Już dawno przysadziste baszty kamieniołomu w Górze Wdżar nie widziały tylu wspinaczy na raz. Stało się to za sprawą IX Memoriału Bartka Olszańskiego we wspinaczce klasycznej zimowej dry tooling w dniach 19-20 lutego. Było dużo wspinania, dużo śmiechu i pozytywnej energii.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"11861"}
Temperatura w okolicach zera. Na zmrożone trawy nie było co liczyć. Goła skała bez lodu. W powietrzu wilgoć, skutecznie wkradająca się w każdy odkryty niuans ludzkiego ciała. Niebo zasnute szczelnie białą kolczugą chmur. Po południu spadły z niego miękkie groty puchu. Tak w skrócie prezentowała się scenografia i klimat w dawnym kamieniołomie andezytów pierwszego dnia zmagań. Ale proszę nie liczyć na brak zainteresowania za strony amatorów „drajciulingu” – jak nazywają niektórzy tę dyscyplinę. O nie.
Niczym w prehistorycznej wiosce, w otoczeniu zaklętego kręgu ognia, zasnuci oparami dymu kreślącymi ślady w eterze, widać stada ludzkich postaci. Słychać szum rozmów i mlaskanie znad misek z pożywnym, pysznym bigosem i kiełbasą „a’ la hot dog”. Ale to tylko preludium (lub antrakt) przed głównymi występami w skałach, na które raz po raz gromada znad ognia spogląda. Im bliżej zmagań, tym szybciej uderza serce. Niektórzy skalni wojownicy ostrzą swe narzędzia, by perfekcyjnie lawirowały w systemie drobnych rys w ścianie.
Raz po raz pohukują kibice i oklaskami nagradzają śmiałka, który w geście tryumfu podnosi swe dziaby i majestatycznie zjeżdża do podstawy ściany. Przed każdym zawodnikiem jest do pokonania 5 różnych dróg. Liczy się suma wpinek w ekspresy lub czas, w jakim droga została pokonana. Sędzia główny zawodów Grzegorz z Mikołowic (Grzesiek Mikowski) stoi na ambonie w najgłębszej czeluści skalnego wąwozu.
– Są drogi w przedziale trudności od ok. M5 do ok. M7+. Każda z dróg ma limit czasowy, w którym się trzeba zmieścić – odpowiada na pytania pląsającego pod jego stopami tłumu. Sam pracuje rzetelnie, niczym „cenzor z dziewiątego rzędu”, przy jednej z dróg. To na niej widziano Mistrzynię Europy we wspinaniu na czas, samą Edytę Ropek. Atoli jej udręka i ekstaza musiała być głęboka. Fortuna nie przenikała jej ruchów i pod drugą wpinką zawisnąwszy na dziabie, wyższość tejże gimnastycznej dyscypliny wspinaczkowej nad pomykaniem na panelu musiała uznać. Szturmem zaatakowała baszty także znana ze ski crossu uczestniczka Igrzysk Olimpijskich w Vancouver-Carlson „Kala” Riemen (Karolina Riemen).
Jej „buła” i zacięcie były powodem niemałego zachwytu ludu, który bił brawo, gdy dzielna zawodniczka pokonała drogę aż do szóstej wpinki. Jej „fejs” to novum na tych zawodach, co się chwali ambitnej dziewczynie, która ima się różnych sportowych działalności. Na drodze tejże widziano także Starego, czyli Grzegorza B. (jednego z braci Bargiel, charakteryzujących się jakimś skomplikowanie fenomenalnym ADHD, które pozwala im sięgać po najwyższe laury w różnych dyscyplinach sportowych). Wyjadacz tej imprezy, jak śmiało można by go nazwać, zrzucił puchową derkę ze swego lekko zgarbionego grzbietu, i ruszył w wertykalną przestrzeń niczym koń trojański, konsekwentnie wymieniając precyzyjne osadzanie dziabek ze „ściąganiem z buły”.
Tym sposobem w 5 minut i 31 sekund osiągnął top. Znany w okolicy Gienek wbił się także w ową drogę. Wymieniając refleksy geniuszu z dużym doświadczeniem wspinaczkowym, przebił się także do zwisającego łańcucha, przy którym to zawodnicy mogli odczuć błogostan, zwalniający ich z dalszego wysiłku. I ja tam byłem miód i wino piłem – można by napisać dalej. To tylko refleksja z kilkugodzinnego pobytu w wąwozie mocy. Po pierwszym dniu, spragnieni dodatkowych wrażeń zawodnicy, do późnej nocy rozgrzewali do czerwoności posadzkę w karczmie „U Ratowników”. Jak zwykle profesjonalny i oddany sprawie Dj Karpinsky ratował się od zadeptania w cichym kątku, z którego wypluwał ze swego miksera moc bitu. Nóżka podawała wszystkim, nawet loży szyderców, która zza witraży okien obserwowała wnikliwie parkiet. Raz po raz, w kłębach oparów, niczym z sauny wychodziły zmęczone bestie, by zaczerpnąć świeżego tatrzańskiego powietrza. Mówiąc już bardziej serio, to dawno nie było tak udanych zawodów.
– To były wg mnie najlepsze zawody w historii Memoriału – mówi mama Bartka Olszańskiego, Marta Olszańska. – Wszystko odbyło się tak sprawnie i rytmicznie, a przecież w tym roku była rekordowa liczba, bo aż 69 zawodników – w tym 16 kobiet – opowiada Marta. – Momentami miałam prawie łzy w oczach, widząc tę wdzięczną ferajnę, która w duchu fair play zmaga się na tych drogach. Najbardziej jednak wzruszającą chwilą był moment, gdy wszyscy zawodnicy skandowali na koniec zawodów: „dziękujemy, dziękujemy…” – wspomina główna organizatorka zawodów.
Cały tekst w papierowym wydaniu Tygodnika
Jakub Brzosko
0 0
Mozna było wzucic troche wiecej fotek jakaś galeria albo coś?
0 0
na zawodach nie byłem, ale napewno objawieniem jest sam autor - Jakub, właśnie odkryłem nowego Michała Jagiełło
0 0
autor po hasz imprezie zajrzał w dniu sądu zakrzywionej dziaby i wypocił....żenuła relacja.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz