. Zarabiałem pieniądze, by kiedyś tu otworzyć swój zakład. Poznałem tam kolegę, który produkował na wąski rynek jogurty. To on mnie namówił do otwarcia firmy.
Produkcja jogurtów jest znacznie tańsza i wymagająca znacznie mniejszych nakładów niż wytwarzanie serów. Więc Janusz Kubit wraz z żoną, a potem także dziećmi, skupili się na produkcji małych opakowań z jogurtami. Ze Szwajcarii przywiózł pierwszą maszynę do pakowania oraz homogenizator.
To był strzał w dziesiątkę. Na jogurty zapotrzebowanie było ogromne. Ludzie pokochali kubeczki z owocowym płynem. Takiej rentowności, jak przez pierwsze 3 lata, już potem nie mieli. I - jak przekonuje szef - nie będą mieli nigdy. Nie te czasy.
Pracując wciąż w garażu, kupili wystawioną przez agencję nieruchomości rolnych byłą tuczarnię w Szaflarach. Przy zakopiance, duży teren - miejsce było idealne na fabrykę jogurtów.
Większość budynków trzeba było wyburzyć, część można było wykorzystać. - Budowaliśmy to w podobny sposób, jak za komuny kościoły. Wewnątrz stodoły stawiało się mury, przerabiało dach, a potem wystarczyło rozebrać stare, drewniane ściany i budynek był jak nowy - opowiada Janusz Kubit o pierwszej inwestycji sprzed 25 lat.
Pieniądze na budowę pochodziły z bieżącej produkcji. To były początki. Dzisiejszy, nowoczesny wygląd zakład zyskał po rozbudowie przeprowadzonej 7 lat temu. Inwestycja kosztowała 3 mln zł, z czego połowa pochodziła z unijnej dotacji.
Magda to marka rozpoznawalna w całej Polsce. Kubeczki od Kubita można kupić między innymi w sklepach Tesco, Carrefour, Netto czy Kaufland. Produkty muszą spełniać wyśrubowane normy i mieć odpowiednie certyfikaty.
Jeszcze 2 lata temu mocno obawiali się niezdrowej konkurencji. Duże firmy wprowadzały ceny dumpingowe, finansując produkcję jogurtów zyskami innych produktów. - Były ciężkie chwile. Duży wzrost cen produktów, a do tego konkurencja. Jeśli koszt produkcji 100 g jogurtu sięgał 65 gr, a zdarzyła się firma, która sprzedawała swój towar sieciom po 40 gr - to jak to można nazwać? - obrazuje problem Kubit.
Przetrwali. Teraz sytuacja wróciła do normy. Magda może konkurować nie tylko ceną, ale i szybkością reakcji. Mała firma, zarządzana przez jednego szefa, może znacznie szybciej niż spółdzielnie czy wielkie przedsiębiorstwa reagować na potrzeby rynku. Choćby produkując jogurty dla szkół, odpowiadające nowym przepisom wprowadzonym w ubiegłym roku.
Planują kolejne nowości - jak choćby wprowadzenie zakręcanych saszetek, dzięki którym można będzie dokończyć picie na kolejnej przerwie bez obawy, że zawartość wyleje się do tornistra.
Witrynka prezesa
Jak zmienił się jogurtowy rynek? Rośnie zapotrzebowanie na jogurty naturalne. O ile kiedyś zapotrzebowanie nie przekraczało 2% produkcji, to dziś przekracza już 10%. Klienci przyglądają się coraz dokładniej, szukają jogurtów z "czystą etykietą", czyli bez barwników, konserwantów, stabilizatorów czy mleka w proszku. Receptura jest więc prosta - jogurt to mleko plus bakterie.
W gabinecie prezesa przy ścianie prostopadłej do tej ze starym zdjęciem stoi stylowa, zabytkowa witryna. W podobnych zwykle umieszcza się rodowe srebra, kryształy, chińską porcelanę.
Janusz Kubit ustawił kubeczki z wszystkimi rodzajami produkowanych przez siebie jogurtów.
Józef Figura