Niezwykle trudna, wielka szkoda, że niedokończona, linia na Piku Mińsk (ok. 5200 m), w paśmie gór Kokszał-tau w Tien-szanie Wewnętrznym. Michał Król, na którego spadły dwa duże odłamy lodu, i Andrzej Sokołowski musieli zrezygnować z dokończenia drogi. Do grani zabrakło około 150 metrów.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"6473"}
Pasmo Kokszał-tau o długości około 400 kilometrów, na granicy Kirgistanu i Chin, ciągnie się od jeziora Czatyr-kol na południowym zachodzie do Piku Pobiedy (7439 m) i Piku Wojennych Topografów (6837 m) na północnym wschodzie. W południowo-zachodniej części tego pasma najwyższymi szczytami są: Pik Dankowa (5982 m) i Kizył Asker (5842 m). Rejon tego ostatniego szczytu był celem wspinaczkowym dwuosobowego zespołu, który stanowili Michał Król z Nowego Targu i Andrzej Sokołowski z Jeleniej Góry. Towarzyszył im nowotarżanin Adam Kokot, którego celem była dokumentacja fotograficzna tej wyprawy.
Kizył Asker, czyli „Czerwonoarmista”, nie był celem wyjazdu, chociaż od strony chińskiej jego 1500-metrowe ściany stanowią bardzo atrakcyjne wezwanie dla alpinistów. Celem był położony w bocznej grani również pięciotysięcznik Pik Mińsk, który wcześniej prawdopodobnie miał też nazwę – Pik Wiernyj. Tę pierwszą nazwę nadała mu wyprawa rosyjsko-białoruska, która przed dwoma laty dokonała pierwszego wejścia na ten szczyt, a więc przysługiwało im prawo nadania mu nazwy.
Masyw tej góry wznosi się 700-1000-metrowymi skalno-lodowymi ścianami nad sąsiednimi dolinami, wypełnionymi lodowcami. Interesująca jest jego zachodnia, prawie pionowa ściana, urozmaicona filarami, rynnami i kominami. Michał i Andrzej jeszcze przed wyjazdem w Tien-szan zdecydowali się na skalny filar, formację dominującą w tej ścianie. Warto dodać, że jest to rejon alpinistycznie słabo wyeksplorowany – dotychczas działało tam tylko kilka rosyjskich wypraw. W tym roku w bazie znowu pojawiła się rosyjsko-białoruska ekipa wspinaczy oraz kilku uczestników trekkingu, a trzy doliny dalej w kierunku wschodnim działał polski zespół: Michał Kasprowicz, Wojciech Ryczer i Rafał Zając.
Andrzej, Adam i Michał wyruszyli na wyprawę w pierwszych dniach sierpnia. – Łatwiej jest pokonać odległość z Europy do Biszkeku, stolicy Kirgistanu, niż poruszać się po bezdrożach tego kraju – mówi Adam Kokot. – Wiktor, kierowca UAZ-a, poruszał się po nich z dużym wyczuciem i dowiózł nas po dwóch dniach, z noclegiem w Naryniu, do bazy w szerokiej dolinie, gdzie na wysokości 3750 metrów stały już namioty wyprawy rosyjsko-białoruskiej. Już na miejscu okazało się, że uczestnicy tej wyprawy mają taki sam cel, jak nasz zespół – główny filar zachodniej ściany. – Ponieważ byli pierwsi, więc odstąpiliśmy ten problem i postanowiliśmy wybrać inną linię. Jak się potem okazało, oni również zrezygnowali z tego filara. Z bazy pod ścianę było około 10 km. Trawersując podnóżem zbocza doliny i kopczykując najdogodniejszą trasę podejścia, Michał i Andrzej doszli po 6 godzinach na morenę czołową, a potem koło jeziorka do czoła lodowca. Wypatrzyli linię z nitką lodową, poprzetykaną krótkimi fragmentami skalnymi, przecinającą prawie całą 700-metrową ścianę. Kolejne pięć dni to transport ekwipunku z bazy, najpierw do czoła lodowca, a potem pod ścianę, na wysokość 4200 m. W transporcie pomagał Adam, ale miał pecha, bo dwa razy wpadł do szczeliny lodowcowej, na szczęście był asekurowany. Potem większość czasu spędził w bazie.
W alpejskim styluMichał z Andrzejem postanowili wspinać się stylem alpejskim sądząc, że uda im się pokonać ścianę z jednym lub może dwoma biwakami. Ostro ruszyli w górę i w pierwszym dniu pokonali 250 metrów. Wspinaczka już od samego dołu była trudna. Na stromym lodowo-śnieżnym stoku poprowadzili kilka wyciągów do wylotu kominka. Kolejny wyciąg, który robił Michał, był bardzo trudny – lód lany pod uderzeniem czekana rozpryskiwał się. Komin był pionowy, a ostatni fragment do stanowiska przewieszony. – Robiłem ten wyciąg trzy godziny. Asekurację miałem iluzoryczną – dwie śruby wkręcone do połowy. Byłem 50 metrów nad asekurującym mnie Andrzejem, kiedy w przewieszeniu nogi mi wyjechały i zawisłem na samych rękach – myślałem, że zaraz spadnę. Udało mi się jednak podciągnąć i dojść do stanowiska. To był najtrudniejszy psychicznie wyciąg, jaki w życiu zrobiłem – ocenia Michał. Po dojściu Andrzeja, przekazał mu prowadzenie. Andrzej urobił jeszcze kilkanaście metrów, wbił „jedynkę” , którą – jak się potem okazało – można było wyciągnąć bez problemu. Po tych trudnościach doszli do wniosku, że zrobienie tej drogi w stylu alpejskim, przy tak skąpych możliwościach asekuracji, nie jest możliwe – postanowili zjechać do podstawy ściany i udać się do bazy.
Kontuzja Michała
Po tej pierwszej przymiarce do problemu, doszli do wniosku, że trzeba zastosować styl oblężniczy z wykorzystaniem portaledge – namiotu używanego w czasie wspinaczki w ścianie. Zabrali więcej żywności i sprzętu, wiertarkę, baterię i ponownie ruszyli pod ścianę. W pierwszym dniu wspięli się i wyciągnęli sprzęt do miejsca, skąd przed kilku dniami nastąpił odwrót. Kilka metrów wyżej, już o zmroku, założyli „portal” w dość bezpiecznym miejscu. Na następny dzień Andrzej poprowadził trzy trudne wyciągi. Zaraz na początku, kiedy prowadził, odłam lodu spadł na Michała i rozbił mu kask. Był na wiszącym stanowisku i nie mógł zrobić uniku. Kilka sekund później następny odłam lodu uderzył go w prawy bark. Ból stopniowo narastał. Andrzej wspinał się dalej, prawie do końca tych największych trudności, i założył liny, po których potem Michał wspiął się w sumie około 200 metrów. Kiedy wszystkie liny zostały założone, zjechali do „portalu” z postanowieniem, że nazajutrz podejdą po nich do końca, a następnie będą się wspinać już nieco łatwiejszym terenem do grani. W nocy Michał stwierdził, że ból stłuczonego barku uniemożliwia mu podniesienie prawej ręki, więc nie ma mowy o „małpowaniu”. Chociaż od końca założonych poręczy do grani zostało około 150 metrów, trzeba było z bólem serca zdecydować się na odwrót, co też nie było łatwe – musieli spakować i opuścić na linach ekwipunek, następnie zjechać do podstawy ściany. Tam pozostawili sprzęt i poszli do bazy z nadzieją, że za kilka dni wrócą, by dokończyć drogę, bo pozostały im jeszcze dwa tygodnie. Jednak ból stłuczonego barku nie ustawał, lekarz wyprawy rosyjsko-białoruskiej stwierdził naderwanie wiązadła barku. Trzeba było podjąć decyzję o zakończeniu wyprawy.
Na pytanie o trudności przebytego 500-metrowego odcinka drogi Michał ocenia, że mogło to być w granicach WI 6, droga psychicznie bardzo trudna, gdyż nie było możliwości dobrej asekuracji. W przyszłym roku nie zamierza tam wrócić, ale za dwa lata chce ją dokończyć z Andrzejem, a wtedy może po stronie chińskiej przymierzą się jeszcze do nowej linii na 1500-metrowej ścianie Kyzył Asker.
Apoloniusz Rajwa
0 0
Piekna nitka. A styl to raczej kapsulkowy panie Redaktorze. Pozdr.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz