Maciek Pierchlak zaledwie cztery lata temu zdawał maturę. Twarz uśmiechnięta, oczy ciekawe świata, drobna sylwetka. Najbardziej irytuje go pytanie: "A ilu ludzi zabiłeś?"
Józef FiguraJeszcze nie tak dawno tańczył zbójnickiego w Śwarnych. Później ciupagę zamienił na karabin. W Iraku wielokrotnie widział śmierć - tak przyjaciół, jak i wrogów.
Po powrocie przez ponad pół roku dochodził do równowagi, a po nocach śniły mu się koszmary.
Dotąd najbardziej irytuje go właśnie to, zadawane często w Polsce drwiące pytanie: "A ilu ludzi zabiłeś?"
Na co dzień raczej nie przyznaje się do tego, że był na wojnie. Woli unikać kłopotliwych pytań. Nawet w domu czy z dziewczyną przemilcza ten okres.
O wojnie może porozmawiać dopiero z kolegami, którzy też tam byli. Przeszli przez to samo piekło wojny i powrotu do kraju. I podobnie jak on wielu z nich jest bez munduru i pracy. Tacy niechciani bohaterowie.
Maciek już podczas pierwszej misji wojskowej w 2003 roku w Bośni i Hercegowinie zaraził się dodatkowa pasją. Fotografuje. To daje mu chwilę oddechu i inną perspektywę.
Gdy otwiera swojego laptopa, przez monitor przewijają się obrazy różniące się między sobą jak niebo i piekło. Wielu z nich nie pokazywał nikomu - obrazy wojny.
Inne to prawdziwe arcydzieła. Najbardziej przejmujące są portrety dzieci. Szczególnie te, w których oczach widać charakterystyczny błysk. Jakby nadzieję na inne życie.
- Tylko dzieciaki doceniają to, co robimy. Potrafią okazać wdzięczność... Starych już się nie da przekonać - stwierdza żołnierz, spoglądając na fotografię.
Nie wiadomo, co z ujętymi w kadrze maluchami dzieje się teraz. Ilu z nich podzieliło los grupki dzieciaków, grających w piłkę koło bazy w serbskiej Tuzli?
Teren był czysty, ale po deszczu, gdy ziemia rozmięknie - miny wychodzą na wierzch. Z siódemki chłopców przeżyła tylko trójka.
Gdy Maciek przybył na miejsce, Amerykanie już pozbierali ciała. Ale porozrywane buciki, strzępy ubrań mówiły więcej. Śnią się po nocach. To był jeden z pierwszych wojennych koszmarów nowotarżanina. Z czasem ich przybywało.
Jednak roczną misję w Bośni Pierchlak wspomina pozytywnie. Pokazała, że wojsko to nie tylko wojna. Przeciwnie. Stacjonował w Doboj, na linii dawnego frontu największych walk między Chorwatami, a Serbami.
W pobliskiej Srebrenicy doszło do największej masakry muzułmanów. O wojnie zakończonej 8 lat wcześniej świadczyły jeszcze ruiny domów, wraki czołgów i nierozbrojone pola minowe. - Tam można było poczuć, że robi się coś ważnego, jest się potrzebnym, ludzie są wdzięczni - mówi kapral.
- Nie było ani jednaj sytuacji, by trzeba było użyć broni. Przywracaliśmy normalność. Gdy wyjeżdżaliśmy na patrol, zawsze braliśmy garść batonów, cukierków. Dzieciaki to uwielbiały, przecież dla nich snickers to prawdziwe święto. Często, nawet gdy nie było rozkazu, woziliśmy ludziom wodę, żywność. Po prostu pomagaliśmy.
Na jednym ze zdjęć widać Serba, dzielącego wieprzowinę. Zabił świniaka, z radości, że saperzy oczyścili mu podwórko z min.
Gdy Maciej Pierchlak był jeszcze w Bośni, rozpoczęła się inwazja na Irak. - Od razu pomyślałem, że tam jadę. To jedyna okazja, by sprawdzić się w prawdziwej strefie działań wojennych, z użyciem broni na dużą skalę! - przyznaje.
Choć przepisy określały, że pomiędzy misjami każdy żołnierz powinien mieć roczną przerwę, nowotarżanin jeszcze z Bałkanów wysyłał podania o skrócenie tego okresu. Miał doskonałe opinie. Pojechał do Iraku bez czekania i trafił na drugą zmianę - od stycznia do lipca 2004 roku.
Po tym, jak w grudniu Amerykanie złapali Saddama Husajna, wydawało się, że wojna naprawdę się kończy. Była cisza. Do bazy "Juliet" w Karbali przychodziły kobiety i dzieci po paczki z odzieżą czy żywnością.
Nadzieja na sielankę trwała jednak krótko. Na przełomie marca i kwietnia wybuchło powstanie Muktady al-Sadra. Szybko okazało się, że w walkach z sadrystami zginęło więcej żołnierzy, niż podczas inwazji na Irak rządzony przez Saddama.
Zaczęła się bitwa o Falludżę, rebelianci odbili z rąk Ukraińców Al Kut, a w Karbali trwały zacięte walki. Baza, gdzie służył Pierchlak, przez 3 dni była pod ostrzałem moździerzowym.
- Byliśmy zdani tylko na siebie, odcięci od konwojów dostarczających amunicję i żywność - wspomina. - Przez 3 dni nikt nie spał. To była prawdziwa bitwa, o której świat nie wiedział nic.
Amerykanie przed starciami w Karbali wywieźli z miasta wszystkich dziennikarzy. Gdy "czyścili" miasto z rebeliantów, trwały zacięte walki o każdą ulicę, a telewizje z Bagdadu nadawały komunikaty, że sytuacja jest opanowana.
Tymczasem wymiana ognia była niesamowita. Śmigłowce lądowały po 2 razy dziennie, by zabrać rannych. Były już nawet pogłoski o konieczności przeniesienia bazy. Podczas rebelii zaczęliśmy się czuć rzeczywiście, jak okupanci.
W jednym ze zdobytych meczetów, Amerykanie znaleźli arsenał gotowej do użycia broni. Wystarczyłoby tego, by wysadzić w powietrze całą polską bazę.
W Karbali doszło też do największego zamachu - terroryści wysadzili się w tłumie pielgrzymów. Zginęło blisko 300 osób. Widok ciał, resztek ludzkich nie robił już na nikim wrażenia. Przywykli.
Obrazki z życia i śmierci
Komputer Maćka. Na ekranie sceny z Iraku, jakiego ostatnio nie widzieliśmy. Na targu tętni życie.
Ktoś sprzedaje koguta, gdzie indziej przez tłum przeciska się sprzedawca lodu - najbardziej intratne zajęcie w mieście.
Za kilogramową bryłę bierze pięć dolarów. Tu przeciskają się kobiety w czarnych szatach z kwefami na twarzach, tam gromada dzieci ciśnie się, by dostać od żołnierzy cukierka. Normalne życie w ogarniętym wojną kraju.
Są też zapierające dech krajobrazy. Kapral Pierchlak z sympatią wspomina tylko jeden dzień pobytu - wycieczkę do Bagdadu. Mógł na własne oczy podziwiać siódmy cud świata - wiszące ogrody Babilonu.
Nie było jednak tłumu turystów. Sam też nie mógł poczuć się w tej roli. Choć była to wycieczka, a sam miał na szyi aparat fotograficzny, to z ręki nie mógł wypuścić karabinu. Na szczęście, tym razem nie musiał go użyć.
Na zdjęciu fantastyczna ważka uchwycona, gdy przysiadła na drucie kolczastym, gdzie indziej pomiędzy zasiekami przechadza się mały piesek. Obrazki z życia.
Inny katalog. Na irackiej ulicy widać półmetrowy lej po bombie i spalony samochód. Gdzieś leży urwana ręka, gdzieś inny fragment ciała. Zwęglony korpus zamachowca-samobójcy. Tych zdjęć Maciek nikomu nie pokazuje.
Strach przychodzi wieczorem
Łzy? Zdarzały się. Niejedna popłynęła podczas konwoju, w którym zginął Marek Krajewski.
Jechali przez pustynię, gdy z przeciwka prosto w nich wjechała duża ciężarówka. Pierwsze dwa samochody konwoju zdołały uniknąć zderzenia - trzeci wpadł wprost na irackie auto.
Impet uderzenia wyrzucił Honkera dwa metry w górę. - To wszystko na moich oczach, bo jechałem drugim samochodem, odwrócony do tyłu. - wspomina Maciej Pierchlak.
- Natychmiast zaczęliśmy akcję ratunkową. Niektórzy własnymi rękami odginali blachy, by wyciągnąć rannych. Mieli tak pokaleczone dłonie, że potem trzeba było im zakładać szwy.
Mimo reanimacji, Marka nie udało się uratować. Zresztą lekarz powiedział potem, że nie miał szans. Ciężko ranny był też Olek, kolega z Limanowej, z którym służyliśmy razem jeszcze w Bośni. Przeżył, ale jest inwalidą.
Początkowo wydawało się, że to akcja przygotowana przez rebeliantów. Auto zniszczyło najważniejszy z samochód - z łącznością.
Na poboczach drogi były pryzmy żwiru i kamieni, pod którymi mogły być miny. Żołnierze, którzy nie brali udziału w akcji ratunkowej, zabezpieczali teren.
Na pomoc trzeba było czekać półtorej godziny - tyle było potrzeba, by 2 samochody z konwoju dotarły do bazy i sprowadziły pomoc. Gdy nadleciały helikoptery, pojawiła się też amerykańska kompania szybkiego reagowania z bronią pancerną.
Zamachowcami okazali się dwaj chłopcy - szesnasto- i siedemnastolatek. Nic im się nie stało. Odsiadują wyrok w więzieniu.
Strach? Jak mówi Maciek, podczas akcji nie ma na niego czasu. - Tu musi być natychmiastowa reakcja - automatyczna, zgodna z regułami - mówi. - Po prostu karabin w ręce i naprzód.
Strach przychodzi później, po służbie, razem z myślami "dlaczego?". Pojawia się wówczas, gdy widziało się, jak gaśnie życie. Z drugiej strony przecież każdy zdaje sobie sprawę, że ryzyko jest wliczone w ten zawód.
Bezsilność? Wśród polskich żołnierzy była na porządku dziennym. Z zazdrością patrzyli na Amerykanów, ich hamery i wozy pancerne.
Nasi mieli rodzimej produkcji honkery, które trzeba było samemu "opancerzać". Żołnierzy przyspawywali, co się dało - dekle od studzienek, znaleziony kawał blachy, a na drzwi dobrze było powiesić kamizelkę kuloodporną.
Nie najlepiej wyglądały warunki w bazie. Gdy sześciu żołnierzy zeszło naraz z prycz - nie mogli się pomieścić w ciasnym pokoju.
Najbardziej dokuczał brak wody, gdy okazało się, że ujęcie jest skażone. Po patrolu w upale, z całym rynsztunkiem na sobie, każdy był kompletnie przemoczony.
Jednak w bazie nie można było liczyć na prysznic. Musiały wystarczyć cztery butelki wody za całą kąpiel.
- Byliśmy takim testerem MON-u. Na własnej skórze doświadczaliśmy braków, by w następnych zmianach było lepiej.
Czy miałem dość? Nie! Przecież sam się na to zdecydowałem. Może pomogła mi nieco góralska natura? Przełożeni nieraz mówili, że Pierchlak musi zawsze pyskować, ale to rzeczywiście pomagało - przyznaje.
Syndrom z ulotki
Po powrocie z Iraku Maciek przez prawie 8 miesięcy dochodził do normalnego stanu. Po nocach śniły mu się koszmary, zresztą i tak nie mógł się przestawić z rytmu, gdy spało się zaledwie 2-3 godziny na dobę.
Wciąż wydawało mu się, że dni uciekają, a on nic nie robi. Czteromiesięczny urlop się skończył. Kontraktu w wojsku nie dostał. Jest bezrobotny.
Na szczęście, zostało mu jeszcze trochę pieniędzy, więc póki co nie jest ciężarem dla rodziny. Niewiele osób w Nowym Targu wie, że Maciek był w Iraku na wojnie.
Jak mówią najbliżsi, chłopak już doszedł do siebie. Jednak w drodze do normalności zdany był na samego siebie. Psychologa widział w Karbali tylko raz. Po śmierci Marka Krajewskiego przyjechała "pani" z innej bazy.
Nie miała czasu. Zostawiła im jedynie ulotki z pytaniami, jak rozpoznać "syndrom pola walki". Mieli odpowiedzieć na nie sobie sami. - Nikt tego nie brał poważnie, bo wychodziło, że na 200 ludzi każdy był chory - wspomina.
Już po powrocie armia zapewniła także swym bohaterom specjalny turnus profilaktyczno-leczniczy. Z pierwszego kontyngentu zgłosiło się 3 chętnych. Potem już nikt nie chciał.
Każdy się bał, że po nim każdy dostanie łatkę wariata i nie będzie miał szans na kolejny kontrakt.
Maciek zraził się nawet do księży. W Iraku kapelan musiał wyjechać tuż przed najcięższymi walkami, kiedy był najbardziej potrzebny.
Gdy wrócił, nie cieszył się już zaufaniem. Zresztą służby były tak częste, że Pierchlak tylko może ze dwa razy trafił na niedzielną mszę.
Jednak największy szok przeżył w kraju, gdy z ust duchownego - zamiast wsparcia - usłyszał kazanie, jak wiele złego w zrobił, jadąc do Iraku.
- A przecież przed wyjazdem abp Dziwisz mówił nam, że to, co robimy, jest szlachetne! Co mnie obchodzą osobiste poglądy jakiegoś duchownego. Ja naprawdę potrzebowałem wsparcia! - żali się żołnierz.
Jak podkreśla, nadal wierzy w Boga, modli się, tak jak i modlił się na wojnie. Jednak nie może znaleźć sił, by jeszcze raz zwierzyć się jakiemuś księdzu ze swoich przeżyć.
Za młody, by pomagać, w sam raz, by strzelać
Na zdjęciu zrobionym samowyzwalaczem widać, jak Maćka ubranego w polski mundur obsiadają gołębie. To scena z Bośni, jeszcze zanim ruszył do Iraku.
Niedawno dostał za nie główną nagrodę w konkursie fotograficznym, organizowanym przez polską armię.
- Czy pojechałbym jeszcze raz do Iraku? Oczywiście. To była nasza misja do spełnienia, tam zapisywała się historia. W Polsce spotykam się z niezrozumieniem, to trochu zachwiało moją wiarę w sens tego, co robiłem.
Gdy byłem już w kraju - doszło do tragedii tsunami. Nie myślałem wiele - napisałem maila do Polskiej Akcji Humanitarnej, że pojadę z nimi pomagać, nawet za własne pieniądze. Przecież mam doświadczenie w akcjach humanitarnych!
Odpisali mi, że jestem za młody. Jak to jest, że człowiek w naszym kraju może być za młody, by pomagać, a wystarczająco dorosły, by walczyć?
Maciej Pierchlak : Byłem w Stanach, jak powracali żołnierze z Iraku. To było święto. Domy ozdobione flagami, schodzili się sąsiedzi. Cieszyli się, że chłopak powrócił żywy. Byli z niego naprawdę dumni! W Polsce, zamiast tego, mamy cierpki smak niezrozumienia.
Foto | Maciej Pierchlak | Na pierwszej stronie operacja w polowym szpitalu

22.12.2025
OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.

29.05.2026
Austria! Praca dla MURARZY, CIEŚLI, STOLARZY, SPAW...

02.06.2026
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

02.06.2026
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

27.05.2026
Poszukujemy osoby na stanowisko SPRZEDAWCA / DORAD...

19.05.2026
KANTOR ZATRUDNI KASJERA WALUTOWEGO. CV proszę prze...

02.06.2026
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

02.06.2026
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

01.06.2026
DO WYNAJĘCIA LOKAL HANDLOWO - USŁUGOWO - BIUROWY o...

01.06.2026
SZCZENIAKI BORDER COLLIE RASOWE. 791 669 932.

29.05.2026
RESTAURACJA CZERWONE KORALE Zakopane, ul. Zamoyski...

25.05.2026
ZATRUDNIMY W KARCZMIE oraz W BARZE MLECZNYM: KUCHA...

22.05.2026
RESTAURACJA REGIONALNA w Zakopanem zatrudni KUCHAR...

14.05.2026
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

21.05.2026
Sprzedam DOM i LAS - Spytkowice. 732 810 638.

14.05.2026
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

14.05.2026
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

14.05.2026
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

12.05.2026
Sprzedam lub wynajmę BUDYNEK HANDLOWO-USŁUGOWY 500...

28.04.2026
WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 69...

23.04.2026
PROVIDENT. 571 240 909.

17.04.2026
OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. ...

07.04.2026
Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY...

07.04.2026
NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: ...
0 0
niezle... niedosc ze dobry czlowiek, dobry grafik i dobry zolnierz to jeszcze dobry przyjaciel...
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz