\"Kiedy po raz pierwszy zjechałem w kluczu na sizalowej linie do Jaskini Koralowej, a następnie w zimie odbyłem pierwszą wspinaczkę w życiu – granią Opalonego Wierchu i Miedziannego – to wiedziałem, że góry i jaskinie będą dla mnie najważniejsze\".
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"1233"}
Z okazji 40–lecia działalności górskiej i jaskiniowej z Kazimierzem Szychem, instruktorem taternictwa, wspinaczki skalnej, taternictwa jaskiniowego i narciarstwa, ratownikiem TOPR i uczestnikiem wielu trudnych wypraw jaskiniowych – rozmawia Apoloniusz Rajwa
– Podobno rodzice chcieli z ciebie zrobić muzyka – pianistę, a tyś wybrał zupełnie inną drogę życia. Co o tym zadecydowało?
– Moja przygoda ze wspinaniem i jaskiniami rozpoczęła się w 1966 roku, w siódmej klasie szkoły podstawowej. Z początkiem roku szkolnego pojawił się nowy nauczyciel, Zygmunt Łęski, który nie tylko uczył fizyki, ale był jednym z założycieli Speleoklubu Częstochowskiego, był świetnym taternikiem i opiekunem Młodzieżowej Grupy Grotołazów, skupiającej młodzież z częstochowskich szkół. Zabrał mnie wraz z kilkoma kolegami z klasy w skałki do Jaskrowa. Tam na przewieszonej 20-metrowej skale rozwiesił liny i duraluminiowe drabinki. Zjeżdżaliśmy w kluczu na linie, a w górę podchodziliśmy na prusikach i po drabinkach. Zrobiło to na mnie wrażenie, byłem zachwycony. Wracając do domu, bałem się, że jak rodzice zobaczą moje obtarte w \"walce z urwiskiem\" ręce i kolana, to zabronią mi dalszych takich wyjazdów, bowiem uczyłem się w szkole muzycznej gry na fortepianie, a takie dłonie to dość szokujący dysonans. Rodzice marzyli, bym został pianistą, ale plan mojej edukacji muzycznej legł w gruzach po pierwszym wyjeździe z Łęskim w skałki. Kontakt z muzyką miałem jeszcze, grając w szkolnych i studenckich zespołach rockowych, ale sobotnie granie do późnej nocy w klubie i \"życie rockmena\" zaczęło się rozmijać z moimi górskimi ambicjami. Porzuciłem granie i wszystko podporządkowałem wspinaniu i jaskiniom. Jeden miesiąc wakacji spędzałem w Tatrach Zachodnich, a drugi w Tatrach Wysokich.
– Kto w tych pierwszych latach działalności jaskiniowej, bo od niej zaczynałeś, był twoim idolem, jak wszedłeś w to środowisko?
- Kiedy zaczynałem przygodę z jaskiniami, czołowymi postaciami młodego pokolenia częstochowskich grotołazów byli: Jakub Owczarek, Andrzej Wosiński i Marek Żelechowski. To na nich się wzorowałem. Styl i tempo, w jakich pokonywali oni na prusikach jaskinie, do dnia dzisiejszego budzą podziw. W sierpniu 1971 roku Marek Żelechowski, który z Kubą i Andrzejem dokonywał trzeciego przejścia Jaskini Wielkiej Śnieżnej, zginął w studni wyjściowej na skutek przetarcia się pętli piersiowej prusika. Jego śmierć była ogromnym szokiem dla całego środowiska jaskiniowego, szczególnie dla nas, z Częstochowy, i dla mnie osobiście. Zabrała nam wspaniałego kolegę, którego podziwialiśmy i uświadomiła nam, że to, co robimy, jest niebezpieczne.
– Czy śmierć Marka zadecydowała o tym, że w następnych latach twoja aktywność górska skierowała się w stronę działalności powierzchniowej?
– Być może, że ostudziło to trochę chodzenie po trudnych jaskiniach. Zacząłem się więcej wspinać i miałem na tym polu niezłe osiągnięcia. W lutym 1975 roku z Markiem Serwą dokonałem trzeciego zimowego i pierwszego w zimie kalendarzowej przejścia \"Sprężyny\" na ścianie Kotła Kazalnicy Mięguszowieckiej, a latem kilka dróg na Kazalnicy. Wspinałem się też w Tatrach Zachodnich, m.in. na Raptawickiej Turni. Zakwalifikowano mnie na wyjazd centralny FAKA w Kaukaz w 1976 roku, na który zresztą nie pojechałem, bo dostałem ciekawszą propozycję jaskiniową.
– Jeden wyjazd i od razu dwie głębokie jaskinie – to był rzeczywiście ostry start. Wtedy tak naprawdę posmakowałeś trudnych wypraw jaskiniowych. Kto cię w ten świat przepastnych czeluści i podziemnych rzek bez gwiazd wprowadził?
– Jesienią 1975 roku w schronisku na Ornaku poznałem Janusza Śmiałka. W tamtych latach był on postacią numer jeden w polskim ruchu jaskiniowym. Zaproponował mi przejście trawersu Ptasiej Studni i Lodowej Litworowej, a po wyjściu z jaskini – udział w wyprawie do Gouffre Berger, drugiej co do głębokości jaskini na świecie. Taka propozycja – i to od Janusza – to była nieprawdopodobna nobilitacja. Nie zastanawiałem się ani chwili. Janusz zabrał na tę wyprawę nowe pokolenie grotołazów. Dla wielu z nich był to początek późniejszych sukcesów eksploracyjnych w jaskiniach różnych rejonów świata. Schodząc w pierwszym zespole z Januszem i Andrzejem Ciszewskim do syfonu na głębokość 1122 m, zdobyłem w Gouffre Berger swój pierwszy w życiu podziemny \"tysiąc\". Potem udaliśmy się do Włoch, do jaskini Monte Cucco, w której ciąg ogromnych studni kontynuował się do głębokości ponad 900 metrów, co czyniło ją wtedy najbardziej pionową jaskinią świata. W tamtych latach nie była znana jeszcze w Polsce metoda odcinkowa, więc stumetrowe studnie pokonywaliśmy w jednym odcinku, a wodospady w Gouffre Berger przeważnie bezpośrednio w wodzie. W obu jaskiniach podchodziłem na linie na prusikach, przy czym w Monte Cucco za piersiowy prusik służył mi zakupiony bezpośrednio u Petzla, za cenę miesięcznej polskiej pensji, schunt. Po powrocie z tej wyprawy pojechałem w Tatry i tam ze Zbyszkiem Rysieckim zrobiliśmy w 30 godzin, czwarte przejście Wielkiej Śnieżnej.
– Potem były kolejne wyprawy eksploracyjne do jaskiń alpejskich. Wymień te najważniejsze.
– Na większość późniejszych wypraw wyjeżdżałem z Andrzejem Ciszewskim, który kierował wieloma polskimi wyprawami. Zimą 1980 roku pojechałem z nim do najgłębszej wówczas jaskini świata – Reseau Jean Bernard we Francji. Celem było dokonanie pierwszego integralnego przejścia całego systemu do głębokości –1358 metrów. Znalazłem się w grupie szturmowej, wraz z Ryśkiem Knapczykiem i Zbyszkiem Rysieckim, a drugi zespół stanowili Staszek Barankiewicz, Andrzej Ciszewski i Ewa Wójcik. Ustanowiony wtedy rekord świata zejścia na głębokość 1358 metrów przetrwał 18 lat i został dopiero poprawiony w Lamprechtsofen w 1998 roku, a kobiecy rekord Ewy Wójcik poprawiła dopiero Francuzka w Gouffre Mirolda w 1995 roku. 23 lutego 1980 roku ustanowiliśmy głębokościowy rekord świata, a sześć dni wcześniej Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy zdobyli zimą Mount Everest, a więc ustanowili zimowy rekord wysokości. Oba zostały uhonorowane \"Złotymi Medalami za Wybitne Osiągnięcia Sportowe\". W następnym roku pojechałem z wyprawą Christiana Parmy do odkrytej rok wcześniej Jaskini Jubileuszowej w Austrii. Z Mikołajem Czyżewskim dotarliśmy do syfonu na głębokość 1173 m w pierwszej odkrytej i wyeksplorowanej przez Polaków jaskini tysiącmetrowej. Uczestniczyłem też w wyprawach do Jaskini Lamprechtsofen, w której Polacy, po wielu latach eksploracji i połączeniu z jaskiniami wyżej leżącymi, uzyskali w 1998 roku największą na świecie deniwelację systemu jaskiniowego 1632 metry. Ten kolejny polski jaskiniowy rekord świata został dopiero poprawiony w Jaskini Krubera – Woroniej w Kaukazie.
– Tymczasem ożeniłeś się z zakopianką i zamieszkałeś pod Tatrami. Związałeś się również z TOPR-em. Czy syn i córka również poszli w ślady ojca?
- W bazie studenckiej w Olsztynie pod Częstochową w 1978 roku poznałem na zlocie jaskiniowym Renatę Król. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Już po kilkunastu miesiącach wzięliśmy ślub. Najpierw urodził się syn Łukasz, a po czterech latach Małgosia. Oboje wspinają się i są instruktorami narciarskimi. Łukasz od sześciu lat jest również ratownikiem TOPR, a Małgosia ukończyła w Krakowie kurs jaskiniowy i jeździ na wyprawy. Wspinanie z własnymi dziećmi to wyjątkowe przeżycie, szczególnie gdy \"dziecko\" prowadzi najtrudniejszy wyciąg, a rodzinne przejścia jaskiń tatrzańskich głęboko wryły się w mojej pamięci. Ratownikiem TOPR jestem od 1980 roku, za namową Mietka Kołodziejczyka, z którym zaprzyjaźniłem się na wyprawie w Gouffre Berger. Potem w Grupie Tatrzańskiej GOPR organizowaliśmy nowoczesne ratownictwo jaskiniowe, dzięki kontaktom z Francuską Federacją Speleologiczną. Jako instruktor alpinizmu szkolę również od wielu lat na letnich i zimowych kursach taternickich.
– Czy skończyłeś już z wyprawami jaskiniowymi?
– W marcu ubiegłego roku działałem w jaskini Feichnerschacht w Wysokich Taurach, niedaleko znanego ośrodka narciarskiego Kaprun. Polacy eksplorują tę jaskinię od kilku lat, ma już 1145 metrów głębokości. Sprawdzaliśmy w niej boczne ciągi. W lecie wyjechałem z wyprawą również do Austrii, w masyw Leoganger Steinberger, gdzie poszukiwaliśmy jaskiń, które po połączeniu z \"Lampo\" mogłyby zwiększyć deniwelację systemu. Odkryliśmy kilkadziesiąt otworów, z których kilka zapowiada się obiecująco.
Dla mnie 40 lat spędzonych w górach to również niezwykłe spotkania z ludźmi, którzy w znaczący sposób wpłynęli na kolejne etapy mojego życia. Zygmunt Łęski zmienił w nim wszystko o 180 stopni. To, co w moim życiu wydarzyło się i trwa do dzisiaj, jest następstwem tego spotkania.
Rozmawiał:
Apoloniusz Rajwa
0 0
Nie rozumiem co za przyjemność po wilgotnych jaskiniach się szlajać jak jakieś krety i ubłoconym do nieprzytomności wracać do normalnego świata.
A góry to świństwo.
Wychodzi się na jakiś szczyt rozglądnie dookoła a potem znów to schodzenie.
0 0
lepiej siedzieć cały czas w domu,albo chodzic do pracy zeby potem z niej wracac do domu -bez sęsu nie?! weź sie stuknij w łep
0 0
Z górami to troche jak z miłością.Dla mnie żona jest najwazniejszą osoba a dla jej ucznów (bo jest nauczycielką) to piła,jędza tid.itd.
Kochać to być z tym Kimś albo a raczej razem z górami,dolinami ,jaskiniami
Pozdrowiena dla wszystkich kochajacych góry
Stanisław z Torunia
0 0
Są przyjemniejsze formy spędzania wolnego czasu. Można sobie pojechać na rowerze albo popływać kajakiem. Pochodzić po lesie itd.
A wychodzenie w góry jest strasznie męczące a juz chodzenie po jaskiniach to nic przyjemnego. Zimno, ciemno i wilgoć.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz