Opowiadała o swojej książce „Życie z Zawadą” Anna Milewska, aktorka i żona zmarłego przed 9 laty Andrzeja Zawady. W tym samym tonie utrzymana jest też narracja o 47 wspólnie przeżytych latach – pełnych wzlotów, a także zawirowań – z wybitnym polskim himalaistą.
Spotkanie z Anną Milewską, znaną i lubianą aktorką, a także, jak się okazało, poczytną literatką, spotkało się w Zakopanem z dużym zainteresowaniem. Sala kawiarni w Teatrze Witkacego wypełniona była do ostatniego miejsca. W nastrój wieczoru autorskiego wprowadziły publiczność aktorki teatru im. Stanisława Witkiewicza, które odczytały kilka wierszy Milewskiej.
– Tę książkę miał napisać Andrzej, ale ciągle odkładał na później pisanie, bo nie miał czasu, a potem nagle przyszła śmiertelna choroba, więc napisałam za niego i trochę za siebie – wyjaśnia autorka. – Namówił mnie do tego wydawca książki sprzed sześciu lat „Lider” – górskim szlakiem Andrzeja Zawady”, autorstwa Ewy Matuszewskiej. Zaczęłam pisać – najpierw dałam na próbkę kilkadziesiąt stron – powiedział, że bardzo dobrze, a po jakimś czasie 300 stron, na co wydawca oświadczył: „Pani Aniu, trzeba skrócić, gdyż w twardej okładce będzie kosztowała 70 zł”. No to zaczęłam skracać – z 300 stron skróciłam 3 – powiedziałam, że więcej nie mogę, bo jest to książka mojego życia, którą się pisze tylko raz. Ostatecznie książka, która ma prawie 600 stron i wiele fotografii czarno-białych, a także wkładkę z fotografiami barwnymi, ukazała się nakładem małego rodzinnego wydawnictwa „Łośgraf”.
A skąd taki tytuł? – Pierwszy pomysł na tytuł tej książki, jaki przyszedł mi do głowy, to: „Kochaliśmy się 47 lat”. Bo tak było. Ale zalatywało to Harlekinem. Pisząc książkę, nadal myślałam o tytule. Na jakimś spotkaniu towarzyskim rozpisałam konkurs i ktoś z zebranych zaproponował: „Życie z Zawadą” – i tak już zostało – wspomina Anna. Jest to opowieść o szczęśliwym małżeństwie dwojga niezależnych i wybitnych osób, realizujących konsekwentnie swoje pasje i cele zawodowe. To, że przetrwali razem tyle lat, pozostanie ich tajemnicą. Książka powstała w ciągu czterech lat. – Łatwiej pisze się wiersze, niż taką „cegłę”. Mimo korekty nie udało się też ustrzec od kilku istotnych błędów. Księga jest oparta na faktach, a że życie nasze było barwne i obejmowało okres niespełna pół wieku, więc urosła do takich rozmiarów. Pisałam ją ruchem konika szachowego, czasem wyprzedzałam wypadki, to znów cofałam się, ale generalnie chronologia wydarzeń jest zachowana. Jest też kilka rozdziałów, np.: „Pranie”, „Ogród” czy „Zwierzęta w naszym życiu”, które są przerywnikami chronologicznego toku – wyjaśnia Anna.
Pisarstwo Andrzeja znane jest z jego powyprawowych relacji w czasopismach fachowych oraz książek. Teraz na pewne znane wydarzenia górskie można spojrzeć z nieco innej perspektywy i dobrze, że Anna zdobyła się na ten wysiłek i książkę w jego i swoim imieniu napisała. Warto ją mieć w bibliotece, gdyż – jak powiedziała jedna z czytelniczek nie tylko górskiej literatury – czyta się ją dobrze, z dużym zainteresowaniem, zwłaszcza gdy pamięta się zarówno te dawne, jak i późniejsze czasy.
Autorka przeczytała na spotkaniu kilka swoich wierszy, które zaczęła pisać od początku lat 80., a które wydała w kilku tomikach, oraz urywki z trzech rozdziałów książki. Jeden z krótkich fragmentów zamieszczamy poniżej.
Apoloniusz Rajwa***
Spotkanie
Wielokrotnie w licznych wywiadach opisywałam to pierwsze nasze spotkanie, ale opowiem jeszcze raz.
Po schodach, w smudze światła z otwartych drzwi – zebranie odbywało się w sali poniżej – schodził ku nam chłopak – wysoki, smukły. Poruszał się z jakąś leniwą płynnością, a jednocześnie wyczuwaną skupioną energią. Z mojej perspektywy widziałam jego długie, mocne uda – to było porażające! Wąskie biodra i luźny, gruby sweter golf, obejmujący ramiona i szyję, aż po szczupłą twarz. Nogi się pode mną ugięły. Dobrze, że siedzę – pomyślałam – bo chyba bym upadła. Ogarnęło mnie gwałtowne uczucie słodkiej drętwoty. Tak, to był Ten, na którego czekałam, na jakiego czekają w swych wyobrażeniach o mężczyźnie dziewczyny. Szedł ku mnie. Nie wiedziałam, kim jest, jak się nazywa, co robi, nie widziałam go nigdy przedtem. Podszedł do naszej grupy, witając się ze znajomymi. Mnie się przedstawił: Andrzej Zawada. Zawada: tak się będę nazywała – przeleciało mi przez głowę – to brzmi trochę jak pseudonim teatralny.
(…) Tak się to zaczęło, a trwało 10 lat, dokładnie. Poznaliśmy się 17 września 1953 roku, a ślub nasz odbył się 28 września 1963 roku. Przez te dziesięć lat zmieniliśmy oboje, każde swoją drogą, kierunki życiowe i zawodowe, przebyliśmy wiele wahań i rozterek, ale miłość trwała, trzymała nas w swym uścisku.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz