Góry

Zamknij

Siedziba duchów

Jakub Brzozko 18:13, 23.05.2010
Treść artykułu pod wideo ↓
2 Siedziba duchów

W dniach 15 stycznia – 10 marca odbyła się wyprawa „Winter Belukha Expedition 2010”, której celem było zimowe zdobycie najwyższego wierzchołka gór Ałtaj na granicy Rosji z Kazachstanem – Biełuchy (4506 m n.p.m.). Jednym z patronów wyprawy był Tygodnik Podhalański.

::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"8916"}

– Skąd pomysł na zimową wyprawę na Bieluchę?

– Pomysł udania się zimą w rejon górski o bardzo surowym klimacie kiełkował w mojej głowie już od dawna. W lutym 2008 r. z Marcinem Kaczkanem i Bartkiem Toflem zrobiliśmy trawers Mont Blanc, rok później z Pawłem Szańcem weszliśmy na Elbrus (w wyprawie brała też udział Asia Stasielak, ale nie weszła na szczyt. Myślałam więc o kolejnym etapie sprawdzenia się w warunkach wysokogórskiej zimy. O czymś bardziej wymagającym, ale zarazem niezbyt kosztownym i dającym się zmieścić w przerwie pomiędzy zajęciami zimowego i letniego semestru.

O Biełusze słyszałam już wcześniej jako o górze pięknej, dzikiej i nieskomercjalizowanej, a zarazem w pewien sposób magicznej, ciekawej kulturowo. Dostałam zdjęcia od Rosjanina, poznanego latem w Tien-Szanie, pochodzącego z okolic Ałtaju. Oczywiście nie sugerował góry jako celu zimowego, zapraszał raczej na lato. Zima to już był mój szalony pomysł. Podchwycił go Bartek Tofel, z którym wspólnie zastanawialiśmy się nad ciekawym zimowym celem. Dołączył Tomek Rojek, z którym wprawdzie wcześniej w górach nie działaliśmy, ale zarekomendował go kolega z jednej z wcześniejszych wypraw.

Zdając sobie sprawę z warunków panujących zimą w górach Syberii, planowaliśmy większą grupę. Niestety, tak to jest z wyjazdami zimowymi, że z przyczyn czasowych mogą sobie na nie pozwolić wyłącznie studenci czy pracownicy uczelni. No i tak wyszło, że zostaliśmy w trójkę. Wiedzieliśmy, że tak mały, a zarazem bardzo młody zespół znacznie osłabia nasze szanse, lecz mimo to postanowiliśmy nie rezygnować.

– Czy znaliście już wcześniej ten rejon? Jak wyglądała wasza podroż na miejsce?

– Rejon Biełuchy znaliśmy jedynie z informacji od innych osób: wspomnianego mojego znajomego Nikołaja Połovinkina, jego brata Siergieja, a także Polaków: Jacka Telera oraz Mikołaja Walczyka. Nikt z nich nie był na górze zimą, w ogóle o zimowych wejściach trudno było znaleźć jakiekolwiek informacje poza tym, że ktoś kiedyś na szczycie zimą był i że zimowe wejście jest nieporównanie trudniejsze od letniego. (Po raz pierwszy Biełucha została zdobyta w 1914 roku – przyp. red.) Podróż była długa i skomplikowana, za to ciekawa, a zarazem niedroga.

Najpierw pociągiem udaliśmy się do Gdańska, dalej autobusem do Kaliningradu, skąd po dziewiętnastu godzinach koczowania na lotnisku polecieliśmy do Barnauł na Syberii. Stamtąd „pekaesem” o nierozmarzających mimo ogrzewania szybach, pełnym ludzi w kożuchach i futrzanych czapach, dotarliśmy do Czarysza. Stamtąd kolejnego dnia wspomniany znajomy Siergiej, mniej więcej pięćdziesięcioletni doświadczony polarnik, zawiózł nas do wioski Tiungur, gdzie kończy się cywilizacja. Zanim tam dotarliśmy, zaliczyliśmy poślizg i wywrotkę ładą niwą; na szczęście nic się nie stało ani nam, ani – o dziwo – ładzie. Po załatwieniu formalności w Tiungurze rozstaliśmy się z Siergiejem, który zresztą po dwóch dniach zmienił zdanie i udał się naszym śladem w tajgę.

My natomiast w ciągu 3,5 dnia z ponadtrzydziestokilogramowymi plecakami oraz nartami w stylu retro, w które wyposażył nas Rosjanin, pokonaliśmy ponad 40 km, dzielące nas od bazy nad Jeziorem Akkem. Tu rozpoczęła się prawdziwa przygoda z górą, choć wstęp do niej – przebijanie się przez zimową tajgę – z pewnością nie był lekkim turystycznym trekkingiem.

– Na jakich materiałach oraz informacjach opieraliście swoją wyprawę? To była trochę wyprawa jak „randka w ciemno? Daleka droga, potencjalnie dużo zagrożeń, niepewny cel? W zasadzie wszystko się mogło wydarzyć.

– Z pewnością jechaliśmy „w ciemno”. I nie bardzo mogliśmy temu zaradzić. Tak jak powiedziałam, bazowaliśmy na informacjach i zdjęciach od znajomych, którzy byli na górze latem. Pomocne były też serwisy fachowe, np. summitpost.org. Pewnie za ten brak wiedzy zapłaciliśmy „frycowe”, zmniejszając swoje szanse wejścia na szczyt np. przez noszenie zbędnego jedzenia czy nart, które wzięliśmy, nasłuchawszy się opowieści o tym, że na Biełusze zimą będą masy śniegu. Tymczasem były albo betony, albo ciemny, bardzo twardy lód.

– Jak wyglądała taktyka zdobycia szczytu?


– Chcąc zachować – może przesadnie – czystość stylu, postanowiliśmy nie wynajmować koni i przejść tajgę niosąc sprzęt wysokogórski oraz jedzenie na dwa tygodnie. Później planowaliśmy krótki odpoczynek w nieczynnej bazie turystycznej nad Jeziorem Akkem (ok. 2100 m n.p.m.). Kolejnego dnia podejście do schronu Tomskie Stojanki (ok. 3100 m n.p.m.). Dalej z racji ciężkich warunków chcieliśmy działać najszybciej, jak to możliwe, minimalizując liczbę biwaków: w ciągu jednego dnia przejść Przełęcz Diełane (3700 m), niebezpieczny lodowiec Miensu i dotrzeć nad Przełęcz Berelskoje (3800 m n.p.m.). Plan był bardzo ambitny, gdyż latem odcinek ten w szybkim tempie pokonuje się w 10 godzin. Znad Berelskoje planowaliśmy rozpocząć atak szczytowy i – mając nadzieję na uzyskanie czasu bliskiego letniemu – zmieścić go w ciągu jednej doby. Planowaliśmy zdobycie Biełuchy Zachodniej i Wschodniej drogami normalnymi (trudności wg skali rosyjskiej 3A i 2B).

– Jak się czuliście podczas wyprawy? Z czym najciężej musieliście się zmagać?


– Czuliśmy się tak, jak można się czuć w temperaturach rzędu minus 40 czy 50 stopni Celsjusza, a więc pozostając cały czas na skraju wychłodzenia. Przynajmniej ja. Właściwie począwszy od Tomskich Stojanek, pomijając czas marszu czy wspinania, nieustannie miałam tzw. „trzęsawkę”, która przekładała się na szybką utratę sił. Wciąż musiałam też rozgrzewać palce, przemrożone latem na Piku Pobiedy. Jednak, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, w najcięższych momentach nie odmawiały posłuszeństwa. Koledzy, choć pewnie jako mężczyźni mają lepszą termikę, też marzli. Najlepiej z nas wszystkich zimno znosił Tomek. Kiedy Bartek i ja staraliśmy się spać blisko siebie, on stronił od przytulania i kładł się przy ścianie namiotu. Podczas drugiej próby ataku szczytowego do problemu zimna dołączył bardzo silny wiatr. Prowadząc na Przełęcz Diełane, zakładałam przeloty nie z myślą o tym, że mogę spaść, ale w obawie, że siła podmuchu zaraz oderwie mnie od powierzchni zbocza. Po stronie lodowca Miensu wiatr rzeczywiście dosłownie porwał kolegów i rzucił w kierunku szczeliny. Tomkowi ledwo udało się wyhamować. Taki wiatr bardzo szybko wychładza i pozbawia sił. Ale z drugiej strony człowiek mobilizuje się psychicznie, bo wie, że ma mało czasu.

– Jakie dystanse udawało się wam pokonywać w ciągu doby?

– Bywało bardzo różnie. Początkowe przedzieranie się przez tajgę szło nam wolno z powodu ciężkich plecaków. Gdy zostawiliśmy część rzeczy w bazie nad Akkemem, było zdecydowanie lepiej. Znad jeziora do Tomskich Stojanek jest ok. 1000 m przewyższenia, które za pierwszą próbą zajęły nam niemal cały dzień, za drugą, po odchudzeniu plecaków, zaledwie pół dnia. Dalej znów było coraz ciężej i coraz wolniej. Zimno wysysało z nas siły, masę czasu traciliśmy na biwakach, walcząc z zamarzającym gazem, z zamarzniętym sprzętem. Nie udało nam się dotrzeć w ciągu 1 dnia z Tomskich Stojanek na Przełęcz Berelskoje, jedynie na lodowiec Miensu u jej podnóża. Kolejnego dnia też tempo było słabe, doszliśmy nad przełęcz Berelskoje i jasne stało się, że czeka nas biwak tu, i kolejny powyżej.

– W pewnym momencie musieliście zacząć przeczuwać, że szczyt po prostu się wam „wymyka”. Jakie były szczegóły tej decyzji?

– Już to wolne tempo poruszania się na lodowcu Miensu i dalej, spowodowane utratą sił wskutek zimna, było złym sygnałem, podobnie jak masa czasu, jaką pochłaniały rozmaite czynności na biwakach. Trudno jednak wymagać, by np. dwudziestolatek wspinał się cały dzień w 40-stopniowym mrozie i z ciężkim plecakiem, nie zjadłszy rano porządnego śniadania, a wieczorem obiadokolacji. A przygotowanie picia i posiłków wobec zamarzania gazu to był koszmar. Niestety, lepszego gazu na miejscu nie dało się kupić, a z Polski samolotem nie mogliśmy przewieźć. W dodatku para, jakiej podczas walki z gazem sporo się wydzielało, skraplała się i zamarzała w namiotach, powodując że już po dwóch biwakach nasze śpiwory stały się podobne do brył lodu. Gdyby było nas więcej, mielibyśmy większy namiot i gotowalibyśmy w zamkniętym przedsionku. W naszej sytuacji nie było to możliwe, gdyż nieustanna konieczność podgrzewania kartusza i trzymania całej konstrukcji wymagała pracy całej trójki. Te kłopoty, które pojawiły się na biwakach powyżej Tomskich Stojanek, również były sygnałem, że nie jest dobrze. Kolejny biwak stawał się nieunikniony, a zarazem zmniejszał nasze szanse nie tylko na szczyt, ale i na powrót. Błędne koło się zamykało. Natomiast sama decyzja o odwrocie zapadła na Przełęczy Berelskoje.

Przed nami była grań – nietrudna, lecz zlodzona na tyle, że aby się przez nią przedostać z ciężkimi plecakami – a musielibyśmy je brać, gdyż jeszcze jeden biwak okazywał się przy tym tempie nieunikniony – musielibyśmy ją zaporęczować lub asekurować się na sztywno, co w panujących warunkach zajęłoby bardzo dużo czasu. Latem zarówno tam, jak i na podejściu pod Diełane, są poręczówki, na zimę są ściągane. Kolejnym problemem była rosnąca w takiej sytuacji liczba biwaków i stan naszych śpiworów oraz zamarzający gaz. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy, że schodzimy, aby spać na Miensu, w miejscu mniej narażonym na wiatr. Następnego dnia przez Przełęcz Diełane wróciliśmy do Tomskich Stojanek. Tam w temp. ok. minus 25-30 stopni Celsjusza spaliśmy w folii NRC, w tak złym stanie były śpiwory. Więc chyba decyzja podjęta na górze była dobra. Po zejściu i dniu odpoczynku Tomek i ja podjęliśmy decyzję o drugiej próbie. Czasu mieliśmy „na styk”, postanowiliśmy iść „fastn light” z założeniem, że w ciągu dwóch dni docieramy znad Akkem na Przełęcz Berelskoje, wyżej nie poręczujemy, tylko idziemy na lekko, non stop, bez opcji biwaku. Pomysł był ryzykowny, ale możliwy do zrealizowania.

Bartek nie miał już motywacji do walki z górą. Natomiast z jego odzieży i sprzętu chętnie skorzystał Siergiej. Szliśmy teraz szybciej, kilogramy zostały zminimalizowane, narty zostawiliśmy nad Akkemem. Gdybyśmy w tym składzie, z tym wyposażeniem i wiedzą próbowali za pierwszym razem, to myślę, że mielibyśmy spore szanse na sukces. Za drugim razem to, że „nici ze szczytu”, stało się jednak jasne jeszcze szybciej, niż za pierwszym. Pogoda była bardzo niestabilna. Już nad ranem, gdy wychodziliśmy z Tomskich Stojanek, sypało i wiało. Jak silny był wiatr na Diełane, już wspomniałam. Do tego doszła zerowa widoczność, co na uszczelinnionym lodowcu Miensu oznaczało nieuchronną katastrofę. Nie słyszeliśmy się będąc pół metra od siebie, mimo to decyzja o odwrocie była zgodna i natychmiastowa. Odwrót był bardzo trudny, ale zarazem stanowił cenne doświadczenie. Generalnie trafiliśmy na – jak mówili nam wszyscy „w cywilizacji” (bo powyżej Akkemu nie spotkaliśmy już nikogo) na zimę stulecia.

Trudno powiedzieć, czy to słaba strona wyprawy, czy raczej zrządzenie losu, ale na pewno miało to istotny wpływ na taki, a nie inny wynik. Słabą stroną, jak wspomniałam, był zbyt mały i pewnie zbyt młody i niedoświadczony skład. Minusem był również brak informacji o górze zimą. Pojawił się też szereg problemów techniczno-logistycznych, jak choćby ten z gazem. Tu potrzebna byłaby wiedza nie tylko z dziedziny alpinizmu, ale i polarnictwa. Z drugiej strony jednak to wszystko ma swoje pozytywy. Eksploracja, w dodatku zimowa, ma swój urok. To coś zupełnie innego, niż zasuwanie latem w tłumie po poręczówkach na górze, o której każdym metrze poczytaliśmy sobie wcześniej w internecie. Temu urokowi warto dać się uwieść, nawet jeśli w takiej sytuacji szanse na wejście są dużo mniejsze. O tym, jak zachowuje się sprzęt czy nasz własny organizm w warunkach wysokogórskiej zimy, też kiedyś trzeba się przekonać, żeby wiedzieć, jak przygotować się na przyszłość. To była dla nas taka okazja. Cena, jaką za uzyskaną wiedzę zapłaciliśmy, była naprawdę „promocyjna”.

– Jak byliście wyekwipowani podczas tej wyprawy?


– Sprzętu wspinaczkowego mieliśmy dużo: po dwie dziabki, dwie 60-metrowe żyły połówkowej liny, śruby, szable itp. itd. Idąc przez tajgę myśleliśmy, że może za dużo tego, w końcu to „łatwa góra”. Jednak później okazało się, że wszystko było w użyciu. Latem, gdy podejście na Diełane jest pokryte firnem i zaporęczowane, chodzą tam liczne grupy, jest łatwo. W warunkach, jakie napotkaliśmy tej zimy, bez dwóch czekanów wspinaczkowych ani ja, ani nikt z kolegów chyba by się tam nie zapuścił. Z kolei dzięki długiej linie możliwe były zjazdy na tyle szybkie, że nie zamarzliśmy po drodze. Poza sprzętem wspinaczkowym kluczowe znaczenie miała odzież.

Mieliśmy od swoich indywidualnych sponsorów – wypożyczone lub kupione – kombinezony puchowe. Ja z Hi Mountain, koledzy z Yeti. Sprawdziły się znakomicie, bez nich nie ruszylibyśmy się powyżej Tomskich Stojanek czy nawet Akkemu. Śpiwory puchowe również mieliśmy bardzo dobre. To, że zamarzły, było raczej nieuchronną konsekwencją serii biwaków i „wariujących” kartuszy z gazem. Gotowanie pewnie byłoby w ogóle niemożliwe, gdyby nie bardzo mocna kuchenka MSR Reactor. Namiot HiMountain Yetis Residence po raz kolejny spisał się świetnie. Takie elementy sprzętu, jak bielizna Odlo czy drobiazgi, jak np. worek NRC Lifesystems, w którym spaliśmy w Tomskich Stojankach, ogrzewacze LittleHotties, puchowe botki Warmpeace czy grzejące rękawiczki Fingerheaters również decydowały o tym, że wróciliśmy cali i bez poważniejszych odmrożeń.

– Kto was sponsorował?


– Przede wszystkim finansowo wsparła nas Ternua, a także Wydział Mechaniczny Politechniki Krakowskiej. Sprzętowo wsparli nas: Odlo, Little Hotties, Lifesystems, Lifeventure. Mieliśmy też sponsorów indywidualnych. Wyprawa zorganizowana została pod Egidą KS Kandahar, zaś patronatem honorowym objął ją Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

– Jakie następne plany? Czy ponowna próba zdobycia Biełuchy?


– Najbliższy plan to udział w kierowanej przez Artura Hajzera Wyprawie Unifikacyjnej PZA Nanga Parbat 2010, która wyrusza 19 maja. To będzie moja pierwsza szansa zmierzenia się z ośmiotysięcznikiem. Cel jest, zwłaszcza jak na pierwszą górę z tych najwyższych, bardzo trudny i ambitny. Mam jednak nadzieję, że z tak mocnym i doświadczonym zespołem wszystko pójdzie bez poważniejszych problemów i uda się wejść, a co najważniejsze zejść. Dalsze plany letnie zależeć będą od tego, na ile starczy mi sił po Nanga Parbat. Planuję rozwinąć się przewodnicko, prowadząc swój pierwszy samodzielny trekking w Kirgistanie. Następnie, jeśli będę w formie, chciałabym dołączyć do polskiej ekipy działającej na Piku Pobiedy.

Jeśli Nanga Parbat zbytnio mnie wyczerpie, popatrzę tylko z dołu na Pobiedę, która od zeszłego roku stała się moją życiową pasją, i wrócę do Polski, by zregenerować się przed wrześniem. Wtedy wraz z liczną polską drużyną planuję start w kultowych zawodach biegowych na Kaukazie – Elbrus Race. Na Biełusze zimą bardzo bym chciała spróbować raz jeszcze swoich sił. Koledzy chyba mniej – chyba mają dość takich mrozów, sprzedali „puchy”. Ale to wszystko plany na razie odległe. Po minionej wyprawie wiem na pewno, że chciałabym zimą pojechać na jakiś dłuższy, ambitny wyjazd. Oczywiście preferuję Wschód, mój ukochany kierunek. Gdzie dokładnie? To zależy, gdzie będzie możliwość uzbierania większej – minimum 5- 6-osobowej – mocnej, doświadczonej i zmotywowanej ekipy.

– Zazwyczaj wyprawy obfitują w różne ciekawe, śmieszne i nieprzewidziane historie. Co wam się przydarzyło?

– Sporo ich było. Może nie tyle w wyższych partiach gór, gdzie już nam nie było do śmiechu, ale podczas podróży i wędrówki przez tajgę, począwszy od nocnej wizyty milicjantów, którzy sprawdzając lotnisko w Kaliningradzie przed zamknięciem go na noc, byli dość zaskoczeni natknąwszy się na śpiących „bezdomnych”, w dodatku z biletami na lot wieczorem dnia kolejnego. Odezwały się z nich ludzkie uczucia i zamiast wyrzucić nas w śnieżną zawieję, zamknęli gmach z nami w środku. „Fikołek” ładą niwą, choć wyglądał groźnie, z dzisiejszej perspektywy również jest przygodą nawet dość zabawną. Kolejne pamiętne wydarzenie to spędzenie nocy w nagrzanej niczym sauna myśliwskiej chatce w tajdze, „zimojce” niewiele większej od psiej budy, gdzie, co tu dużo mówić, wpakowaliśmy się nieco nachalnie, napotkawszy polującego Ałtajczyka.

Może nie powinnam się tym chwalić na łamach pisma związanego z Tatrami, ale ów pan poczęstował nas mięsem kozicy górskiej. I nawet wegetarianom, Tomkowi i mnie, nie wypadało odmówić. Podczas podróży powrotnej niezapomnianym przeżyciem było spotkanie z ciekawą i barwną postacią – polskim księdzem Andrzejem Obuchowskim, prowadzącym katolicką parafię w Bijsku. Koledzy postanowili nauczyć go obsługi „playstation”, które kiedyś kupił dla ministrantów. Nie zapomnę, jak jeden chłopaków, instruując kapłana, jak grać w jedną z gier, popularnie zwanych „rąbankami”, krzyknął na całą plebanię: – Niech ksiądz celuje w głowę, wtedy go ksiądz od razu zabije!

– Powodzenia podczas kolejnych wypraw.


(Jakub Brzozko)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (2)

Konto usunięteKonto usunięte

0 0

No ładnie kozice wpieprzyli:)
To żadni z was wegetarianie

20:01, 23.05.2010
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

Konto usunięteKonto usunięte

0 0

Warunki higieniczne przerąbane...;) ;) ;)

13:38, 24.05.2010
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OGŁOSZENIA PROMOWANE

  • budowlane

    22.12.2025

    OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.

  • ogloszenie

    29.05.2026

    Austria! Praca dla MURARZY, CIEŚLI, STOLARZY, SPAW...

  • budowy

    02.06.2026

    BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

  • praca

    02.06.2026

    Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

  • ogloszenie

    27.05.2026

    Poszukujemy osoby na stanowisko SPRZEDAWCA / DORAD...

  • ogloszenie

    19.05.2026

    KANTOR ZATRUDNI KASJERA WALUTOWEGO. CV proszę prze...

  • biznes

    02.06.2026

    Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

  • domy

    02.06.2026

    Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

  • 01.06.2026

    ZLECĘ WYKONANIE PRAC WYKOŃCZENIOWYCH: SUCHE TYNKI,...

  • 01.06.2026

    ZATRUDNIĘ DO KARCZMY i PENSJONATU W KOŚCIELISKU. 6...

  • 01.06.2026

    DO WYNAJĘCIA MIESZKANIE 38m2 i 55m2 w CENTRUM NOWE...

  • ...

    01.06.2026

    DO WYNAJĘCIA LOKAL HANDLOWO - USŁUGOWO - BIUROWY o...

  • SZCZ

    01.06.2026

    SZCZENIAKI BORDER COLLIE RASOWE. 791 669 932.

  • ...

    29.05.2026

    RESTAURACJA CZERWONE KORALE Zakopane, ul. Zamoyski...

  • 26.05.2026

    RESTAURACJA W ZAKOPANEM ZATRUDNI KELNERA/-KĘ, POMO...

  • 26.05.2026

    PRACA W RESTAURACJI W ZAKOPANEM: KELNER/-KA - DLA ...

  • 26.05.2026

    PRACA W RESTAURACJI W ZAKOPANEM DLA UCZNIÓW, STUDE...

  • 25.05.2026

    URZĄD GMINY KOŚCIELISKO zatrudni INSPEKTORA ds. po...

  • ...

    25.05.2026

    ZATRUDNIMY W KARCZMIE oraz W BARZE MLECZNYM: KUCHA...

  • ...

    22.05.2026

    RESTAURACJA REGIONALNA w Zakopanem zatrudni KUCHAR...

  • LAS

    21.05.2026

    Sprzedam DOM i LAS - Spytkowice. 732 810 638.

  • budynek

    12.05.2026

    Sprzedam lub wynajmę BUDYNEK HANDLOWO-USŁUGOWY 500...

  • ...

    28.04.2026

    WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 69...

  • pożyczki

    23.04.2026

    PROVIDENT. 571 240 909.

  • usługi

    17.04.2026

    OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. ...

  • ...

    07.04.2026

    Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY...

  • ...

    07.04.2026

    NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: ...


POLECAMY

0%