W krakowskim kinie „Kijów” 3 czerwca odbyła się premiera filmu „Deklaracja nieśmiertelności”. Sala była wypełniona po brzegi. Film był realizowany prawie 3 lata i jest prawdziwym arcydziełem polskiego kina górskiego.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"9235"}
Nowy film Marcina Koszałki z jest z jednej strony pomostem łączącym pokolenia filmowców pokroju Sergiusza Sprudina i Jerzego Surdela, a z drugiej odbiega od nich zupełnie. Kino Koszałki przypomina miejscami filmy Krzysztofa Zanussiego i problemy poruszane np. w „Spirali”. Góry są tylko tłem, scenerią do zmierzenia się z fundamentalnymi pytaniem o przemijanie i ludzką egzystencję. Koszałka odbiega w swej pracy od zasadniczego tematu – wspinania na rzecz koncentracji wokół psychologicznych aspektów człowieka wspinającego się w górach. Bohaterami są wybitni, kultowi wspinacze: Piotr „Szalony” Korczak i Andrzej Marcisz. Koszałka pyta swojego głównego bohatera Piotrka Korczaka o jego kondycję psychiczną, mentalną i duchową w kontekście przemijania, i jego niemożliwości pokonywania coraz to trudniejszych dróg wspinaczkowych. Niejednokrotnie te pytania są retoryczne, pozostają bez odpowiedzi. W historii polskiej kinematografii górskiej nie powstał dotąd film tak mocny, będący tak intymną wiwisekcją wspinacza. – Nie chciałem uprawiać pornografii wspinaczkowej, pokazując tylko wspinające się sylwetki – komentuje swoje dzieło Koszałka. W filmie Korczak, owładnięty myślą o śmierci i przemijaniu, zamienia się w „zwierzę sceniczne”. Prowokuje i odpycha z pogardą. – Przecież ty mnie upokarzasz tym swoim filmem – pada stwierdzenie Korczaka w pewnym momencie. W innym miejscu Koszałka pyta: – Popełnisz samobójstwo? Korczak odpowiada: –Skąd wiesz, czy nie popełnię? (…) Brzydzę się starości. Nie innych ludzi, tylko swojej. (…) Mam nadzieję, że ktoś lub coś wybawi mnie z tej bocznicy życia i nie spędzę swych dni w jakimś domu starców… – mówi to wszystko, a jednocześnie pokazuje „jasną stronę mocy”, jaką jest jego ambicja i walka z samym sobą, a przy tym wszystkim ogromna pasja życia. W filmie staje się wizjonerem. – Wspinacz musi odrzucić te wszystkie walory estetyczne. Te wszystkie widoczki, limby w skale. Zostaje ściana i konkretne sekwencje (…) Wspinanie jest jak teatr ruchu. Zamiłowanie „Szalonego” do Witkacego najpełniej wyraża się w jego słowach o górskiej ścianie – mówi o niej jak o Czystej Formie. Korczak jak Mistrz stawia kroki, a Koszałka jak uczeń śledzi z kamerą kroki Mentora i ukazuje w sposób piękny, plastyczny cały panteon okoliczności, jakie towarzyszą wspinaczowi. Korczak nagle się odwraca, gdy Koszałka z pewną udawaną drwiną zadaje mu pytanie: – Czy jesteś wspinaczem, gdy wiercisz dziury w skale? Jesteś z tego dumny? Korczak filozoficznie, wręcz prowokacyjnie odpowiada: – A czy ty jesteś artystą, gdy ustawiasz swój statyw do kamery? Pewne działania nie umniejszają twojego bycia artystą, a mojego wspinaczem. Wiesz Marcin, w tym wszystkim tkwi pewna intencjonalność. Koszałka zadaje celne pytania, trafiające w sam środek umysłu Korczaka. I zadaje to jedno, podstawowe: – Dlaczego zgodziłeś się na ten film? – Z przyjaźni – pada odpowiedź. – Bo ty kiedyś całkiem nieźle się wspinałeś… Lecz po chwili dodaje: – Wiesz, bo jest w kinie pewna magia nieśmiertelności. Czyż nie jest to sensem wszystkich kultur i religii? Wieczność? Koszałka w swoim filmie dał Korczakowi pewnego rodzaju „wieczność”. Może tę celuloidową, ale jednak wieczność.
Wiara Korczaka w kino Koszałki jest bardzo intymna. Zaufał mu, oddał siebie i swoje wnętrze, część swojego światopoglądu. Koszałka to uszanował, obnażając Mistrza, a jednocześnie dając mu pancerz nieśmiertelności. W 1988 roku podczas zawodów w Madonna di Campiglio Korczak przeżył swój osobisty dramat, o którym opowiada w filmie prawie ze łzami w oczach. Zajął wtedy 4 miejsce. – Ten „strzał” do chwytu, kiedy odpadłem, powracał do mnie w snach. Byłem wtedy w najlepszej, życiowej formie. Zabiegi operatorskie Koszałki tworzą jakby wir myśli wokół bohatera. Widz nie ma szans nie zostać przez niego wciągniętym. Pantomimiczny taniec Korczaka w dworze w Krzeszowicach czy analogiczne ujęcia do „zwielokrotnionego portretu Witkacego” nadają metafizycznego znaczenia historii prezentowanej w filmie. Sceny, w których Korczak przepływa jak półbóg, jak starożytny faraon przez kolejne bramy, nasuwają skojarzenia z mistrzowskimi ujęciami z filmów Ridleya Scotta (np. „Gladiator”).
Drugim, mającym głębokie znaczenie tłem jest postać Andrzeja Marcisza – wybitnego wspinacza, partnera Piotrka z wielu wspinaczkowych przejść, a jednocześnie jego rywala. – To było jak walka. Zrobić te drogi, których nie robi Andrzej. Być lepszym od niego. To mnie mobilizowało do nadludzkich wysiłków. Marcisz daje w filmie popis swoich wspinaczkowych umiejętności (które m.in. są świetnie nakręcone z pokładu śmigłowca wokół Mnicha w Tatrach). Marcisz w filmie milczy. I ta cisza przejmuje. W niej odbijają się echa słów Korczaka. Marcisz jest jakby dopełnieniem portretu wspinacza sportowego, wspinacza absolutnego, który w swojej tatrzańskiej świątyni, gdzieś na progu Doliny Ciężkiej popatrzy być może ostatni raz na ten świat… Czy tak się stanie, tego nie wie nikt, nawet sam Korczak. „Od śmierci w dolinach uchowaj nas panie” to także motto tego filmu, które przywołuje reżyser, scenarzysta i operator w jednej osobie. Koszałka zrobił film, grając na najczulszych strunach, delikatnie snując opowieść jak pająk. Wrażliwość na walory techniczne (kinowa taśma 35 mm), wyczulenie na symbolikę górską, nieprzeładowane, a jednocześnie istotne dialogi, a przede wszystkim przepiękna plastyka zdjęć stawiają ten film na pierwszy miejscu w polskim kinie górskim.
Podczas 6. Spotkań z Filmem Górskim w Zakopanem w dniach 9-12 września 2010 roku film będzie pokazywany podczas Międzynarodowego Konkursu Filmowego. Po pokazie planowane jest spotkanie z twórcami filmu i jego głównymi bohaterami.
Jakub Brzosko
0 0
No a potem coniektóre nasze jaśnie oświecone komentatorki etatowe będą się wymądrzać nad śmiercią w tatrach i znicze zapalać i współczuć rodzinie i ogólnie łzy krokodyle wylewać.
Ja uważam, że jak ktoś ginie w górach to wyłącznie na własne życzenie i ja osobiście wolę jedak w domu starców, w otoczeniu pieknych pięlęgniarek a nie na jakiejs skale się rozbić.
0 0
to życzmyu wszystkim, zeby te pielegniarki w DPSach były naprawde piękne :-)
0 0
i miłe....
0 0
No ja osobiście to wolałabym pielęgniarzy...ale który by tam zwrócił uwagę na trzęsącą sie staruchę....no chyba że przy mnie by stał wór z pieniędzmi:):):)
0 0
ale łowcy skór sa zainteresowani każdą staruszką Anulko :-((
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz