Ten prestiżowy tytuł przyznawany jest zdobywcom wszystkich pięciu siedmiotysięczników znajdujących się na terenie byłego ZSSR. Aleksandra Dzik w ostatnich trzech latach weszła w Pamirze na Pik Lenina (7134 m), noszący obecnie nazwę Pik Awicenny, Pik Korżeniewskiej (7105 m) i Pik Komunizmu (7495 m), obecnie Pik Somoni. W tym roku w Tien–szanie stanęła na szczycie Chan Tengri (7010 m), a do wierzchołka Piku Pobiedy (7439 m) zabrakło jej niewiele.
„Na Chana i Pobiedę, i to w dodatku w kobiecym zespole? Pomysł zahaczający o szaleństwo” – pisze we wstępie swojego sprawozdania z wyprawy Aleksandra Dzik, kierownik HiMountain Tien-Shan 2009 – Polish Female Expedition. „Ale właśnie taka idea zrodziła się jednocześnie w kilku głowach. Każda z nas i tak pojechałaby w tym roku w Tien-szan. Dlaczego więc nie pojechać razem, w kobiecym składzie? Spróbować, jak to jest być zdane tylko na siebie – podnieść sobie poprzeczkę.”
Po perypetiach związanych ze skompletowaniem składu w góry Azji Środkowej ostatecznie wyjechały: Aleksandra Ihnatowicz i Joanna Stasielak z warszawskiego Klubu Wysokogórskiego oraz Aleksandra Dzik z KS Kandahar. Celem było wejście – najpierw na Chan Tengri, szczyt łatwiejszy, o ładnej, rozpoznawalnej sylwetce, a w drugiej kolejności na trudny i nieobliczalny pogodowo Pik Pobiedy. Rozważana też była możliwość wejścia na ten drugi w zespole męskim.
13 lipca uczestniczki wyprawy odleciały samolotem do Biszkeku, tym samym, co polska „Almanak Expedition”, której celem był tylko Chan Tengri. W Maida-Adyr zmieniły plany i postanowiły, że podobnie jak wyprawa „Almanak”, będą wchodziły na Chan Tengri od strony północnej, gdyż droga z lodowca Inylczek Południowy, chociaż łatwiejsza, była bardziej narażona na lawiny. Cztery dni później ustawiono bazę polską na lodowcu Inylczek Północny, niedaleko bazy kirgiskiej i położonej nieco dalej, już na terenie Kazachstanu, bazy kazachskiej.
Chan Tengri – władca duchówSzczyt o stożkowej sylwetce, najwyższy w Kazachstanie. Od końca lat 80. ubiegłego wieku uznawany za siedmiotysięcznik. Zdobyty został przed 78 laty, a pierwsi Polacy stanęli na jego wierzchołku w 1989 roku. W następnych latach był celem wielu wypraw, w tym również polskich. Ostatnio coraz częściej wchodzą na Chan Tengri kobiety – w zespołach mieszanych lub prowadzone przez przewodników.
Początkowo wszystko przebiegało zgodnie z planem. Już nazajutrz po założeniu bazy ustawiono obóz I na wysokości 4600 m. Droga do „jedynki” nie była zbyt trudna, chociaż miejscami ubezpieczona poręczówkami. Trzy dni później stanął obóz II na 5500 m, na wygodnym plateau, a po dwóch następnych dniach obóz III na 6100 m, na wierzchołku Ramienia Czapajewa. Stasielak nie miała jeszcze dobrej aklimatyzacji, więc po wyruszeniu z obozu II zawróciła do bazy, natomiast Dzik i Ihnatowicz po ustawieniu „trójki” powróciły na noc do obozu II, a następnego dnia zeszły do bazy. W tym pierwszym okresie wyprawy współdziałały z Izabelą Kamińską i Agnieszką Konopką, uczestniczkami wyprawy „Almanak”.
Następne dni wszyscy spędzają w bazie, w oczekiwaniu na poprawę pogody. 30 lipca wyruszają w górę, najpierw do „jedynki”, a następnego dnia do „dwójki”, gdzie przeczekują dzień złej pogody. Nazajutrz wyruszają do obozu III. Prowadzą na zmianę: Ola Dzik i Ola Ihnatowicz oraz Tomek z wyprawy Almanak, torując w świeżym śniegu, który wyżej jest wywiany. Z tyłu, wśród uczestników innych wypraw, podchodzi Asia Stasielak. Tego dnia wszystkie nocują w „trójce”, którą na drugi dzień znoszą na przełęcz (5800 m), skąd startuje się na szczyt. Kolejne dwa dni oczekują w namiocie na przełęczy na poprawę pogody, by wyruszyć do ataku szczytowego. 6 sierpnia ruszają w górę Asia Stasielak i Ola Dzik oraz uczestnicy wyprawy Almanak. Nadciągają chmury, mocno wieje, więc wracają na przełęcz. 7 sierpnia ponowna próba ataku. Tym razem wychodzą w trójkę. „Pogoda jest idealna, możemy sobie pozwolić na to, by każda szła swoim tempem i w razie czego zawróciła – relacjonuje Ola Dzik. – Ruszam szybciej wzdłuż poręczówek do góry. Zatrzymuję się tylko na moment na 6700 m. Tu leży zapakowane w worek ciało Polaka, który zamarzł rok temu. Dalej kuluarem szybko, bo zimno, ku słońcu. Postacie pozostałych stały się małymi ludzikami gdzieś w dole, mogę się tylko domyślać czy dziewczyny idą, czy zawróciły. Wiem, że na szczycie powinnam być najpóźniej o godz. 14. Ponad przełączką spotykam dwójkę schodzącą ze szczytu. Mówią, że na wierzchołek jest jeszcze dwie godziny po polach śnieżnych. Dobrze, że przetorowali. Ostatnie sto kilkadziesiąt metrów jest nudne, ale w końcu widzę trójnóg i krzyż. Jest godz. 13.50. Jestem sama – tylko góra i ja. Widoki powalające. Miotam się, żeby zrobić sobie zdjęcia z flagami. Aparat dał radę, wejście potwierdzone. Po 10 minutach zaczynam schodzić. Spotykam podchodzących w górę Turków i rosyjską parę, a w kuluarze Asię. Mówi, że Ola nie czuła się najlepiej i zawróciła. Próbuję Asię namówić do odwrotu, ale ona rusza w górę, a ja w dół. Na przełęcz dochodzę zmęczona. Ola wychodzi z herbatą – pakuję się do śpiwora.” Asia Stasielak powróciła po godz. 20. Do szczytu zabrakło jej mniej niż 100 metrów podejścia po polach śnieżnych. Było już jednak późno i zawróciła. Cały następny dzień to schodzenie do „jedynki” i likwidacja obozów, a następnego dnia do bazy. Tam witają je kwiatami i czekoladkami. Z gratulacjami śpieszą szef bazy kirgiskiej i przewodnicy kazachscy. Pierwszy etap wyprawy został zakończony – nie pora jednak na długie świętowanie.
Na Pik Pobiedy w męskim towarzystwie11 sierpnia opuszczają bazę na lodowcu Inylczek Północny, skąd śmigłowcem lecą do bazy pod Pikiem Pobiedy na lodowcu Inylczek Południowy. Kolejny cel to Szczyt Zwycięstwa. Jest to rozległy masyw na granicy Chin oraz Kirgistanu, w którym nosi nazwę Jengish Chokusu. Jest najwyższym szczytem w Kirgizji, a jego grań szczytowa ma 10 km długości i kulminuje w kilku wierzchołkach o wysokości około 7000 metrów. Nawet najłatwiejsze wejście przez Przełęcz Dziki i Pobiedę Zachodnią (6918 m) – Pik Waży Pszawelego – jest nie lada wyzwaniem. Trzeba bowiem pokonać 4-kilometrową grań wiodącą do szczytu, co na wysokości 7000 metrów nie jest łatwe. Nie bez znaczenia jest też niestabilna w tym rejonie pogoda, silne wiatry, a mgła i zawieje śnieżne utrudniają orientację. Wielokrotnie alpiniści zostali zmuszeni na tej grani do odwrotu, a niektórzy pozostali na niej na zawsze. Aleksandra Ihnatowicz nie czuje się na siłach i rezygnuje z Pobiedy. 13 sierpnia Ola Dzik i Joanna Stasielak wyruszają z bazy i klucząc wśród szczelin lodowcowych i seraków, nocują po drodze w namiocie Irańczyków, a następnego dnia, po dużym opadzie śniegu, dochodzą do obozu I. Stasielak rezygnuje i wraca do bazy, natomiast Ola Dzik pozostaje w „jedynce”. Jest tam również czteroosobowy zespół: Losza Bażenow, Wład Czechlow i Andrej Korneew z Kazachstanu oraz Israfil Ashurly z Azerbejdżanu, którzy również mają w planie skompletować „Śnieżną Panterę”. W sezonie pracują na Chan Tengri przy zakładaniu poręczówek oraz jako przewodnicy i ratownicy. Zaproponowali Oli Dzik, by razem z nimi zaatakowała Pobiedę, na co przystała z radością.
17 sierpnia ruszają w górę, torują na zmianę, pokonują lodospad, wchodzą na przełęcz Dziki, a następnie długim i stromym podejściem dochodzą do jamy na wysokości 5800 m. Kolejnego dnia dochodzą tylko do 6400 m, gdzie ustawiają namiot na niewielkim wypłaszczeniu. Nazajutrz, początkowo przez skałki po poręczach, a dalej polami śnieżnymi, na Pobiedę Zachodnią. Po długich poszukiwaniach znajdują obóz V, gdzie jest jeden podarty namiot a oraz jama śnieżna z nieboszczykiem. Następny dzień przeczekują w namiocie, bo mocno wieje. Do „piątki” dochodzi następny zespół dobrych alpinistów, a wśród nich Aleksander Puczenin, drugi po Denisie Urubko. 21 sierpnia, mimo zimna i silnego wiatru, wszyscy wyruszają do ataku szczytowego. Na końcu czterokilometrowej grani, pod Obeliskiem, zostawiają depozyt – namiot i sprzęt do gotowania. Stamtąd rozpoczynają podejście na szczyt. Ola Dzik tak opisuje dalsze wydarzenia: „Zimno. Mimo ostrego tempa, nie udaje mi się utrzymać czucia w rękach i nogach. Zastanawiam się, czy nie schodzić. Tak samo myśli również dwóch mężczyzn, z których jeden był już na Pobiedzie cztery razy. Moi chłopacy wyprzedzają mnie. Próbuję się rozgrzać w pierwszych promieniach słońca, ale to nic nie daje. Więc wycof – ale jak? Teren łatwy nie jest, a ręce i nogi mam jak drewniane kołki. Wład zauważył, że coś nie tak, zawraca, chce mi pomóc. Krzyczę na niego, że ma iść na szczyt. Trudno, sama tu polazłam, to teraz zostanę, ale po co on ma tracić szansę. Wład jest uparty. Daje mi swój czekan, schodzi przede mną. Wściekła na siebie schodzę pod Obelisk, gdzie dwójka, która wcześniej zawróciła, ustawia namiot. Podobno zawróciliśmy z wysokości 7200 metrów. Po chwili wraca również Losza. Musimy jednak zwolnić namiot dla tych, co poszli na szczyt i będą wracać. Przejście granią do obozu V zajmuje nam aż sześć godzin.” Na szczyt z tych dwóch zespołów weszło tylko trzech: Israfil oraz Puczenin i Pasza. Rano wracają do „piątki”, zwijają namiot i schodzą. Ola Dzik tak opisuje dramatyczny odwrót: „Wieje nieziemsko i jest strasznie zimno. Nie mogę włożyć butów, uprzęży, raków – ręce nie nadają się do niczego. W obozie chaos, wszyscy ruszają w dół. Próbuję iść, czekan wypada mi z ręki, plącze się na repie pod nogami. – Jeśli chcesz żyć – mówi Losza – to musisz utrzymać czekan i kijek. Myślę: – Jeżeli tu zostanę, by odpocząć jeden dzień, to może się on przedłużyć w wieczność. Ostatnia nadzieja to Wład. Podchodzi do mnie, nakłada na moje zesztywniałe ręce dodatkowe łapawice, mocuje czekan na szpejarce, bierze mój kijek i każe iść. Początkowo krótkie podejście na Pobiedę Zachodnią, liczę kroki między przystankami. Wład jak cień idzie za mną. Jestem na kulminacji, skąd rozpoczyna się zejście. Teraz Wład idzie pierwszy, a ja po jego śladach. Powoli wytracamy wysokość. Dochodzimy do poręczówek. Próbuję zjeżdżać, idzie strasznie wolno. Wład mnie przepina, poprawia łapawice. Niżej już mniej wieje, dłonie rozgrzewają się na tyle, że jestem w stanie sama wpinać karabinek. Idzie mi średnio, kilka razy spadam, ale w końcu daję radę zjeżdżać normalnie i iść z czekanem. Dochodzimy do jam na 5800 m, gdzie odpoczywają już koledzy.”
Stamtąd jeszcze dwa dni zajęło im zejście do bazy, gdzie przyjęto ich serdecznie, były również kwiaty, a Wład został okrzyknięty „gierojem”. „Moja baza jeszcze stoi, choć dziewczyny musiały już ją opuścić. Śmigło jest następnego dnia, chłopaki odlatują do Kazachstanu, a ja ze spotkanymi znajomymi idę trekkiem do Maida-Adyr. Na nizinach trawa jest jakby bardziej zielona, niż na początku wyprawy, kwiaty bardziej pachną. A może to przez nią – Pobiedę? Dzięki Wład” – kończy refleksyjnie opis swojej wyprawy na dwa siedmiotysięczniki Ola Dzik. Być może spróbuje jeszcze raz wejść ten szczyt, na którym dotychczas nie stanęła dotąd żadna Polka, i będzie pierwszą z zaszczytnym tytułem „Śnieżnej Pantery”.
Korzystałem z obszernego sprawozdania z tej wyprawy autorstwa Aleksandry Dzik, która dziękuje wszystkim sponsorom, firmom, instytucjom i mediom, które wspierały tę ekspedycję.
Apoloniusz Rajwa
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz