„Malanphulan (6573m) – Himalaje Nepalu, Solu Khumbu – Dolina Nare – pierwsze przejście północnej ściany w dniach 30.10-3.11.2009. Ostatecznie pokonaną drogę wyceniliśmy na ED+, lód do 85 stopni (AI4/5). Deniwelacja 1400 metrów, natomiast długość drogi wynosi około 1600 metrów. Pierwsze 700 metrów zrobiliśmy bez asekuracji, na resztę przypadło 18 wyciągów o długości około 55-60 metrów.”
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"7409"}
Za ten wyczyn Marcin Michałek, Krzysztof Starek i Wojtek Kozub otrzymali „Jedynkę” – najważniejszą nagrodę polskich środowisk górskich. Z Wojtkiem Kozubem, uczestnikiem wyprawy, która zdobyła dziewiczą ścianę Malanphulan, rozmawia Jakub Brzosko
– Skąd pomysł na wyjazd?– Odkrywcą północnej ściany Malanphulan (6573 m) był znakomity polski himalaista Wojciech Kurtyka. W przeciągu ostatnich 20 lat zorganizował on kilka ekspedycji, których celem było zdobycie tego przepięknego lodowego urwiska. W tzw. międzyczasie cel ten był wielokrotnie (bezskutecznie) atakowany także przez zagraniczne wyprawy. Dwa i pół roku temu Marcin Michałek zaproponował mi udział w tym niezwykle ambitnym przedsięwzięciu. A więc głównym powodem ataku na Malanphulan była bogata historia zmagań z dziewiczą ścianą.
– Byliście tam już?
– Marcin Michałek był tam wcześniej dwa razy – dziesięć i cztery lata temu. Krzysiek Starek cztery lata temu, ja pierwszy raz.
– Czy są tam wydawane pozwolenia na wejścia na szczyt? – W Nepalu jest kilkadziesiąt szczytów, na które można wejść po wcześniejszym wykupieniu pozwolenia. Z naszą wspinaczką było trochę zamieszania. Okazało się bowiem, że szczyt, na który dostaliśmy zezwolenie, w rzeczywistości nazywa się Malanphulan, a nie Ombigaichen. Są to dwa samodzielne szczyty wznoszące się w otoczeniu Doliny Nare. Nieporozumienie wynikło z błędnej informacji na stronie internetowej Nepal Mountaineering Association. Początkowo byliśmy pewni, że zrobiliśmy północną ścianę Ombigaichen. Dopiero kiedy wróciliśmy do Polski, okazało się, że to był Malanphulan, na który Nepal nie wydaje pozwoleń. Ostatecznie całą sprawę wyjaśnialiśmy z Nepal Mountaineering Association.
– To faktycznie zamieszanie. Jak dotarliście do bazy? Korzystaliście z pomocy tragarzy?– Solu Khumbu jest chyba najdroższym rejonem wysokogórskim w całej Centralnej Azji. Swą popularność zawdzięcza bliskości najwyższego szczytu na Ziemi – Mont Everestu. Znajduje się tam szlak trekkingowy, wyprowadzający na wzniesienie Kala Pattar (ok. 5600 m), z którego można podziwiać widoki na dach świata.
Tak naprawdę dla współczesnego himalaizmu większą rolę odgrywają niższe szczyty, które posiadają ekstremalnie trudne lodowe lub skalno-lodowe (mikstowe) dziewicze ściany. W rejonie Khumbu każdego roku działa kilkadziesiąt wypraw, zatem nie ma problemu z wynajęciem tragarzy, którzy mogliby pomóc w transporcie do bazy. Są to klasyczne wyprawy o charakterze komercyjnym lub sportowym. My, jako maleńka, zaledwie trzyosobowa wyprawa sportowa, korzystaliśmy z tego typu udogodnień w minimalnym stopniu – zazwyczaj braliśmy po jednym tragarzu na osobę. Przed wspinaniem zdecydowaliśmy się nie korzystać z usług tzw. tragarzy wysokościowych, którzy mogliby pomóc nam w transporcie sprzętu z bazy w dolne partie ściany. Styl alpejski, w którym chcieliśmy się wspinać, wyklucza tego typu ułatwienia.
– W jakim dokładnie działaliście terenie? Ile trwała wyprawa i jak wyglądała aklimatyzacja?– Wyprawa trwała pięć tygodni. Dwa tygodnie aklimatyzacji, tydzień odpoczynku i pozostałe dwa tygodnie przeznaczone na akcję ścianową. Nasz teren działania obejmował rejon Khumbu – masyw Lobuche East (6119 m) oraz otoczenie Doliny Nare – Malanphulan (6573 m).
Podczas aklimatyzacji działaliśmy w dwóch niezależnych zespołach. Ja wspinałem się z Marcinem, natomiast Krzyśkowi towarzyszyła grupa znajomych trekkersów: Ada Jaszczyńska i Wojtek Kołek. Planowaliśmy dwa wejścia powyżej 6000 m. Wybór padł na Lobuche East (6119 m). Łatwo, przyjemnie, ciepło oraz urocza baza nad jeziorkiem. Dość ciekawa okazała się wschodnia grań. W 99% wszystkie ekipy, które tam działają, dochodzą na tzw. False Summit. Jest łatwo dostępny i nieco niższy od głównego wierzchołka, do którego prowadzi eksponowana i najeżona nawisami grań. W rzeczywistości wejście na False Summit to dopiero połowa wycieczki. Podczas pokonywania wschodniej grani, którą robiliśmy prawie 5 godzin, niezbędne okazały się haki oraz śruby lodowe. Trudności tej drogi są wycenione na francuskie D+. Po tej przyjemnej i niezbyt męczącej aklimatyzacji mogliśmy w krótkim czasie zebrać siły na główny cel naszego wyjazdu. Kolejny, trzeci tydzień wyprawy przeznaczyliśmy na odpoczynek w malowniczej wiosce Pangboche (około 3900 m).
– Jak wyglądała samo wspinanie? – Było to wspinanie w lodzie, którego nastromienie dochodziło do 85 stopni. Poruszanie się w takim terenie wymaga specjalnego przygotowania oraz odpowiedniego sprzętu. Generalnie o trudnościach technicznych decydowała nie tylko stromość terenu, ale także tzw. ciąg trudności. Chodzi o to, że ściana ta miała raczej jednostajne nachylenie, przez co nie było możliwości odpoczynku w trakcie wspinaczki. Przez większość czasu prowadzący stawał na przednich zębach raków, co powodowało silny ból łydek. Dodatkowym problemem była słaba asekuracja – skąpa i wymagająca psychicznie. Średnio na 55- 60-metrowy wyciąg maksymalnie udawało się wkręcić 3-4 śruby. Bywały też długości liny, na których prowadzący zakładał tylko jeden lub dwa punkty. Przyczyną słabej protekcji była cienka warstwa lodu oraz duże trudności w znalezieniu odpowiedniego miejsca do wkręcenia śruby. Z tego powodu wspinanie wymagało dużej koncentracji i skupienia. Nie było mowy o odpadnięciu.
– Czy wszystko udało się tak, jak zaplanowaliście?
– Przed wyprawą i w czasie jej trwania poświęciliśmy wiele godzin na przedyskutowanie zagadnień i ewentualnych problemów, jakim będziemy musieli stawić czoła. Podczas wspinania było jak zwykle sporo przeszkód, jednak byliśmy na nie przygotowani. Chodziło przede wszystkim o wspomnianą wcześniej asekurację, niezbyt komfortowe odpoczynki, zimno oraz niedobór wody w organizmie. Podczas tych pięciu dni akcji mieliśmy co jakiś czas poważniejsze kryzysy związane z wymienionymi wyżej niedogodnościami, jednak trzeba było sobie z tym radzić. Moim sprawdzonym sposobem na przezwyciężanie słabości jest odpowiednie nastawienie psychiczne oraz modlitwa.
– Wytyczyliście nową drogę, wszystko było pierwsze… czy wydarzyło się coś takiego, co was zaskoczyło?– W lodowej ścianie, której rzeźba może się zmieniać z roku na rok, nie było raczej nadziei, że natkniemy się na ślady poprzednich prób. Istniała mała szansa na odnalezienie niektórych stanowisk, zrobionych cztery lata temu w dolnych partiach ściany. Jednak nie napotkaliśmy żadnych śladów poprzednich ekspedycji. Koniecznie trzeba tutaj zaznaczyć, że jedna z prób Wojtka Kurtyki z Erhardem Loretanem zakończyła się mniej więcej wyciąg (kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów) przed granią. A więc nasza linia musiała się w pewnym stopniu pokrywać z niedokończoną drogą poprzedników.
– Jakie uczucia towarzyszyły wam na szczycie? To chyba fantastycznie być takimi swoistymi „Kolumbami” w tych czasach.– Nasza wspinaczka zakończyła się na grani nieopodal szczytu. Prowadzący ostatni wyciąg, nie mogąc znaleźć bezpiecznego miejsca, cofnął się kilkanaście metrów i pod śnieżnym ostrzem założył stanowisko. Kilka minut zastanawialiśmy się, czy iść dalej na wierzchołek. Niestety, nie zdecydowaliśmy się, ponieważ uznaliśmy, że ze względu na kompletny brak asekuracji istnieje zbyt duże ryzyko upadku. Ocenialiśmy, że do szczytu pozostały dwa wyciągi śnieżnej (seraki, nawisy) grani.
Będąc na ostatnim stanowisku, z jednej strony czułem wielką satysfakcję z pokonania ściany, z drugiej niedosyt w związku z nie wejściem na szczyt. Tak to już jest, że nigdy nie będzie idealnie tak, jak sobie to człowiek wcześniej wymarzy.
– Jak długo byliście na grani i jaką mieliście pogodę podczas całej akcji?– Na ostatnim stanowisku, w pobliżu grani głównej, spędziliśmy około 10 minut. Ze względu na bardzo niską temperaturę nie byliśmy w stanie dłużej wytrzymać. Natomiast pogoda była wspaniała. Podczas całej naszej wyprawy było słonecznie i mroźnie. Ponadto wymarzone warunki w ścianie – dobrej jakości firn i lód.
– Jak wyglądała ewakuacja ze szczytu?– Dzięki zastosowaniu podczas wspinania do góry taktyki: jeden prowadzi, drugi asekuruje, trzeci robi stanowiska zjazdowe (Abałakowy), już po siedmiu godzinach znaleźliśmy się w miejscu biwakowym, z którego w trzecim dniu akcji wspinaliśmy się non stop. Tzw. Abałakow to rodzaj stanowiska, utworzonego w lodzie poprzez wkręcenie śrub lodowych z dwóch stron, najlepiej pod kątem 60 stopni (względem siebie). W ten sposób pozostałe po wykręceniu śrub małe tuneliki nachodzą na siebie. Przez powstałą szczelinę przeciągamy kawałek liny (tzw. rep) o średnicy około 6 mm i następnie wiążemy dwa końce. W ten sposób uzyskujemy stanowisko, z którego można asekurować lub zjeżdżać w dół.
Podczas zjazdów byliśmy już bardzo wyczerpani. Powodem zmęczenia było m.in. zbyt mało płynów dostarczanych do organizmu, duże trudności techniczne podczas wspinania, przenikliwe zimno oraz długość akcji, która trwała 5 dni, w tym przez ostatnie dwa – 39 godzin bez przerwy. Niezwykle uciążliwe podczas zjazdów było wiszenie w uprzężach na stanowiskach. Powodowało to ból pleców oraz utrudniało dopływ krwi do nóg.
– Po powrocie do Polski jakie nastroje? Macie kolejne plany w tym składzie?– Jak zwykle po wyprawie, początkowo ciężko mi z powrotem normalnie funkcjonować. Dotyczy to w szczególności pracy zawodowej. Jestem instruktorem wspinaczki sportowej i skałkowej oraz przewodnikiem tatrzańskim. Po tak długich przerwach, związanych z wyjazdami w góry wysokie, po powrocie nie jest łatwo wejść w normalny tryb życia. Zazwyczaj potrzebuję miesiąca na „zaaklimatyzowanie” się do normalności.
W przyszłym roku wyjeżdżam prawdopodobnie do Pakistanu lub Chin. Tym razem w moim stałym od niemal dziesięciu lat składzie wyprawowym, który tworzą Łukasz Depta, Andrzej Głuszek oraz Piotr Sztaba.
– 6 grudnia ub. roku dostaliście Jedynkę podczas Gali Krakowskiego Festiwalu Górskiego. Gratulację. Zaskoczenie czy pewniak, że otrzymacie tę nagrodę?– Bardzo się cieszę z tego wyróżnienia. Nie mogłem mieć pewności, że akurat my dostaniemy tę nagrodę, ponieważ wśród nominowanych było kilka naprawdę znaczących dokonań. Jednak w pewnym stopniu spodziewałem się wygranej.
Bardzo dziękuję za wsparcie moim rodzicom i dziadkom. Dziękuję również moim siostrom za doping przed każdą wyprawą oraz za pomoc, którą otrzymywałem od bliskich i przyjaciół. W imieniu całego zespołu dziękujemy Polskiemu Związkowi Alpinizmu, Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki oraz firmom: Cerro Torre, Eksplo, Marabut, Odlo, Polar Sport, Salewa, Canon, the North Face, Summit.
Rozmawiał
Jakub Brzosko
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz