6 maja minęło 40 lat od huraganowego wiatru, którego prędkość dochodziła w porywach do 288 km na godzinę. Był to jak dotąd najsilniejszy wiatr w historii pomiarów meteorologicznych w Tatrach, jednak szkody, jakie poczynił w drzewostanie tatrzańskim, choć ogromne, były znacznie mniejsze od tych, które spowodowała \"kalamita\" w Tatrach Słowackich 19 listopada 2004 roku.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"1077"}
Pracowałem wówczas jako meteorolog w Wysokogórskim Obserwatorium Meteorologicznym na Kasprowym Wierchu i w tym dniu pełniłem dyżur. Pora, by z perspektywy tych 40 lat jeszcze raz spojrzeć na to wyjątkowe w historii Tatr wydarzenie i podać do publicznej wiadomości więcej szczegółów, tym bardziej że spośród czterech osób, które przebywały tego dnia w obserwatorium, gdzie prędkość wiatru została zmierzona, żyje tylko dwoje – Janina Skowronkowa, która mieszka na Kasprowym 41 lat, a w budynku górnej stacji kolejki prowadzi kiosk, oraz niżej podpisany. Nie ma już wśród nas Jaśka Skowronka, który razem z żoną ratował zrzucane z tarasu przez huragan klatki meteorologiczne, nie ma też Feliksa Kozery, który po skończonym dyżurze wypoczywał w swoim pokoiku w obserwatorium, gdzie wówczas mieszkał.
W ostatnim dniu kwietnia 1968 roku pracownicy kolejki świętowali zakończenie sezonu zimowego. W maju miał się rozpocząć wiosenny przegląd techniczny i prace remontowe. 2 maja wyjechałem jeszcze na dyżur ostatnią roboczą jazdą, a zaraz potem rozpoczęły się prace na górnym odcinku kolejki. Nazajutrz, po dobowym dyżurze, schodziłem pieszo przez Myślenickie Turnie do Kuźnic. W tych dniach nic jeszcze nie zapowiadało nadejścia tak silnego wiatru.
W poniedziałek 6 maja wyjechałem z Kuźnic do Myślenickich Turni razem z transportem koksu. Górny odcinek był rozebrany, ale i tak kolejka by nie kursowała, gdyż wiatr wiał już z prędkością około 30 m/sek. Jak na początek maja było ciepło, w wyższych partiach Tatr leżały tylko płaty śniegu, Zachmurzenie było umiarkowane, a ciepłe podmuchy wiatru halnego dochodziły do podnóża Tatr. Z Myślenickich Turni ruszyłem pieszo w krótkich spodenkach, szlakiem turystycznym na Kasprowy, skracając sobie na zakosach trasę, by jak najszybciej zmienić na dyżurze Felka Kozerę. Mimo dość silnych podmuchów wiatru, które nieco utrudniały podejście, po godzinie byłem na szczycie i rozpocząłem 24-godzinny dyżur.
Wiatr z godziny na godzinę stawał się coraz silniejszy. Po południu miał już średnią prędkość początkowo 40 m/sek., a potem nawet 50 m/sek. W porywach był jeszcze silniejszy. Dokonując co godzinę obserwacji pogodowych i pomiarów, coraz częściej spoglądałem na anemograf, służący do rejestracji prędkości wiatru, którego piórko wypełnione tuszem zaczęło przekraczać końcową linię, oznaczającą 60 m/sek. i kilkakrotnie dochodziło do miejsca, gdzie dalej nie mogło się już wychylić. Od godziny 16 do 19, w okresie, największego nasilenia wiatru, dodatkowy pomiar wykonywałem anemometrem ręcznym, ale to wymagało wyjścia na taras. Zmierzyłem największe porywy wiatru, dochodzące do 80 m/sek., tj. 288 km/godz. By móc dokonać odczytu temperatury powietrza w klatce meteorologicznej i pomiaru wiatru, przywiązywałem się na wszelki wypadek liną taternicką do kaloryfera w rotundzie, a na tarasie dodatkowo cały czas trzymałem się poręczy metalowej.
Już w pierwszej fazie największego nasilenia wiatru dwie klatki meteorologiczne, w których na szczęście nie było termometrów, mimo że były umocowane na stalowych odciągach, zostały wywrócone, a jedna z nich, chociaż Skowronkowie starali się ją przymocować dodatkowo do poręczy, została zwiana z tarasu w stronę budynku górnej stacji kolejki linowej, gdyż wiatr wiał z kierunku bardziej południowo-zachodniego. Porywy tak silnego wiatru przenosiły nad szczytem Kasprowego nie tylko okruchy i drobne odłamki skalne, ale porywały z podłoża kamienie wielkości pięści. Na zachodnim stoku, pod szczytem, były złożone deski, potrzebne do budowy górnej stacji kolejki krzesełkowej na Goryczkowej. Wiatr \"przeniósł\" wszystkie deski do Kotła Gąsienicowego. Wyszedłem na taras z aparatem fotograficznym, by zrobić zdjęcie z akcji ratunkowej klatek meteorologicznych, ale przy tak silnym wietrze fotografowanie było trudne – zdjęcia są nieostre i dość ciemne, bo było to już pod wieczór. A okna rotundy zaobserwowałem, jak wiatr wyssał część wody z Dwoistego Stawu Gąsienicowego, uformował trąbę wodną, która potem przemieszczała się w kierunku zachodniej ściany Kościelca, by tam się rozprysnąć. Około godziny 20 wiatr zaczął stopniowo słabnąć, ale jeszcze w nocy był bardzo silny.
Nazajutrz wczesnym rankiem Skowronkowie poszli zbierać rozrzucone deski oraz resztki z klatki meteorologicznej, a ja czekałem Antka Barańskiego, który podchodził z Kuźnic, by zmienić mnie na dyżurze. W strefie leśnej miał trudności z podchodzeniem, bo wiele drzew było złamanych lub powalonych, ale o godz. 10 był już na górze. Z Felkiem Kozerą postanowiliśmy schodzić w dół, by zobaczyć, jakie wiatr poczynił spustoszenia.
Na zachodnim stoku Kasprowego kilka płatów kosodrzewiny było wyrwanych z korzeniami, co jest rzadkością, gdyż jest to krzew niski, a jego giętkie gałęzie wytrzymują na ogół silne wiatry. Doszliśmy do Myślenickich Turni, gdzie już miejscami wystąpiły wiatrołomy. Stamtąd zeszliśmy do wywierzyska Bystrej, a potem na Dolne Kalatówki, gdzie prawie cały las był powalony. Wiele drzew było wywróconych razem z korzeniami, a układ powalonych pni wskazywał na kierunek wiatru, ale byłe również grube świerki, złamane na różnych wysokościach. Przejście przez wiatrołom było bardzo utrudnione.
Doszliśmy na drogę koło kaplicy Sióstr Albertynek. Na środku drogi stał niezniszczony samochód osobowy. To jadącego do schroniska na Kalatówkach niemieckiego turystę zastał wiatr w tym miejscu. Drzewa, padające przed nim i za nim, zablokowały mu drogę. Pozostawił samochód i wraz z rodziną udał się do klasztoru, gdzie spędził noc z siostrami zakonnymi, które modliły się o ocalenie ich pustelni. Chyba skutecznie, bo zabudowania przetrwały prawie nienaruszone, a wokół nich i celi brata Alberta wszystkie drzewa były połamane. W miejscu, gdzie odchodzi droga do braci Albertynów, stał krzyż drewniany, którego jedno poziome ramię zostało złamane przez upadające drzewo, ale ręka Chrystusa nie została uszkodzona.
Doszliśmy do Kuźnic, a potem do Zakopanego. Tu również widać było zniszczenia, spowodowane przez wiatr. Kilka pozrywanych – przeważnie płaskich – dachów, na Bystrem wywrócony i przeniesiony kiosk \"Ruchu\". Sprzedawca musiał się z niego wydostać przez dach. Tu i ówdzie wybite szyby i uszkodzone linie energetyczne. Prądu w niektórych dzielnicach Zakopanego nie było przez tydzień. Oczywiście, największe szkody wystąpiły na terenie TPN, szczególnie na Wierch Porońcu i Zgorzelisku, gdzie przez wiele dni droga w kierunku Morskiego Oka była nieprzejezdna. Szkody w drzewostanie tatrzańskim były ogromne. Teraz, po 40 latach, rany te już zabliźniły się i mało kto wie, jak wtedy wyglądały rejony Dolnych Kalatówek, Wantul, Małej Łąki, Zgorzeliska i Wierch Porońca. Jak oszacowano, wiatr zniszczył wtedy około 150 tys. metrów sześciennych drewna, tj. blisko pół miliona drzew.
Wiatr stulecia już w następnym roku doczekał się opracowania naukowego przez Elżbietę Budziszewską i Marię Morawską-Horawską – pracowników naukowych PIHM. Analizując mapy synoptyczne w dniach poprzedzających wiatr i w dniu jego wystąpienia, a także mapy powierzchni izobarycznych na różnych wysokościach oraz położenia linii frontów, doszły do wniosku, że był to wyjątkowy przypadek wystąpienia niskotroposferycznego prądu strumieniowego u powierzchni ziemi. W tym przypadku na zwykły wiatr halny, który wiał już wcześniej, nałożył się prąd strumieniowy, który obniżył się na wysokość około 2000-2500 metrów, czyli na wysokość szczytów tatrzańskich. Jego wpływ, w postaci efektu fenowego, dotarł aż po Kotlinę Warszawską.
Wiatr stulecia o tak dużych prędkościach, jak twierdzą autorki, został spowodowany działaniem trzech przyczyn – rozkładem ciśnienia charakterystycznym dla wiatru halnego, który zaczął się już 4 maja, wzrostem gradientu ciśnienia wieczorem 6 maja oraz wpływem bariery górskiej.
Apoloniusz Rajwa
0 0
mega szacunek panie Apoloniuszu
0 0
Oglądałem rejony dotknięte halnym w marcu 1968 i we wrześniu tegoż roku.Widoki były przygnębiające
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz