Na tą wędrówkę zabrał mnie Apoloniusz Rajwa. Mój nieco starszy wiekiem redakcyjny kolega dobrze zna drogę. Mimo to udało nam się pobłądzić.
Wąska kręta trasa wiedzie do drewnianej, góralskiej chałupy. Dom ma tyle lat co górskie ratownictwo. A mieszka w nim Jan Gąsienica-Roj. Lat osiemdziesiąt sześć, urodzony w Warszawie. Apoloniusz Rajwa przypomina pełne nazwisko mojego rozmówcy - Gąsienica-Roj Daszyński. - Tak. Takie mam w testamencie nazwisko. Ponieważ moim ojcem był syn pierwszego premiera Drugiej Rzeczypospolitej, Ignacego Daszyńskiego. Felek Daszyński. Kupił ten dom od mojego wujka Józka. Potem Daszyński z matką dostawili tą werandę, w której siedzimy i łazienkę. Bo to była gazdówka kupiona od Walczaka - streszcza w kilku słowach losy wiekowego domostwa nasz rozmówca. Piszę nasz, a przecież tylko słuchałem. Notuję, to co dwaj nestorzy Tatr wspominają. Zerkają na mnie z nadzieją, że zrozumiem te lata minione. Złoty czas gdy świat wyglądał inaczej, a i Tatry były całkiem inne, choć przecież szczyty i doliny te same. Tyle że po górach wędrują dziś kompletnie inni ludzie. Lepieni z zupełnie innej gliny.
Wibram do plecaka
To wspomnienia są powodem naszego spotkania. Miesiąc temu, 2 maja w wieku 79 lat na Niebieską Grań odszedł wybitny ratownik i współtwórca ratownictwa śmigłowcowego w Tatrach, Maciej Gąsienica. W Tatrach wziął udział w 375 wyprawach ratunkowych, pełniąc m.in. funkcje szefa szkolenia oraz zastępcy naczelnika TOPR.
- Matka Maćka była z domu Albrzykowska, a ja Maćka poznałem w 1964 roku, jak składałem podanie o przyjęcie do pogotowia, jeszcze za naczelnika Zygmunta Wójcika - snuje opowieść nasz gospodarz - Maciek wtedy był młody. Chodził do Budowlanki. Zachęciłem go do wspinania. Bo on jeszcze się nie wspinał. Poszliśmy na Szczerbę. Bo najbliżej. Droga łatwa, fajna. Przeszliśmy przez Blachy. Do góry. No i ja idę pierwszy i patrzę. Wibram leży. Przed kociołkiem. Mówię Maćkowi: "Maciek, znalazłem wibrama". A wibramy to wtedy było coś. Maciek mówi: "Chowaj w plecak". To wrzucam do plecaka. Idę dalej idę. Mówię: "Maciek. Drugi wibram". On woła "Chowaj w plecak”. Aha To ja schowałem. No ale za chwilę trzeba było wyjąć te buty. Bo się znalazł właściciel. Trup. To był pan Berezowski, którego Pogotowie bardzo długo szukało. Z Urzędu Kolei. Jak zeszliśmy ze Szczerby, to zawiadomiliśmy ratowników, oni już działali. To takie było nasze pierwsze wspinanie z Maćkiem - przypomina pierwszą przygodę Jan Gąsienica-Roj.
Bombowe Fajki
Umówili się na drugi tydzień na Filar Leporowskiego na Kozim Wierchu. To już jest trudna droga (Filar Leporowskiego - wybitny filar w północnej ścianie Koziego Wierchu, opadający do Dolinki Koziej). Prowadzi nim słynna droga wspinaczkowa nazwana na cześć przedwojennego polskiego taternika - Jerzego Leporowskiego, który zginął przy próbie jej samotnego przejścia w 1928 roku.
Na ówczesne czasy to było piątka w skali trudności. - Maciek miał znajomości z Jasiem Krupskim, który miał magazyn sprzętu taternickiego. Pożyczył nam połowę podciągówki. Ze czterdzieści metrów liny. No i poszliśmy na tego Lepora. Pogoda była fajna. Mieliśmy haki ukute u kowala, u Mądrego. Ja rozbijałem u Mądrego koks na mniejsze kawałki, a on mi kuł trzy, cztery haki za to. Mieliśmy kilka ciężkich karabinków i poszliśmy. Szło się nam dosyć dobrze, ale w kluczowym momencie przyszła burza. No to dawaj, uciekać trzeba. To zjeżdżamy na dół. Nie było żadnych przyrządów zjazdowych. Leje jak sto dwa. I nagle słyszymy huk. Część Fajek się urwało. Okazało się, że tam pod koniec wojny przelatywał samolot który był za ciężki, żeby nie tracić wysokości zrzucił bombę, która spadła na te Fajki. W tej burzy, po obrywie część tej bomby na Fajkach wyszła. Potem Konopka znalazł pod Filarem Staszla część tej bomby i przyniósł Jaśkowi Krupskiemu. No ale obryw zasypał całą ścieżkę. Dwa tygodnie żeśmy odczekali. Potem już bez problemów po naszych starych, zardzewiałych, hakach wyszliśmy na górę, zrobiliśmy tego Leporowskiego - uśmiecha się nasz rozmówca.
Hakową drogą
Kolejna wspinaczka Drogą Stanisławskiego na zachodnią ścianę Kościelca. Wtedy to była droga trudna, bo była hakowa.
- Szła takim ukosem w miejsce hakowe nad okapem. Człowiek trzymał haka i dochodził do końca okapu. I potem było szokujące miejsce, bo nagle urywa się ściana i trzeba było sięgnąć ręką. W niewidoczne miejsce, a tam taki piękny chwyt. Wystarczyło zrobić przekrok i wchodziło się na platformę nad Komin Świerza. No i wyszliśmy. Zrobiliśmy tą trasę. Byliśmy cali dumni. Władysław Gąsienica, ojciec Maćka nam gratulował. Cieszył się, żeśmy taką ładną drogę zrobili. To też była piątka, z miejscem hakowym. Te nasze trzy wspinaczki to były lata 60 - zaznacza Jan Gąsienica-Roj.
Wspomina, że Maciek jeszcze do szkoły chodził, bo był młodszy o pięć lat. Potem się ożenił, a Jan Gąsienica-Roj już całkiem wsiąkł w klub wysokogórski. Miałem wspinaczkowych partnerów. - Poznałem Włodka Cywińskiego, Zdziśka Czarniaka, doktora Hajdukiewicza. Już wszedłem w ten taki mały światek taterniczy. Co niedzielę, co czwartek żeśmy się spotykali w Kmicicu i umawialiśmy się kto gdzie chce iść. To była bardzo fajna zabawa. Jeszcze nie było walki o pieniądze, nie było przewodników, nie było mowy o zarabianiu. Nic. Czysta amatorska przygoda. Korosadowicz zwany Korkiem był prezesem. Siedział w środku sali. I wianuszek dziewczyn koło niego - wspomina gospodarz.
Taniec zwycięstwa
Dodaje, że namówił jeszcze Macieja Gąsienicę na wspinaczkę zimową. Zrobili pierwsze przejście zimowe filara zachodniego Giewontu. - To ten co idzie pod krzyż. Pod spodem jest droga Ciaptaka - wyjaśnia rozmówca.
Jan Gąsienica-Ciaptak to słynny przewodnik oraz taternik. Razem z działaczem turystycznym Aleksandrem Znamięckim przeszli do historii taternictwa jako zdobywcy trudnych ścian Giewontu. Wspólnie po raz pierwszy weszli północną ścianą w 1906 roku.
- Drogą Ciaptaka przeszliśmy też w lecie z Malinowskim. Na żywca żeśmy to robili. A z Maćkiem zrobiliśmy ten filar zachodni. To jest nietrudna droga latem, ale zimą to było wyzwanie. A jeszcze śrub lodowych nie było. Teraz w Giewoncie fajnie się idzie, bo wbijasz w te trawy bracie takie śruby i asekuracja jest jak sto dwa. Zeszło nam to dość długo, bośmy robili razem z Progami Kirkora. Jak wyszliśmy pod Giewont to zatańczyliśmy taniec zwycięstwa. Siad na dupę i do Piekiełka. I do schroniska na Kondratowej. Tam Tadeusz już czekał na nas, bo się bał o zięcia. Bo Maciek już był po ślubie. Skupień nam dał fasolkę. Zjedli my fasolkę i cali uśmiechnięci zeszliśmy na dół. Potem już mieliśmy kontakt typowo ratowniczy. Przyjęli nas do TOPR-u. W 1967 roku składaliśmy przysięgę - przypomina Jan Gąsienica-Roj.
Śmigło na Cubrynie
Ale to nie koniec przygód. Zaczęły się przygody w trakcie akcji ratowniczych. Kilka było szczególnie emocjonujących. Pierwsza akcja z użyciem helikoptera na Cubrynie. - Facet wszedł we wschodnią ścianę Cubryny. Wypatrzył komin idący do góry. Żleb taki szeroki, łatwy. Wspinał się w górę, ale im wyżej, tym było trudniej. Doszedł do takiego miejsca, że ani w dół, ani w górę. I podniósł wrzask. Darł się tak okropnie, że Dziunia zadzwoniła do pogotowia. Maciek był dyżurnym przy śmigłowcu. Pod Skocznią siadł śmigłowiec, zabrał mnie i lecimy szybko, bo sytuacja jest podbramkowa. Pilotował Augustyniak. Już nad tym kominem wypatrzył taką dosyć stromą półeczkę z kosówką. Przyniżył i mówi: "Wyskakujcie". No tośmy wyskoczyli. Mieliśmy linę, zamocowaliśmy się w tych kosówkach i już nie było czasu na zjeżdżanie do gościa, bo gość się darł, że za chwilę spadnie. Nie miał już czucia ani w palcach, ani w nogach. Krzyczał tylko "Ratujcie, ratujcie". Maciek był pomysłowy chłopak. Łeb jak to mówią miał nie od parady. Zrobił takie kolucho i rzucił linę. Trafiło na chłopaka. Chłopak wlazł w to kolucho, linę miał pod pachami. Czuliśmy, jak obciążyła się lina i zrobiło się wahadło. Aleśmy już chłopaka mieli. No i wyciągnęliśmy go smykiem. Z ręki, na nieumocowanej linie, bo nie było czasu na mocowanie. Na sto procent chłopaka żeśmy uratowali. Bo by przepadł. Spadłby za moment w dół, gdyby nie pomysłowość i szybka reakcja Maćka - podkreśla Jan Gąsienica-Roj. Dodaje, że potem z Augustyniakiem Maciej Gąsienica tworzył całe ratownictwo śmigłowcowe. Robert Gałązkowski, wieloletni dyrektor Lotniczego Pogotowia przysłał na pogrzeb Macieja Gąsienicy podziękowania. - On profesor doktor habilitowany. "Dziękuję Maćkowi za te trudne lata organizowania tego ratownictwa śmigłowcowego". Pięknie napisał. Ja te podziękowania też odczytałem na pogrzebie - przypomina Apoloniusz Rajwa.
Gdy psycha siada
Druga z ciekawych akcji była na Depresji Niżnich Rysów. Brał w niej udział cały zespół ratowników. - Na górnym stanowisku był Józek Uznański, ja, Maciek i jeszcze paru chłopaków. I rozumiesz, mieliśmy ze sobą windę Friedla. To była taka wyciągarka kupiona za pierwsze pieniądze, jakie dostaliśmy na sprzęt. Kupiliśmy szelki Grammingera i windę Friedlego. To były trzy nogi, do których zamocowane były dwie korby. Spuszczało się na dół i wyciągało gościa do góry. I Maciek zjechał w dół. Droga nietrudna. Chłopcy tylko utknęli i nic im nie jest. Opuściliśmy Maćka. Wszystko gra. Maciek zaczepił razem tych dwóch chłopaków do siebie. No i dawaj do góry. Im nic nie było, tylko utknęli. Różnie to bywa, nie? Czasami psycha ci siądzie. Tym psycha siadła. No i wyciągamy, wyciągamy, wyciągamy. Trzech ludzi i obciążają tą linę. Nagle patrzymy, a winda nam się rozkręca, śruby wychodzą. Se myślę, no pięknie, za chwilę cała trójka gruchnie nam w dół. Uznański dał komuś korbę, wziął haka i młotka i dokręcał te śruby hakiem i młotkiem. Pod obciążeniem - opowiada gospodarz.
Mówi, że trzeci przypadek był dość niemiły. Jak chcemy to mamy pisać, jak nie chcemy to nie. No to piszemy. Tak. Bo w TOPR były przed laty dwie szafy ze sprzętem: szafa jaskiniowa i szafa powierzchniowa. I do szafy powierzchniowej szły super liny. Do szafy jaskiniowej dawali byle co. Przechodzone. Bo to dla jaskiniowców.
- No i była gdzieś akcja jaskiniowa i Maciek wziął z szafy powierzchniowej te dobre liny. I wyobraźcie sobie, po akcji Maciek dostał naganę. Naganę, że wziął dobre liny z szafy powierzchniowej na akcję ratunkową jaskiniową. Wyobraźcie sobie, jak strasznie było biednie. Tych lin nie było, tak trzeba było wszędzie wszystko oszczędzać - przypomina mizerię z czasów PRL nasz rozmówca.
Rajwa na ratunek
W kolejnej akcji ratunkowej nasz redakcyjny kolega okazał się "ostatnią deską ratunku". - Wylądowaliśmy na Czerwonych Wierchach. Nikt nie wiedział, gdzie jest otwór jaskini. Przypomnieliśmy sobie o Poldku. No i telefon do TOPR-u, z TOPR-u do Poldka. "Poldek, powiedz, gdzie ten otwór tej jaskini jest". I Poldek nam to określił ładnie. Mówi: "Jest taka nieduża skałka i jak odchyli się śnieg, to będzie napisane gwoździem "Nad kotlinami". No i żeśmy znaleźli tą skałę! - po tylu latach na wspomnienie śmieją się oczy Jana Gąsienicy-Roja. Dziurka do jaskini była mała, ale głębiej dwie studnie czterdzieści metrów i sześćdziesiąt metrów zjazdu. Zjeżdżali w kluczu. Lało jak z cebra. Linę trzeba było przepuścić przez karabinek i przez plecy. Dwie liny, bo na dwóch linach się zjeżdżało.
- To trzeba było mieć krzepę fest, żeby przeciągać tą linę. Ja jak zjechałem na dół po stu metrach zjazdu to leżałem pod tą studnią i ledwie oddychałem. No i dobra, czekam na Maćka. Maciek zjechał. No i mieliśmy za zadanie zejść jeszcze niżej. Już nie pamiętam ile. Żeby na kontakcie być z tą czołówką jaskiniowców, którzy poszli. No i siedzimy tam, mamy kontakt. Nagle czujemy dym. I co się okazuje? Na górze chłopakom było zimno jak skurczybyk. Zapalili ognisko z kosodrzewiny i cały dym, który tam się unosił wciągało do jaskini! No bo to oczywiście cyrkulacja powietrza. Zasysało cały dym. Narobiliśmy wrzasku jak nie wiem co. Przesunęli to ognisko i jakimś cudem żeśmy przeżyli. Bylibyśmy się podusili w jaskini - wspomina Jan Gąsienica-Roj.
Spadająca lina
Dobrze pamięta, że komin w jaskini jest pochyły. Wisiały trzy liny poręczowe. Zakładało się małpę. Szło się do góry. Na jednej linie szedł do góry nasz rozmówca. Był już prawie przy wyjściu. - Nagle widzę, że ta druga lina sztywna, którą obciążał Maciek, ja patrzę, ona się odwiązuje i leci koło mnie. Luźno leci. Ja się pytam Maćka: "Maciek, stoisz dobrze?" Maciek mówi: "Stoję". "To przepnij się do drugiej liny" I Maciek się przepiął. Ale gdyby był obciążył tą linę, która się zsuwała, no to by spadł. To by poleciał w dół.
Akcja ratunkowa w Jaskini Nad Kotlinami (i rejonie tzw. Studni Szywały) to jeden z najbardziej dramatycznych rozdziałów w historii polskiego ratownictwa jaskiniowego. W lutym 2026 r. minęło 55 lat od tych wydarzeń. Wypadek miał miejsce w sierpniu 1971 roku. 16 sierpnia, w trakcie wychodzenia z jaskini, 22-letni grotołaz Witold Ż. (według niektórych źródeł Żbikowski, często mylony z późniejszymi tragicznymi wydarzeniami Witolda Szywały) spadł na skutek zerwania liny. Spowodowało to bardzo poważny upadek i liczne urazy.
Kurierzy i Ogniowcy
- Początek mojego wspinania z Maćkiem to też początek naszych akcji ratunkowych. Maciek był jakiś czas zastępcą naczelnika. Szefem szkolenia był nawet. Wtedy to był też taki inny świat, inni ludzie w górach. Pięćdziesiąt lat temu, proszę pana. Pół wieku. Ratownicy się schodzili, gadali tak jak my dzisiaj. Młodzi teraz nie mają czasu, gonią za pieniądzem. Jeden ma takie obowiązki, inny leci przygrywać w knajpie, drugi na trening, na trzeciego czeka zamówiona grupa turystów. Praca. Albo siedzą przy komputerze. I nie ma czasu nawet, żeby sobie siąść z kimś, pogadać - macha ręką nestor ratownik.
Jego zdaniem, najfajniej było w siedzibie TOPR przy Muzeum Tatrzańskim. Pamięta te skrzypiące schody. I taki obrazek. Jest dyżurka ratowników. Tam siedzą doświadczeni ratownicy. Małą wódeczkę se tam popijają. A młodemu Rojowi każą siąść na schodach. Na czujce. Jak ktoś będzie szedł chłopak ma kaszleć. - Jagiełło był wtedy już naczelnikiem. Więc ja siedzę i idzie Michał Jagiełło do góry. To ja zaczynam kaszleć. Szybko na górze zwinęli flaszkę. Wszedł do dyżurki, a tam to już wesolutko było. Wiesz, nic nie było na ten temat. Kulturalnie. A potem Michał przychodzi do mnie, mówi: „I ty kurde między nimi jesteś?” Na czatach. Ale wtedy były inne czasy. Pracowali tam kurierzy tatrzańscy. Więźniowie ubecji, żołnierze AK. Taki "Ogniowiec" Tadziu Figus. Miał pseudonim "Zagraj" i złapali go w Starej Robocie. Siedział długo w więzieniu. W partyzantce był krótko, ale w więzieniu siedział długo - zaznacza Jan Gąsienica-Roj.
Paryski sznyt
Opowiada też o przejściu drogi na wschodniej ścianie Zadniego Kościelca. - No i śmialiśmy się, bo wtedy było doborowe towarzystwo. Szło trzech naczelników byłych i ja. To był Rysiek Szafirski, Piotrek Malinowski, Jagiełło i ja. No i drogę taternicy od razu ochrzcili. Mówią: "Droga naczelników plus Jasiek Rojek" - mówi.
Wspomina, że jak była akcja ratunkowa, to się dzwoniło do Michała Gajewskiego, który był naczelnikiem. Zresztą bardzo fajnym naczelnikiem. Z sercem, z głową. Ojciec Ryśka Gajewskiego. Michał przychodził. Było jedno auto. I byli tylko uprawnieni goście, którzy mogli tym autem jechać i nie wolno było za dużo ludzi wziąć, żeby się auto nie popsuło. I rozpoczynali tą akcję ratunkową.
- Michał kierował wszystkim. Bardzo fajnie kierował. Był bardzo spokojny, zrównoważony i wszystkie akcje pod jego dowództwem wychodziły bardzo fajnie. A w siedzibie TOPR każdy czuł się jak w domu. Albo jak u sąsiada na posiadach. Dawniej płotów nie było. Szło się do Bednorza na posiady, do Roja na posiady. I opowiadały babki stare o duchach, o tym, o tamtym. No i człowiek do domu jak szedł, to spierdalał równo z wiatrem. Bo się bał. Żeby go co nie spotkało. I taka fajna też atmosfera była dawniej w pogotowiu - uśmiecha się na samo wspomnienie gospodarz.
- Potem jak Michał zaczął już wprowadzać rygor, to się chodziło "nad Sekwanę". Żeby w dyżurce nie siedzieć, chodziło się nad ten potok poniżej. To była nasza Sekwana. Było takie miejsce między krzakami. Siadało się tam, w "Małpim Gaju". Albo szło się na te kępy na Równi Krupowej. To się mówiło: "Ej, siedzą tam na Polach Elizejskich". No taki Paryż pod Tatrami. Artystyczna kolebka. Fajnie, no super czasy. To były takie fajne czasy. I tak od ratownictwa przeszliśmy do dawnego Zakopanego, które umarło i już nie wróci więcej. To se ne vrati - podsumowuje Jan Gąsienica-Roj.
Tekst i fot. :Rafał Gratkowski, fot. archiwalne: Apoloniusz Rajwa
Staszek12:06, 15.06.2026
Fajne opowieści sprzed lat, ciutkę ubarwione ale tym lepiej się czyta.
Horam zdar.
A to ciekawe...12:46, 15.06.2026
Cytat: "W lutym 2026 r. minęło 55 lat od tych wydarzeń. Wypadek miał miejsce w sierpniu 1971 roku."
Uwielbiam takie opow12:53, 15.06.2026
Chętnie bym całą książkę poczytał.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

22.12.2025
OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.

02.06.2026
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

02.06.2026
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

27.05.2026
Poszukujemy osoby na stanowisko SPRZEDAWCA / DORAD...

19.05.2026
KANTOR ZATRUDNI KASJERA WALUTOWEGO. CV proszę prze...

02.06.2026
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

02.06.2026
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

25.05.2026
ZATRUDNIMY W KARCZMIE oraz W BARZE MLECZNYM: KUCHA...

28.04.2026
WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 69...

23.04.2026
PROVIDENT. 571 240 909.

17.04.2026
OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. ...

07.04.2026
Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY...

07.04.2026
NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: ...

12.06.2026
Sprzedam jałówkę cielną 7 miesięcy miejscowość Chy...

13.06.2026
Poszukujemy osoby na stanowisko KUCHARZ DODATKOWY ...

13.06.2026
Zatrudnimy panią do sprzątania sanitariatów na cam...

11.06.2026
Hotel Redyk w Zębie zatrudni KELNERA / KELNERKĘ. T...

11.06.2026
DONICE Z SIATKI I KAMIENIA. 730 519 594.

11.06.2026
KUCHENKA INDUKCYJNA Z PIEKARNIKIEM nowa. 505 903 9...

09.06.2026
Szukam w Nowym Targu DO OPIEKI NA WEEKENDY (2 ha d...

09.06.2026
Zatrudnię KUCHARKĘ I POMOC KUCHENNĄ do pensjonatu ...

09.06.2026
Nosalowy Park Hotel & Spa ***** w Zakopanem zatrud...

08.06.2026
Praca ogólnobudowlane Niemcy/Austria Przedsiębiors...

05.06.2026
Do wynajęcia POKÓJ - na stałe, Poronin. 880 390 02...

05.06.2026
MYCIE DOMÓW DREWNIANYCH kompleksowo. WOLNE TERMINY...