Miejscowi od wieków uważali, że na Kilimandżaro mieszkają demony. To one miały powodować nieznośny ból głowy, kłucie w płucach, a wreszcie osłabienie, nie pozwalające zrobić kroku. Niektórych zabijały. Teraz demony przegrały w konfrontacji z niepełnosprawnymi.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"2188"}
Dziś wiadomo, że opisywane przez tubylców złe moce to nic innego, jak objawy choroby wysokogórskiej. Ale droga na Kilimandżaro to zmaganie nie tylko z jej symptomami. Dla Kasi Rogowiec z Rabki najbardziej dokuczliwy był brak możliwości sięgnięcia do plecaka po butelkę z wodą. Od dzieciństwa żyje bez rąk. Na wysokości blisko 6 tys. metrów nie można po postu stanąć i poprosić kogoś, by wyjął napój z bagażu. Tu każdy musi walczyć ze swoim bólem, niemocą, słabością. Osób niepełnosprawnych dosięgają one ze zwielokrotnioną siłą.
– Na pewno każdy to inaczej przeżył. Ja, zamiast pokonywać bariery, czułam się bardziej niepełnosprawna, niż na co dzień. Po prostu brakowało mi moich rąk, by wyjąć picie, zapiąć spodnie. Najprostsze czynności były niewykonalne. Od około 5500 metrów to była straszna trauma. Nie zdawałam sobie sprawy, że będzie aż tak ciężko. Początkowo bałam się choroby wysokościowej. Inni skarżyli się na rozsadzający płuca ból w piersiach, a mnie to nie dotyczyło. Wiadomo, że co kilka kroków trzeba było zrobić przystanek, ale najgorsze dla mnie było to, że czułam się… powiązana. Może tak to już jest na dużych wysokościach, że każdy inaczej odczuwa swoją niepełnosprawność.
Mimo wszystko jeszcze wschód słońca przeżyty na Gilman’s Point (5681 m n.p.m.) przyniósł zachwyt i pierwsze łzy wzruszenia. Ale potem trzeba było iść dalej. Do pokonania było 5-6 godzin drogi – najpierw na właściwy szczyt Kilimandżaro – Uhuru Peak (5895 m n.p.m.), a potem zejście do obozu. W drodze powrotnej po raz drugi bardzo, a nawet bardziej dawał się we znaki pył z tufu wulkanicznego, z którego w niższej części zbudowana jest góra. Drobne cząsteczki zalepiały usta. – Tak fajnie byłoby wyciągnąć butelkę… – wspomina.
Dwa dni po powrocie z wyprawy Kasia nie chce słyszeć o kolejnym tego typu przeżyciu. Jeszcze zbyt mocno odczuwa swoje Kilimandżaro. Choć zwyciężyła, a nawet weszła jako pierwsza na szczyt wraz z Łukaszem Żelechowskim – ma dość przeżyć. Przynajmniej na razie. Bo trudno uwierzyć, że medalistka dwóch paraolimpiad, biegaczka i biathlonistka nie postawi przed sobą jakiegoś kolejnego wyzwania. Choć przecież w Polsce dla osoby niepełnosprawnej samo życie – ukończenie studiów, kursu pilota wycieczek i praca zawodowa to ciągła wspinaczka na Kilimandżaro.
Celem jest drogaZakopianka Angelika Chrapkiewicz-Gądek nie kryje radości, że weszła tak wysoko. I jest dumna, że umiała podjąć decyzję o odwrocie z wysokości 5200 m n.p.m. Szczyt wydawał się tak bliski, ale siły topniały nie tyle u niej, co u trójki osób, które wspomagały ją w drodze. – O Afryce marzyłam od zawsze. Stąd euforia, gdy tylko zadzwoniła do mnie Ania Dymna z propozycją wyruszenia na Kilimandżaro. Chciałam tam być, bo lubię wyzwania i zawsze chcę się z czymś zmierzyć.
Afryka była piękna, ale wyprawa pełna niespodzianek. Tak jak wówczas, gdy wózki przewożone na dachu autobusu zahaczyły o przewody. Sprzęt spadł, ale jak się okazało, jeden wózek nie nadawał się do użytku. Wyjście z sytuacji okazało się jeszcze bardziej zaskakujące – niedługo potem uczestnicy, idąc w stronę swej góry, natrafili na porzucony pod ścianą… wózek inwalidzki, przystosowany do poruszania się po górach.
Angelika poruszała się na wózku dokąd się dało. Tam, gdzie teren już na to nie pozwalał, koledzy brali ją na plecy w specjalnie przystosowanym plecaku. – Zwątpienie? Było, choć nieczęsto. Najbardziej dokuczało mi zimno, miałam problemy z oddychaniem i krążeniem. Cały czas wierzę, że byłam na swoim Kilimandżaro, choć wycofaliśmy się na 5200 m n.p.m. Z pięciu osób, które mi pomagały, zostały tylko trzy. Mogłabym iść dalej, ale nie mogłam pozwolić, by tracili siły i zdrowie moim kosztem. W końcu moim celem była droga, a nie samo zdobycie szczytu.
Angelika jest przekonana, że jeszcze wróci na Kilimandżaro.
Józef Figura
0 0
A to się Bambina dziwić musiały, że białe duchy do nich zawitały.
0 0
trufla,ale ci się zrymowało.Może byś tak ruszyła zadek i zrobiła coś dla zdrowia?Na początek proponuję zdobycie Gubałówki,ciekawe w którym miejscu dosięgną cię \"Demony bezsilności\"?
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz