17 lutego 1980 roku Polacy, jako pierwsi na świecie, zdobyli zimą Mount Everest (8848 m n.p.m.). Na szczycie stanęli Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy. Od pamiętnej wyprawy mija właśnie 30 lat.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"7759"}
Kierownikiem wyprawy był Andrzej Zawada, Ryszard Dmoch był jego zastępcą, Andrzej Zygmunt Heinrich – zastępcą kierownika ds. sportowych. W skład wyprawy wchodzili: Leszek Cichy, Krzysztof Cielecki, Walenty Fiut, Ryszard Gajewski, Jan Holnicki-Szulc, Aleksander Lwow, Janusz Mączka, Kazimierz Olech, Maciej Pawlikowski, Marian Piekutowski, Ryszard Szafirski, Krzysztof Wielicki, Krzysztof Żurek oraz Józef Bakalarski – filmowiec, Bogdan Jankowski – radiooperator, Robert Janik – lekarz, Stanisław Jaworski – filmowiec. Anna Milewska-Zawada tak pisze o swoim mężu w książce „Życie z Zawadą”: „Zima w górach najwyższych stała się jego pasją. Przebywając wiele razy w Alpach i w ogóle we Francji, zetknął się niejednokrotnie z ksenofobią Francuzów, w Anglii z brytyjską pychą, co prawda nieco przytępioną po utracie kolonialnej potęgi, czy z kosmopolityczną nonszalancją z pogranicza austriacko-węgierskiego. Uważał, że pionierskie, zimowe zdobycie przez Polaków Everestu wprowadzi Polskę na międzynarodową scenę himalaizmu równie efektownie, co zasłużenie. Polscy alpiniści mieli doświadczenie i świetne osiągnięcia we wspinaczce zimowej, hart ducha i wolę walki – cechy przesądzające o możliwości powodzenia (…)”
Polacy mieli już za sobą zimowe zdobycie w 1973 roku Noszaka (7485 m n.p.m.) w Hindukuszu. Było to pierwsze zimowe wejście na ten szczyt, a przede wszystkim pierwsze zimowe zdobycie siedmiotysięcznika. Wyprawa ta przekonała Zawadę, że Polacy są w stanie sięgnąć wyżej, osiągnąć więcej. W 1974 Leszek Cichy zdobył Shispare (7611 m n.p.m.). Potem doszły kolejne sukcesy Polaków: m.in. zdobyto Gasherbrum II (8035 m n.p.m.), Broad Peak (8013 m n.p.m. ), Gasherbrum III (7952 m n.p.m.) – dziewiczy wówczas szczyt. W tzw. międzyczasie wyprawa na K2 (8611 m n.p.m.) pod kierownictwem Janusza Kurczaba zakończyła podbój ok. 250 metrów od szczytu, co było polskim rekordem wysokości. Na przełomie 1974/75 zorganizowano wyprawę na Lhotse (8516 m n.p.m.). 26 grudnia 1974 roku Andrzej Zawada i Andrzej Heinrich dotarli na Lhotse do wysokości 8250 metrów, ale wyczerpani, musieli się wycofać. „Ta wyprawa była prawie, prawie naszym wielkim sukcesem. Skończyło się na „prawie”, a nie obyło bez tragedii. Zginął, a właściwie zasnął i zamarzł na śmierć na wysokości około 6,500 metrów Staszek Latałło, operator filmowy”– wspomina Ryszard Szafirski – wybitny taternik, jeden z bardziej aktywnych polskich alpinistów lat 60. i 70., naczelnik GT GOPR, który m.in. wraz z Lucjanem Sadusiem przeszedł po raz pierwszy w 1963 roku Filar Kazalnicy Mięguszowieckiej. Po „próbie sił” na Lhotse Zawada mógł przeczuwać, że zdobycie zimą Everestu to tylko kwestia czasu. Wanda Rutkiewicz w październiku 1978 roku (w ramach wyprawy zachodnioniemieckiej) zdobyła jako pierwsza Europejka szczyt Everestu. Ten wyczyn bardzo wspomógł starania do planowanej ekspedycji zimowej. Zawada powiedział wtedy: – Pierwszy Polak dotknął stopą najwyższego punktu Ziemi, zaspokajając ambicje narodowe, pora więc na zaspokojenie ambicji sportowych!
Po wielu zabiegach dyplomatycznych i staraniach organizacyjnych, 22 listopada 1979 władze Nepalu wydały oficjalne zezwolenie na Mount Everest. W pierwszej połowie grudnia 1979 roku do Nepalu poleciał Zawada i reszta alpinistów. Zaczęła się klasyczna wyprawa. Nie sposób jej całej opisać, ale pewien rys tamtych wydarzeń może uświadomić, jak wybitnym osiągnięciem było zdobycie Mt. Sagarmatha – jak Everest nazywają Nepalczycy.
Base Camp na lodowcu Khumbu, na wysokości 5350 m n.p.m., powstał na początku stycznia 1980. W obrębie lodowca himalaiści musieli wielokrotnie przechodzić przez słynny Ice Fall – potężną, poruszająca się kaskadę lodu. Oprócz tego towarzyszyły im huraganowe wiatry, a podmuchy dusiły nieraz i zwalały z nóg. Alek Lwow wpadł do szczeliny, Wielicki i Heinrich mieli przymusowy biwak w sąsiedztwie olbrzymów-seraków na kaskadzie Ice Fall, wielu miało problemy z aklimatyzacją, jednak w kolejnych tygodniach wyprawa konsekwentnie przemieszczała się do góry. 8 stycznia Andrzej Heinrich i Krzysztof Wielicki założyli obóz I na wysokości 6000 m. 9 stycznia 8-osobowa grupa założyła obóz II na 6500 m. 15 stycznia Rysiek Gajewski, Maciek Pawlikowski i Krzysiek Żurek zakładają obóz III na wysokości 7150 m. Pod koniec stycznia i na początku lutego przerwano działania z powodu huraganowych wiatrów. 11 lutego na Przełęcz Południową (7986 m) docierają Leszek Cichy, Walenty Fiut, Krzysztof Wielicki i zaczynają w fatalnych warunkach rozkładać obóz IV. „Schowali się zmarznięci do małego, jednomasztowego namiotu biwakowego. Ratował im życie, ale nie dawał żadnych możliwości odpoczynku. Bez przerwy walczyli z potężną wichurą, trzymając maszt w rękach. Nie byli nawet w stanie ugotować herbaty. W środku w namiocie termometr pokazywał minus 40 stopni Celsjusza\" – relacjonował Zawada w sprawozdaniu z wyprawy. Jeszcze wcześniej, 21 stycznia, w drodze z obozu III na Przełęcz Południową Krzysztofowi Żurkowi odnawia się choroba wrzodowa, zmuszając alpinistów do zejścia. – Zacząłem go sprowadzać – wspomina Maciek Pawlikowski. – Oprócz problemów z żołądkiem, poniżej obozu pierwszego Krzysiek wpadł do szczeliny. Wróciliśmy do jedynki i rozpoczęliśmy akcję nastawiania barku. Gajewski trzymał ogromny radiotelefon Klimek i przekazywał instrukcje od Janika, będącego w bazie, jak nastawiać bark. Tymczasem razem z Szafirskim naciągaliśmy rękę. Żurek wył z bólu. Po kilku próbach jednak udało się – opowiada Maciek Pawlikowski. – Było nas 6 chłopaków z KW Zakopane: Fiut, Gajewski, Janik, Szafirski, Żurek i ja – wymienia. –No ale największym utrapieniem całej wyprawy był fatalny sprzęt. Łamały się raki, dysponowaliśmy ciężkimi czekanami, ubrani byliśmy w wełniane sweterki i buty skórzane „Wałbrzychy”. Wielicki na szczyt wchodził np. w okularach spawalniczych. Porównując górski sprzęt obecnie i wtedy, to jakby niebo i ziemia – dodaje.
– Byłem dumny, że mogłem się znaleźć w doborowym towarzystwie jako najmłodszy uczestnik wyprawy. Wychowałem się na takich nazwiskach, jak Heinrich, Zawada, i nagle jestem z nimi w zespole. Wyprawa była ciężka, nie można było się zregenerować, temperatury były bardzo niskie. Mieliśmy sprzęt toporny, jak to za komuny – mówi Rysiek Gajewski. – Wyprawa była dla mnie bardzo ważna. W ogóle przebywanie w wysokich górach jest wyzwaniem mistycznym. Jest dotknięciem spraw ostatecznych. Jest wyzwaniem rzuconym przez Boga – snuje refleksję Gajewski.
Tymczasem dopiero 13 lutego, po zaniesieniu przez Zawadę i Szafirskiego na Przełęcz Południową depozytu (tlen i przestronny goreteksowy namiot „Omnipotent”) sytuacja się diametralnie zmieniła. Można było próbować ataku szczytowego. Jednocześnie zbliżał się nieuchronnie koniec pozwolenia wejścia na szczyt. Zawada zawarł dżentelmeńską umowę w Ministerstwie Turystyki, że akcję górską zakończy 15 lutego, a pozostałe dwa tygodnie przeznaczy na odwrót. 15 lutego próbę ataku szczytowego podjęli Heinrich i Szerpa Pasang. Zawrócili z wysokości 8300 m, dotąd rekordowej w zimie. Po gorączkowych zabiegach himalaistów rząd Nepalu zgodził się przedłużyć pozwolenie na wspinaczkę o dwa dni, do 17 lutego. Atak ostatniej szansy podjęli Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy. Nie mogli liczyć na pomoc kolegów. Kiedy szli na szczyt, następny zespół znajdował sie 2,5 km niżej – dwa dni drogi do góry.
Leszek Cichy, pytany po 20 latach od wyprawy o swoje refleksje, odpowiedział: – Nabieram przekonania niczym smakosz wina – im starsze, tym lepsze. Z upływem lat rośnie ranga tego wyczynu. Dziś ceni się go bardziej, niż wówczas. Generalnie ja byłem setną w historii, a Krzysztof sto pierwszą. Krzysiek Wielicki, zdobywca Korony Himalajów, po 30 latach od wejścia na Dach Świata analizuje tamto wydarzenie: – Nasze wejście można uznać za początek eksploracji zimowej powyżej ośmiu tysięcy metrów. Wejście to inspirowało kolegów z różnych klubów KW w Polsce do eksploracji. Poza tym została zaszczepiona wiara, że mimo ciężkich warunków można zdobywać 8+. Wejście mogło też pomagać psychicznie następnym wyprawom, które miały już większą wiedzę. Szybko przecież koledzy z Zakopanego wchodzą na Manaslu zimą, potem Ślązacy na Dhaulagiri i wyprawa Zawady na Cho Oyu w której bardzo mocna grupę stanowili zakopiańczycy – wymienia Wielicki. – Nasze wejście i następne umocniły polską zimową eksplorację gór wysokich, otrzymaliśmy przydomek: „lodowi wojownicy”. Nasze wejście oraz może wcześniejsze Lhotse i Wanda na Evereście w 1978 to początek złotej dekady polskiego himalaizmu, to początek bardzo intensywnego pisania historii alpinizmu. Z mojego osobistego punktu widzenia zdobycie Everestu to ważne wydarzenie, bo pierwszy raz mierzyłem sie z 8+ – i to z najwyższym szczytem – więc fakt ten utwierdził mnie w przekonaniu, że góry wysokie będą moją pasją na zawsze. To wejście dało mi dużo wiary w siebie na każdym polu – nie tylko górskim. Stając przed jakimkolwiek problemem, mówiłem sobie: wszedłem na Everest zimą, a tego czy innego problemu nie rozwiążę? Wyprawa zimowa na Everest zweryfikowała również moje zapatrywania na „sukces” i była potwierdzeniem, że można go osiągnąć, gdy pracuje się wg zasady „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” Wtedy nieważne było, kto wejdzie, ważne, by ktoś wszedł, by to był Polak. Ja rzeczywiście czułem, że to nie mój sukces, a sukces całego zespołu, który równie ciężko pracował na końcowy wynik. Miałem przeświadczenie, że i ja, i inni, robiliśmy to dla naszego kraju – tak wtedy myślałem i nie wstydzę się tego – opowiada szczerze w rozmowie telefonicznej Wielicki na tydzień przed 30-leciem wyprawy.
Wróćmy do ataku szczytowego, jaki dwaj alpiniści rozpoczęli z Przełęczy Południowej, położonej na 8 tys. m. – Była 7.15 rano. Lodowaty wiatr paraliżował nasze ruchy. Po siedmiu godzinach i dziesięciu minutach morderczej wspinaczki, czyli o 14.25, stanęliśmy na szczycie. Znaleźliśmy tam m.in. owiniętą w folięe kartkę Amerykanina Raya Raiganeta, który niestety zginął podczas schodzenia. Natrafiliśmy także na jego linę i czekan – wspomina Cichy. Ze szczytu nawiązali łączność radiową: „Zgadnijcie, gdzie jesteśmy?” A po chwili: „Gdyby to nie był Everest, nigdy byśmy tu nie weszli”. Na szczycie spędzili 40 minut. Pozostawili termometr do pomiaru minimalnych temperatur, różaniec od Papieża i symboliczny krzyżyk od pani Latałłowej, matki Staszka Latałły. Matka Staszka prosiła, aby krzyżyk, należący jeszcze do jej babci, wrzucić do szczeliny lodowej, w której pochowano syna, lub wnieść na szczyt Everestu.
W książce Jacka Żakowskiego pt. „Rozmowy o Evereście” z 1987 roku Cichy i Wielicki wspominają dokładnie całą wyprawę i opisują wrażenia ze szczytu: „Dokładnie o czternastej dwadzieścia pięć stanąłem w końcu na tym prawdziwym, najwyższym, najważniejszym wierzchołku – na szczycie Mount Everestu. Chwilę potem Krzysiek był już przy mnie… Stałem na szczycie najwyższej góry świata. Byłem pierwszym człowiekiem, który doszedł tu zimą. Jeśli wierzyć niektórym moim kolegom, powinienem teraz przeżywać największą euforię swego życia, powinienem czuć, jak rosną mi skrzydła, albo przynajmniej mieć jakieś mistyczne omamy. Nic z tych rzeczy. Po prostu stałem i ciężko dyszałem. Cieszyłem się, owszem, ale nic poza tym. Przyjąłem to wejście jak coś, co nieuchronnie musiało się stać, coś najbardziej zwyczajnego i naturalnego. Przecież już od kilku dni byliśmy obaj pewni, że tu wejdziemy. Teraz jesteśmy – cóż w tym nadzwyczajnego? Radość, ta prawdziwa, która przetrwała w nas do dzisiaj, przyszła dopiero później, w bazie, już wśród kolegów” – wspomina Leszek Cichy. „Bałem się euforii. Chciałem jej uniknąć za wszelką cenę. Wiedziałem, że sukces liczy się naprawdę tylko wtedy, kiedy „doniesie się” go do bazy. Obaj czuliśmy się bardzo zmęczeni i zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że prawdziwą próbą naszych możliwości będzie dopiero powrót. Najważniejszą sprawą było dla nas utrzymanie koncentracji, bo tylko maksymalna koncentracja mogła pozwolić nam dojść cało do Przełęczy (Południowej, w której spędzili noc – 18 lutego zaczęli schodzić w dół – przyp. aut.) – opowiada Wielicki.
Spektakularny sukces Polaków (którzy do kraju wrócili 7 marca 1980 roku) nie spotkał się niestety z przychylnością ówczesnych władz PRL. Po otrzymaniu wiadomości o wniesieniu różańca na szczyt Everestu, o postawieniu na wierzchołku wielkiego krzyża (do Polski dotarła zmodyfikowana wiadomość, jakoby Polacy ustawili na szczycie 4-metrowy krzyż – przyp. aut.) oraz wysłaniu przez wyprawę telegramu do Papieża, pierwszy sekretarz PZPR Edward Gierek zrezygnował ze złożenia gratulacji uczestnikom narodowej wyprawy na Everest. Łyżki dziegciu do beczki miodu dołożył też Reinhold Messner, który zarzucił publicznie Polakom, że weszli na Everest dwa dni po wygaśnięciu pozwolenia (co było absolutną bzdurą, gdyż Polacy mieli przedłużone do 17 lutego pozwolenie). Jednak setki depesz z całego świata osłodziły trudne dni, jakie nastały po wielkiej radości. Kierownik wyprawy Andrzej Zawada ze wzruszeniem i dumą wspominał szczególnie jedną: „Cieszę sie i gratuluję sukcesu moim Rodakom, pierwszym zdobywcom najwyższego szczytu świata w historii zimowego himalaizmu. Życzę panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim Uczestnikom wyprawy dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia „królewskość” człowieka, jego zdolność poznawczą i wolę panowania nad światem stworzonym. Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie sie wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka. Na każdą wspinaczkę, także te codzienną, z serca Wam błogosławię. Jan Paweł II. Papież. Watykan, 17 lutego 1980 r.\"
„Nigdy nie zapomnę dnia, w którym Zawada zadzwonił do mnie (proszę pamiętać, że w tamtych czasach internetu nie było i w ogóle możliwości komunikacji były bardzo ograniczone) i powiedział, że dostał zezwolenie „na zimę”. Bułgarskie „Echo” stało się pierwszą gazetą zagraniczną, która opublikowała tę wiadomość. Potem z bliska śledziliśmy przebieg wydarzeń dzięki polskiemu korespondentowi „Echa” Józefowi Nyce. A kiedy 18 lutego 1980 roku w świat poszła wiadomość o zimowym sukcesie Polaków i zdobyciu Mount Everestu przez Krzysztofa Wielickiego i Leszka Cichego, w „Echu” ukazał się duży artykuł „Początek nowej ery w historii himalaizmu”. Tak naprawdę zaczął się okres, który nazywam „szalonymi latami polskiego alpinizmu”, kiedy Polacy stali się numer 1 na świecie” – wspomina Peter Atanasow, przyjaciel Andrzeja Zawady z Bułgarii.
Jakub Brzosko
0 0
Piękne karty polskiego himalaizmu...Pan Krzysztof Wielicki osiadł oczywiście...na Jurze...Pozdrowienia :) :) :)
0 0
Bo nasi himalaiści są najlepsi. Nikt nie ma tylu zimowych wejść co Polacy.
0 0
widać lubi skałki...
0 0
No ale certyfikato jest ze zdobycia jakiej samarganthy a nie m everestu. Fotki strasznej jakości. To chyba smieną było robione na kliszy orwo
0 0
Eminencja, widać pisać potrafi, ale czytać nie bardzo...
\"Mt. Sagarmatha – jak Everest nazywają Nepalczycy.\"
0 0
Zapewne Eminencja słyszał jedynie o nazwach Mount Everest i może jeszcze Czomolungma.No ale wybaczmy mu to nikt nie jest doskonały ...Chociaż mała podpowiedź Eminencjo jeśli czegoś nie jesteś pewien zawsze możesz zaGooglować jakby co...;) ;) ;)
0 0
P.S.Poza tym Eminencjo na terenie danego kraju zazwyczaj używa się nazw obowiązujących na własnym terenie,szczególnie w pismach urzędowych,a zatem skoro wyprawa miała miejsce na terenie Nepalu to nazwa Sagarmatha jest jak najbardziej uprawniona.
0 0
Swoją drogą to może Zakopane nawiązało by współpracę z jednym z miast Nepalskich jako miasto partnerskie?Jak wiele nitek łączących znalazło by się dla uzasadnienia takiego wyboru chyba nie trzeba tłumaczyć,wystarczy spojrzeć na postacie i osiągnięcia naszych himalaistów.
0 0
No i widzę, że pod wyprawę nawet sam JPII WIeliki się podczepił?
No własnie Juraj nie mogłaby sie ta góra Czomolugma nazywać, tylko wymyslają jakieś everesty? To pewnie amerykanie wymyslili bo sobie na czomolugmie jęzor łamali.
Co do miasta partnerskiego to jestem ZA - Ale zakopane woli miec jakieś szwabskie niezwiązane z górami. Już dawno mówiłem że przydałoby się zadzierzgnąć przyjaźń z rumuńskim Sinaia - tam nad nim też góra jak Giewont i też z krzyżem :) No ale zapewne dla burmistrzów wyjazd do Sinai to żaden luksus i mają Sinaje gdzieś i wolą to ni przypiął Siegen czy to drugie u żabojadów. A już Sopot to ni z gruchy ni z pietruchy. No a Stryj?
0 0
Co do miasta partnereskiego, to koniecznie zakopane musi sobie znaleźć podobne sobie - wiem - będzie trudno, ale może się znajdzie - musi koniecznie mieć problem ze smogiem i jarmarkami na głównej ulicy - Matko Boska Częstochowska - dziś szedłem deptakiem i zamiast obiecywanego przez burmistrza porządku tego tałatajstwa coraz więcej. Kram na kramie. Bezsilnośc służb porządkowych conajmniej dziwna.
0 0
Eminencjo pytałeś-Dlaczego Stryj?Jedną z nici wiążących oba miasta jest postać Kornela Makuszyńskiego.Poza tym jak wiadomo to miasto na naszych dawnych Kresach więc i jakieś sympatie pozostały...
0 0
Tak się zastanawiam w sumie czemu Pacanów nie został miastem partnerskim?Wiadomo po linii Koziołka Matołka ...;) ;) ;) Sprawa wyjaśniła się dość szybko,Pacanów nie jest...miastem...Chociaż trzeba przytoczyć za Wikipedią,że Pacanów posiadał prawa miejskie od 1265 do 1869...;) ;) ;)
0 0
Po co Chomolungma? Czy Sagarmatha, której nazwy i tak nie potrafisz poprawnie przepisać, eminencjo? Dlaczego Everest, wiedzą wszyscy nie ociekający laictwem w temacie. Skoro potrzebujesz jednej nazwy a konkretnej, to zapamiętaj Peak XV i po problemie. Poza tym, artykuł dotyczy najważniejszego dokonania w historii polskiego himalaizmu, które na zawsze plasuje nas w czołówce górskich zdobywców, więc po co wypisujesz tu jakieś dyrdymały o miastach partnerskich? Poczekaj na odpowiedni artykuł i wtedy siej mądrości.
0 0
Alpinistic pytasz dlaczego jeszcze nazywać ten szczyt Czomolungmą.Z zapewne wielu powodów jeszcze ale przede wszystkim można używać tej nazwy z dwóch głównych względów.Po pierwsze w wielu szkołach jeśli uczono o najwyższych pasmach górskich i szczytach często oprócz nazwy Mount Everest podawano tybetańską jego nazwę czyli Czomolungma.Po drugie teraz nazywanie właśnie w ten sposób najwyższego szczytu świata to też wyraz solidarności ze zniewolonym Tybetem.Oczywiście rozumiem,że w artykule nazwa nepalska czyli Sagarmatha jest jak najbardziej trafna gdyż wyprawa odbywała się na terenach Nepalu,a nie Tybetu.
0 0
Nie pytam, po co Chomolungma, bo wiem skąd ta nazwa pochodzi i kto jej używa. Jakieś problemy z nazewnictwem ma eminencja, nie ja :D Swoją drogą polecam lekturę \"Rozmów o Evereście\".
0 0
W związku z chińską okupacją również popieram Juraja w tym aby nazywać Everest Czomolugma!
Fakt, Pacanów mógłby być (a to koniecznie musi być miasto? Przecież Z to też wiocha) Bo związek z Koziołkiem i panem ze Stryja i by sie to ładnie nam sklamrowało...
Ale Juraj idąc tropem Makuszyńskiego to również Wilno musiałoby byc miastem partnerskim bo też było polskie kiedyż no i wieszcz się tam w ogródku urodził, a nawet dwa wieszcze AM i Czesio M.
Tak czy inaczej moim zdaniem Z powinno staranniej sobie tych partnerów dobierać. I np Lassa to by mi się bardzo podobało, a nie jekieś tam Siewgan i francuskie co w ogóle ciążko wymówić. A Sopot to partnera sobie w Nicei ewentulanie niech szuka a nie w górach.
0 0
A w ogóle to pani grafik z TP z tymi kolorami mogłaby coś zrobić bo to normalnie wstyd takie zdjecia dawać.
0 0
Czomolungma Eminencjo,a nie Czomolugma...Jak już nie możesz uważnie pisać to może chociaż przekopiuj...;) ;) ;)
0 0
Czepiacie się zwykłych literówek - no naprawdę jest czego :(
0 0
a Ty emi czepiasz sie czegokolwiek oprocz merytorycznego tematu.
Piszesz o jakis dryndymalach zamiast zlozycz zyczenia.No ale jak sie ma taki \"sukces \"jak Ty- chodzenie po kropowkach, to nie dziwota. Latwiej sie czepiac Papierza za zyczenia niz samemu pokazac wlasne dokonania ha,ha,ha,.Pozdrowionka.
0 0
Eminencjo,ja się czepiam?Ja się czepiam?Powiedz to swojej Pani od polskiego...;) ;) ;)
0 0
Jurajczyku, jja widze że twe czepialstwo wybiórcze, bo staremu bacy nie zwróciłeś już uwagi za papieża co przez RZ napisał?! A papierz jakby nie było polskie słowo a nie tybetańskie więc wstyd większy nie wiedzieć jak się pisze, no nie?
0 0
Dyć wszystkich literatek znaczy się literówek wyłapać nie mogę....;) ;) ;) A propos literatury zdrowie Zdobywców tego co się zwie osiem osiem cztery osiem...
0 0
No ale m czomolugmie wypatrzyłeś a RZ od Ż nie odróżnisz?
0 0
Dyć słabym z ortografii...;) ;) ;)
0 0
A jak u cię w kuszeniu cistkami? Też słabo?
0 0
Oj, nasz Jacyków w lamusie już leży:( A taki przedni news był :(
0 0
osiem osiem cztery osiem
czomolugma prosi prosie
łapy, łapy cztery łapy
a na łapach pies kudłaty
Nie za duży nie za mały
do zabawy doskonały
0 0
O, przed chwilą cała śmietanka toprowska była w tvn i nawet pana autora widziałem :):):)
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz