– Rok temu go spotkałem. Czekał, jak i ja, w kolejce do kardiologa. Ty sk..., pamiętasz, jak na przesłuchaniu chciałeś do mnie strzelać? – zawołałem – i w pysk mu dałem, a potem poprawiłem. Tyle mojego.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"1092"}
\"Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Sprawa Operacyjno Śledcza kryptonim EDYTOR, nr ewidencyjny 7415/68. Tajne spec. znaczenia\" – skserowana pierwsza strona ubeckiej teczki, założonej przed czterdziestu laty, nosi jeszcze odręczne zapiski, sporządzone drżącą ręką, czerwoną lub niebieską kredką. 118 – R..., R..., G... – nazwiska tych, których udało mu się rozszyfrować. Dwaj pierwsi donosili jako tajni współpracownicy, trzeci blisko z nim współpracował. I zeznawał przeciwko niemu. Jest jeszcze czerwoną kredką zaznaczony Bolek – tego nie udało się ustalić. Jedyne, co wiadomo, to że był księdzem. I tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Donosił na potęgę.
I niech próbują z tym żyćPrawie osiemdziesięcioletni Kazimierz Pajerski to wróg Polski Ludowej. Od zawsze. Ma na koncie dwa wyroki – pierwszy odsiedział, drugi wymazała mu amnestia. Komuny nienawidzi do dziś. I ma żal, że ci, którzy go przesłuchiwali, którzy nakłaniali do pisania donosów jego kolegów i podwładnych, dziś żyją sobie dostatnio i niczego im nie brakuje. – Najbardziej mnie złości to, że dostają wysokie emerytury i nikt się za nich nie zabiera. PiS chciał, ale nie zdążył. Powinni im odebrać pieniądze – niech dostają po sześćset złotych, jak inni, i niech próbują z tym żyć! A pieniądze, które dostawali, niech dostaną lekarze, nauczyciele, pielęgniarki. Tak byłoby sprawiedliwie – mówi wzburzony.
Esbeckie teczki prowadzone są bardzo starannie. Jest spis zawartości, wykaz osób prowadzących sprawę. W tabelce widnieją trzy pozycje, ale nazwiska wykreślone zostały grubym flamastrem – to zwyczajowa praktyka historyków Instytutu Pamięci Narodowej – żeby nie naruszyć dóbr osobistych. Ale kiedyś Pajerski i tak by się oficjalnie dowiedział. Zresztą wie od dawna. Zaznaczona czerwonym długopisem \"jedynka\" przy nazwisku pierwszego porucznika to odnośnik do nazwiska, które dobrze zna – Zygmunt Majka, inspektor SB Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Nowym Targu, prowadzący sprawę kryptonim Edytor. Dwójka – Stanisław Polak, zastępca komendanta MO ds. bezpieczeństwa, który nadzorował sprawę, sam również pozyskiwał informacje od konfidentów. Jest jeszcze ciekawsza rubryka – wykaz \"tajnych współpracowników\" i \"kontaktów służbowych\", wykorzystywanych w sprawie I pięć pozycji – \"K.K.\", \"Bolek\" i \"L.S.\" na razie dla Pajerskiego pozostali anonimowi. Kim jest \"Zecer\", nie trzeba było się długo zastanawiać – wystarczyło przeczytać esbeckie notatki – pracował w drukarni, pił, rzekomo ze zgryzoty po żonie, która go rzuciła, potrzebował pieniędzy. 200-300 zł za donos to była łakoma przynęta, którą Zecer, czyli Ryszard R., szybko połknął. Ostatnia pozycja – \"Kruczkowski\" to także współpracownik bezpieki, którego zatrudnili w drukarni, by donosił. I skrzętnie to robił, podpisując swym pseudonimem kwity, potwierdzające odbiór gotówki. Czerwone literki, nabazgrane kredką, układają się w nazwisko R. – Mieczysław R.
W aktach przewijają się też inne osoby, których dane zamazane zostały flamastrem. Przy części widać zidentyfikowane po latach nazwisko, inne nadal są nierozszyfrowane. W sumie na Pajerskiego donosiło – jak sam naliczył – 19 osób. Ci, którzy go nie lubili, pisali pisma do zwierzchników, by go odwołać ze stanowiska kierownika nowotarskiej drukarni. Ci, którzy nienawidzili, pisali donosy na milicję – że dom wybudował i samochód kupił za nielegalne fuchy. Ci, którzy zazdrościli, zapytywali, skąd niby miał wziąć pieniądze na dostatnie życie? Dziesiątki stron ludzkiej małości, spisane albo odręcznie przez milicyjnego oficera, albo – częściej – na maszynie do pisania. Zwykle z klauzulą \"tajne\".
Poruszyło mnie, że mnie nie kopnął Być może dziś Pajerski byłby po drugiej stronie, gdyby w 1949 roku skorzystał z rady wojskowego oficera. Były pierwsze lata po wojnie, on miał niewielkie wykształcenie – zaledwie małą maturę, zdaną w gimnazjum Goszczyńskiego. Chciał uczyć się dalej – wyjechał do szkoły na Śląsk. – Wezwali mnie na komisję wojskową, a tam usłyszałem od oficera – wiecie, jesteście wykształceni, macie małą maturę, weźmiemy was do wojska, zrobicie kurs 9-miesięczny i zrobimy z was... prokuratora. Gdybym się wtedy zgodził, może byłbym teraz ścigany, jak ta Wolińska (sędzia z okresu stalinowskiego, oskarżona o skazanie na śmierć w procesach politycznych niewinnych ludzi – przyp. red.)
Nie skorzystał. Jak tłumaczy, wszyscy wtedy byli przekonani, że zaraz wybuchnie wojna, że wszystko się zmieni. Dlatego też skumplował się z kolegą, który wciągnął go do nielegalnej organizacji. Dał mu kilka odręcznie napisanych ulotek. Dziś Pajerski nawet nie pamięta ich treści. Kolega wpadł, wpadł też nowotarżanin. Kawałek papieru wystarczył, by skazać. Sąd wymierzył Kazimierzowi Pajerskiemu dwa lata więzienia – jak uzasadnił – za przynależność do Polskiej Organizacji Wojskowej. Wróg Polski Ludowej poszedł siedzieć. Najpierw był areszt w Zabrzu, potem Racibórz, Strzelce Opolskie, a wreszcie Milęcin. – Najgorzej było w Strzelcach – wspomina. – W małej celi siedziało nas dwunastu, w koszulach i kalesonach. Mieliśmy jeden koc do położenia na betonie i drugi do przykrycia. Spaliśmy na boku. Ci, którzy spali przy ścianie, musieli się zmieniać, bo nie dało się długo spać przyciśniętym piersiami czy plecami do ściany. A jedzenie dawali nam w jednym wiadrze, do tego trzeba było radzić sobie rękami, bo nie dostawaliśmy żadnych sztućców.
Pajerski pamięta, jak pijani klawisze w nocy wywlekli jego i starszego mężczyznę z celi i kazali biegać po schodach. Zanim padł, pokonał je 75 razy. Współwięzień był słabszy, więc dostawał nahajką za każdym razem, gdy tylko wyszedł lub zeszedł ze schodów. Pokonał je 30 razy. W Zabrzu, jeszcze podczas śledztwa, nowotarżanin przekonał się, że i kat może być człowiekiem – Zamknęli mnie na siedem dni do piwnicy. Było prawie całkiem ciemno, goła podłoga i tylko wiadro. Póki dałem radę, siadałem na nim, potem już kładłem się na betonie. Trzeciej nocy uchyliły się drzwi i weszło dwóch ludzi. Udawałem, że śpię. Jeden z milicjantów podszedł do mnie i zaczął mnie ręką delikatnie szarpać za ramię. Poruszyło mnie, że nie kopnął mnie, jak to zwykle robili, tylko pochylił się i dotknął. Kazał mi wyjść ze sobą i wziąć siennik z korytarza. To przeżycie pozostało mi w pamięci na całe życie.
Szczęście nie trwało długo. Za godzinę, może dwie, przyszedł inny mundurowy z krzykiem, skąd tu się wziął materac. I zabrał siennik.
W Milęcinie nowotarżanin tuż przed wyjściem musiał spędzić tydzień w karcerze – o kawie i dwóch ćwiartkach kromki dziennie. Bo ktoś doniósł, że jak góral wyjdzie, to z pewnością pójdzie do lasu, rozrabiać przeciw ludowej ojczyźnie.
Gdy wyszedł, miał przed sobą fatalną przyszłość, a w sercu głęboką nienawiść do systemu i przekonanie, że nigdy niczego nie wolno podpisywać. I nikomu wierzyć.
Zastrzelę cię jak psaW Nowym Targu chciał się dostać do szkoły, zrobić maturę – nie przyjęli go nigdzie. Po miesiącu dostał wezwanie na komisję wojskową. Chcieli go już powołać. Był załamany – znów koniec wolności. W ostatniej chwili wyjął żółty świstek formatu A6 – zwolnienie z więzienia z wypisanym artykułem 86, za który siedział. Wy wróg Polski Ludowej, nie ma dla was miejsca w wojsku – zawołał oficer i kazał mu wyjść. – Dotąd mam spokój z wojskiem – śmieje się osiemdziesięcioletni mężczyzna.
Był rok 1952, Pajerskiemu udało się zatrudnić w spółdzielni Turbacz – po znajomości. Zaczął od papierkowej roboty jako starszy manipulant. Po trzech latach skończył w Krakowie kurs maszynisty drukarskiego. Później, dzięki koleżance, która znała nauczyciela w nowotarskim liceum ekonomicznym, dostał się do szkoły i zdał maturę. Od 1966 roku był inwigilowany przez SB. Dowiedział się o tym trzy lata temu z dokumentów IPN. I aż trudno uwierzyć, że wokół drukarza toczyła się zakrojona na tak szeroką skalę operacja.
Co takiego zrobił? Kazimierz Pajerski wyciąga z teczki opatrzonej kryptonimem \"Edytor\" broszurkę pt.: \"Książeczka obrazkowa do nauki religii\". Dziecięcy obrazkowy katechizm był dziełem nielegalnym i ściganym przez aparat komunistycznej władzy. Podobnie jak świadectwa do nauki religii czy nadruki na prymicyjnych obrazkach. Właśnie od tej ostatniej pozycji wszystko się zaczęło. Pajerski był już kierownikiem połączonych drukarni przy ul. Szkolnej i Kościelnej. Odwiedził go przygotowujący się do święceń znajomy kleryk. Zapytał, czy nie dałoby się zrobić nadruku na obrazkach prymicyjnych. Niezbędne zezwolenie od cenzury miał – ale tylko na 10 sztuk. Pajerski zrobił po godzinach 1500. Później przyjechali kolejni klerycy z Krakowa. Pojawiły się też poważniejsze zlecenia – księża potrzebowali katechizmów, świadectw, pomocy do nauki religii, a tego w ateistycznym państwie nie dało się po prostu kupić. Pajerski drukował po nocach, wtajemniczając w przedsięwzięcie swoich współpracowników. Za fuchy dostaje zapłatę od zleceniodawców, płaci też współpracownikom. Potem centrum dystrybucji było na plebanii w Łętowni, gdzie ks. Stanisław Kowalik odbierał towar od Pajerskiego i dalej rozsyłał do innych księży pocztowymi paczkami. Jednak ktoś na poczcie w Suchej Beskidzkiej zaczął interesować się nietypowymi paczkami. SB kazało przejmować całą korespondencję. Dotarli do księdza, dotarli i do Pajerskiego. – Zatrzymali mnie w 1969 roku o jedenastej w nocy. Kazali czekać, po dwóch godzinach zaprowadzili mnie do pokoiku na najwyższym piętrze komendy przy ul. Katarzyny. Zaczęli przesłuchiwać, pokazywali zdjęcia pracowników, pokazywali sztagi do układania czcionek, ale widziałem, że sami nie wiedzieli, co to jest. Nie powiedziałem nic, na nikogo nie doniosłem. Zresztą, przecież już siedziałem, kryminalistą byłem to i nie łamałem się tak łatwo. Przerwali. Po 2 w nocy, gdy zostałem w pokoju sam, nagle wszedł Antoni Pawłowski. Był pijany. Wyciągnął pistolet, położył go na biurku i oświadczył: \"ty s...synu, jak się nie przyznasz, zrobię ci lewą ucieczkę i zastrzelę jak psa. Nie wiedziałem, co zrobi. Ale nie powiedziałem nic. Poszedł.
Nad ranem przyszło dwóch tajniaków, by sprowadzić Pajerskiego do celi w piwnicy. Ku swemu zaskoczeniu, wśród nich rozpoznał swego szkolnego kolegę: – Byłem w szoku, widząc Zygmunta Mroszczaka, który zdejmuje marynarkę a pod spodem ma pistolet na szelkach. Był esbekiem!
– Kazek, k..., ale zmarzłem! Całą noc pilnowałem ci chałupy czy ktoś nie przychodzi – rzucił beztrosko esbek, odprowadzając znajomego do celi.
Wyszedł po 48 godzinach. W 1970 roku sąd skazał Kazimierza Pajerskiego na rok więzienia. Nie siedział, bo od razu objęła go amnestia. Po osiemnastu latach pracy odszedł z drukarni.
Żona poczerwieniała, ja zaniemówiłemUpiory przeszłości wróciły w 2005 roku, kiedy wraz z żoną zasiadł za stolikiem w IPN–ie. Setki donosów, skarg, raportów, a w centrum uwagi służb specjalnych on – figurant Edytor, niepozorny Kazimierz Pajerski. Wzrok zatrzymali przez chwilę na odręcznie sporządzonej notatce, zatytułowanej: \"Charakterystyka głównego figuranta sprawy operacyjno-śledczej krpt. Edytor\". Na głównym miejscu widniało zdjęcie... żony pana Kazimierza. – Nie wiem, co to miałoby znaczyć. Żona poczerwieniała, ja zaniemówiłem. Nie rozmawialiśmy o tym.
Prawdopodobnie była to po prostu pomyłka, gdyż zdjęcie, bez żadnego podpisu, dołączone zostało do szczegółowego życiorysu Kazimierza Pajerskiego. Ktoś pomylił fotografie?
Józef Figura
0 0
spoko
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz