„Ziuta” prowadzi w Lincoln własny warsztat samochodowy. Jego brat robi przy taśmie w fabryce ciasteczek. „Rudy” z Rabki jest recepcjonistą w ekskluzywnym hotelu. – Nasi masowo wyjeżdżają do kraju? Pierwsze słyszę – kiwa głową z niedowierzaniem.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"3860"}
Lincoln, 85-tysięczne miasto w Anglii, stolica hrabstwa. Tu prawie dwa tysiące lat temu Rzymianie zbudowali twierdzę dla swojego IX Legionu. Dziesięć wieków później powstała fantastyczna gotycka katedra, w której kręcony był niedawno słynny „Kod Leonarda”. W XII wieku Ryszard Lwie Serce zbudował swój zamek. Cztery lata temu zaczął się tu exodus Polaków. Skuszeni dobrą pracą, wysokimi w porównaniu z krajem zarobkami i szansą na normalne życie, zaczęli się osiadać głównie przy Portland Street. Z czasem dla miejscowych stała się ona „Poland Street”.
Ziuta: zaczął od skrzynki
Dumny szyld „Ziuta&KKL” wisi nad potężnym garażem przy Woodstock Street. Józek Pawlikowski dwa lata temu przywiózł do Anglii skrzynkę z narzędziami. Dziś zatrudnia trzech ludzi i nie narzeka na kryzys w motoryzacji. – Nie mamy problemów z klientami. Zresztą, paradoksalnie, kryzys nam pomaga – ludzie kupują więcej używanych samochodów, a te, wiadomo, częściej się psują. I mamy robotę! – wyjaśnia.
Ziuta przyjechał do Anglii w 2005 roku – jak wspomina – tylko na chwilę. Brat załatwił mu pracę przy taśmie w fabryce, by przez wakacje dorobił sobie na studia w Krakowie. Po trzech miesiącach wrócił na krakowską AGH, ale nie w głowie mu była nauka. Po dziesięciu miesiącach w kraju wrócił do Lincoln. Zarzekał się, że tylko na pół roku. Przywiózł ze sobą narzędzia z kraju, by w wolnych chwilach dorabiać, naprawiając samochody. – Z kolegą z Kluszkowiec pracowaliśmy „na ulicy”. Po prostu, jak trzeba było szybko zreperować samochód, to przyjeżdżaliśmy i na miejscu naprawialiśmy, co się dało. Szło nieźle – wspomina.
W tym czasie wyjechał do kraju, by pobrać się z Małgosią – rodaczką z Szaflar. W domu nie zagrzali jednak miejsca. Wrócili na wyspy. W marcu 2007 roku Ziuta znów stanął za taśmą w fabryce ciasteczek. Po trzech dniach miał dość. – Już wcześniej szukałem pracy w jakimś warsztacie, ale wszyscy mnie totalnie olewali – przyznaje. – W końcu zajechałem do zajezdni autobusowej. Gość coś zaczął mi tłumaczyć, nie mogłem zrozumieć, zawołałem brata i okazało się, że rzeczywiście – mam pracę.
Przez pół roku Pawlikowski rano naprawiał autobusy, a wieczorami prywatne samochody na ulicy. Kiedyś potrzebował garażu, by kolejnemu klientowi zrobić remont silnika. Ktoś go skierował do jednego z właścicieli. Za pięćdziesiąt funtów wynajął ruderę na dzień. Klient był zadowolony, Józek też. Niedługo trafiła się kolejna grubsza robota, którą trzeba było wykonać pod dachem. Znów wynajął garaż, a potem zdecydował się na stałą dzierżawę. – Dogadałem się z kumplem z Inowrocławia i otworzyliśmy własny, legalny warsztat. Założenie firmy? Tu trwało to dwadzieścia minut. Dwa papierki, zgłoszenie, opłata 30 funtów i gotowe – mówi z uśmiechem.
Zarejestrowali firmę dokładnie 23 października 2007 roku. Potem wyremontowali garaż. Wśród klientów jest coraz więcej Brytyjczyków. Wychodząc, spoglądają na niewielką budę, w której prowadzi warsztat Anglik. Wcześniej prowadził go w garażu Ziuty. Dziś tylko patrzy z zazdrością na kolejny samochód, podstawiany do Pawlikowskiego.
Józek z Małgosią doczekali się w Anglii syna – Jaś ma już półtora roku. W drodze jest już kolejne dziecko. – Czy zostanę? Na pewno nie. Posiedzę ze dwa lata, zarobię, nabiorę doświadczenia i będę chciał warsztat otworzyć w Polsce – przekonuje, jak niemal każdy napotkany Polak.
Arkadiusz – Janosik z miłości do gór Jak są górale, to musi być i góralska knajpa. Nie inaczej jest w Anglii, choć takich lokali nie ma zbyt wielu. – Jedziemy na kwaśnicę do Janosika – zapowiada Tomek Sadkowski, zapraszając na wycieczkę. Z Lincoln do Boston jest około 40 mil. W godzinę jesteśmy na miejscu. Podwoje Janosika otwierają się dopiero o 16.30. Z zewnątrz jedynie szyld wykonany na desce sugeruje tradycyjny wystrój wewnątrz. I rzeczywiście, po otwarciu starych, drewnianych drzwi możemy zapomnieć o Anglii, choć z drugiej strony to nie to samo, co eleganckie knajpy na Krupówkach. Zamawiamy kwaśnicę – w porównaniu z miejscowym jedzeniem smakuje niebiańsko. Jest i boczek, i ziemniaki, i spora porcja kapusty – za ponad dwa funty. – Góral? Nie, pochodzę z Bełchatowa, ale kocham góry – deklaruje Arkadiusz Godlewski, właściciel restauracji.
W Anglii mieszka od dziewięciu lat. A przyjechał na trzy miesiące.
Janosika założył wspólnie z angielskim przedsiębiorcą. Pomysł, oczywiście wyszedł od Polaka, zresztą nasi stanowili na początku większość klienteli restauracji. Przychodzili tu poczuć się trochę jak w starym kraju. Teraz jest ich mniej. Tu można poczuć, że w świecie jest kryzys – ludzie zaczynają oszczędzać – głównie na rozrywce i restauracjach. Dziś do Janosika przychodzą też miejscowi, choć oni zwykle wolą swoje „fisch and chips”. Coraz częściej zaglądają Słowacy i Ukraińcy. – Kryzys? Damy radę. Choć, jak się okazuje, otworzyliśmy lokal w ostatniej chwili – dziś byłoby to istne samobójstwo – podsumowuje właściciel.
Godlewski mimo wszystko chce wrócić do Polski. Jednak liczy, że wcześniej znajdzie sprawnego menagera, który poprowadzi lokal w Anglii, a on sam otworzy coś nowego w kraju. W końcu do Anglii przyjechał na krótko – by popracować, odłożyć pieniądze na mieszkanie i wrócić do Polski. I tak już mówi od dziewięciu lat.
Tomek – z myjni do hotelu– Rudy, podzwoniłbyś, bo ja się z nimi za cholerę nie dogadam – prosi młody mężczyzna, rozkładając na stole plik rachunków. Trzeba je pozamykać, bo chłopak wraca do Polski. Jako nauczyciel z wykształcenia ma już dość pracy przy taśmie. Liczy, że w rodzinnych stronach, w okolicach Bydgoszczy, lepiej mu się ułoży.
„Rudy”, czyli Tomasz Sadkowski, bierze telefon i przebija się przez urzędniczy mur. Opłata za wodę do uregulowania, prąd, kablówka i Internet tylko do połowy marca. Schodzi ze dwadzieścia minut. Następnego dnia Tomek jedzie z kolejnym znajomym do biura pośrednictwa nieruchomościami, które właśnie przejęło mieszkanie, wynajmowane od innej agencji. Trzeba podpisać nową umowę, ustalić sposób płatności, opłacić czynsz. W pracy ma wolne, więc nie ma problemu. – Trzeba sobie pomagać – deklaruje. – Niektórzy się dziwią, że nie biorę pieniędzy, ale przecież jak ja się komuś przysłużę, to mogę liczyć i na niego – dodaje. – W końcu, jak się przenosiłem ze starego mieszkania, to miałem dziesięciu chłopaków do pomocy i trzy samochody. Jeszcze ktoś zgrzewkę piwa przyniósł.
Tomek pochodzi z Rabki. Przed wyjazdem imał się różnych zajęć – pracował w sklepie, a ostatnio w myjni samochodowej. Miał dość niepewności, więc cztery i pół roku temu wyruszył z kolegą na Wyspy. Przyjechał, ledwo mówiąc po angielsku. Początkowo łapał się różnych zajęć – przeważnie była to praca przy taśmie w fabrykach. Choć nie chodził na kursy, całkiem nieźle opanował język. A że jest bezpośredni w kontaktach z innymi, łatwo dogadywał się w rozmaitych urzędach. Prawie rok przepracował jako wolontariusz w organizacji niosącej pomoc Polakom. Zwykle był tłumaczem – chodził po urzędach, szpitalach, pomagał uzyskać zasiłki czy znaleźć pracę. I coraz lepiej opanowywał język. To pozwoliło mu znaleźć pracę także dla siebie. Od blisko roku jest recepcjonistą w renomowanym hotelu Ibis. Tu musi biegle mówić po angielsku, tym bardziej że goście z Polski należą tu do rzadkości. Mówi, że mu się udało. Ale jak każdy Polak zaraz dodaje, że kiedyś wróci.
Tomek mieszka z Martyną i ich półtorarocznym synkiem Sebastianem na przedmieściach Lincoln, w jednym z ceglanych domków wzdłuż drogi. Przed każdym podwórze z samochodem, a z drugiej strony trawiasty ogródek, otoczony żywopłotem. W Polsce o takim lokum mogli tylko pomarzyć. Tu – mimo kryzysu – zastanawiają się, czy nie opłaciłoby się, zamiast wynajmu, wziąć kredyt i kupić co własnego. Tym bardziej że w drodze już jest kolejne dziecko.
Maryna Nemś urodziła się w Czarnym Dunajcu. Przyjechała do Anglii niemal w ciemno, znając jedynie Tomka. Dziś na zmianę zajmują się dzieckiem, bo sama pracuje na pół etatu w największym pubie w Lincoln – Ritz-u. Jest jedną z barmanek za ogromną ladą – z wprawą nalewa kolejne kufle różnego rodzaju piw, a w wolnym czasie pochłania kolejne polskie książki, które znajomi przywożą z kraju. – Czego najbardziej mi żal? Gór i śniegu – takiej prawdziwej zimy. I moich piesków, które zostały w rodzinnym domu. Ale jak dziecko skończy pół roku, to na pewno też kupimy psa – dodaje mrużąc oczy w stronę Tomka.
Tomasz – dylemat alkoholikaNiemal samo centrum Lincoln. Tuż za okazałym budynkiem płynie leniwie niewielka rzeka. Tu ciasna droga kończy się parkingiem – dalej są tylko nabrzeżne krzaki. Miejsce to niedawno zrobiło medialną karierę po tym, jak reporter lokalnej gazety odkrył tutejsze obozowisko bezdomnych. Z dnia na dzień Anglicy zaczęli sobie zadawać pytanie, jak to możliwe, że u nich, w kraju dobrobytu, są ludzie bez dachu nad głową?
W zagajniku stoi kilka ubłoconych namiotów. Rozciągnięte między drzewami sznurki pełnią raczej funkcję szaf, niż służą do suszenia bielizny. Bo kto by tu cokolwiek prał? Stare, drewniane skrzynki zastępują stół, a na pojedynczych krzesłach, wyciągniętych gdzieś ze śmieci, można chwilę posiedzieć. Zanim się spadnie – tu nikt nie ukrywa, że mieszkańcy to alkoholicy. W większości z Polski. Ale niedawno byli też dwaj Litwini i Anglicy. Gdy zrobił się szum, przenieśli się za rzekę. Ponoć jeden miał na pieńku z prawem – wolał się usunąć policji z oczu.
Tomasz ma 28 lat, pochodzi z Sandomierza. – Szukasz górali? Tu ich nie ma, chyba, że kumpel z Zielonej Góry – śmieje się.
Dziś jest w miarę zadbany i jeszcze trzeźwy – kilka dni temu wyszedł ze szpitala, gdzie omal nie stracił stóp. Na szczęście okazało się, że odmrożenia, których się tu nabawił, są powierzchowne. Skończyło się na kilku zastrzykach i opatrunku. Podczas naszej rozmowy zauważamy zbliżającą się policjantkę. Przez głowę przechodzi myśl, że będzie jakaś draka. Ale zamiast tego słyszę, jak z daleka kobieta zwraca się do bezdomnego „Hi Thomas!”. Pyta o samopoczucie, wizytę w szpitalu, co się stało, że ma na nosie potężnego strupa. – Nie pamiętam – odpowiada chłopak z rozbrajającą szczerością. Sam mówi bardzo dobrze po angielsku. Jest młody, sprawny i gdyby nie alkohol…
Nie ma żadnego legitymowania, zresztą Tomasz nie ma dokumentów – jak przekonuje, ktoś mu je skradł. Bez nich znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Nie może dostać pracy, zarobić na mieszkanie czy choćby podróż do Londynu, by wyrobić papiery. W podobnej sytuacji jak Tomasz w samym Lincoln jest trzydziestu Polaków. Jednak przyczyną ich bezdomności jest zwykle alkohol.
– To sytuacja bez wyjścia – rozkłada ręce Marysia Filip, pracownica brytyjskiej organizacji Paragraf 22, zajmującej się głównie pomocą dzieciom i młodzieży. – Okazuje się, że aby dostać się do noclegowni, trzeba mieć prawo do otrzymywania zasiłku mieszkaniowego. Z kolei ono przysługuje tylko tym, którzy wcześniej przepracowali cały rok bez przerwy. Jeśli nie, to noc w przytułku kosztuje aż 11 funtów – prawie jak w hotelu. A wyrobienie dokumentów? Na to trzeba mieć ze 150 funtów – na bilet do Londynu, opłatę za samo wyrobienie, potem na kolejną podróż, bo dokument oczywiście trzeba odebrać osobiście. Bez paszportu też się nie dostanie zasiłku – to kolejny paradoks.
W życiu Tomasza pojawiło się światełko nadziei – jeden z Kościołów zgodził się przyjąć go na roczną terapię – będzie pracował i leczył się. Dziś mówi, że chce zerwać z nałogiem. Ale czy rzeczywiście?
Marysia – nie widzę exodusuMarysia pochodzi z Łodzi. Choć pracuje z dziećmi i młodzieżą ze wschodniej Europy, dwa razy w tygodniu poświęca czas na porady także dla dorosłych Polaków. Jak przekonuje, górale w Lincoln cieszą się dobrą opinią – są pracowici, zaradni, choć często mają kłopoty z językiem. To głównie z tego powodu odwiedza ją w biurze co jakiś czas jedna z zakopiańskich rodzin. Co charakterystyczne, za każdą pomoc chcą się jakoś zrewanżować – choćby zaproszeniem na herbatę czy przynosząc kawałek wiejskiej kiełbasy, którą właśni dostali w paczce.
Jak zauważa Marysia Filip – w Lincoln i okolicach nie widać, by Polacy masowo wracali do kraju. – Słyszę o tym ciągle w polskim radiu czy telewizji. Ale tu tego nie zauważyłam. Może w Londynie, gdzie więcej ludzi pracowało w budowlance. Ale skala też nie jest taka ogromna. Każdy o tym mówi, a mało kto zna takich, którzy wyjeżdżają. Tu, na wyspach, znam ze dwa tysiące Polaków. I tylko jednego, który wyjechał do Polski.
Józef Figura
0 0
no własnie nie wiem czy to sa jeszcze górale...bejsbolówka zamiast kłabocka??? czy to sie godzi?
0 0
Opisujecie ...tu SYNDROM BIAŁCZAŃSKI......jechać do ameryki za wszelką cene.......poczuć się lepszym....posprzątać ..po murzynach..popracować w fabryce konserw..w /smrodzie/i poczuć się paniskiem całą białczańską gębą................Owszem warunki mieszkanioew są lepsze ale jakby ktoś u nas tyrał ....jak wół......i tyle starania i incjatywy włożył w poszukiwanie lepszej pracy to dawno by był na swoim.....i jeszcze pewnie lepiej by na tym wyszedł
0 0
Ale te podhalany obrotne. Moźe ta pani od lodówki tez by się rozejrzała za jaką pracą i pojechała zamiast narzekać na komornika.
0 0
pewna znana mi hajlanderka pieknie opowiada o swojej emigracji, jak to sie kiblom ...kłaniała:-))
jest w tym jakas głębia,w sensie dystansu to tego amerikandrim, nie?
0 0
a zauważcie ze red. dżejef był w UK?
0 0
Wirnik czy jak Ci tam jak czytam te Twoje wypociny to zastanawiam się czy aby nie doradzić Ci jakiegoś psychologa.Powiedz mi co według Ciebie ozn ;syndrom Białczanski;To że ludzie potrafili się dogadać i zrobili z małej miejscowości prawdziwą stacje narciarską to żle? Niektórym zawistnym którzy tylko biadolić i narzekać potrafią to nie na ręke.Tak niestety i na tym forum nie brakuje ludzi których jedynym celem jest jest krytyka i skłócanie innych a sami w życiu są nieudacznikami którzy tylko głupie teksty umieją napisać.Tak szanowny Panie zanim coś napiszesz trzy razy pomyśl!
0 0
DO BOLĄCEJ GŁUPOTY.........No to jest dokładnie to co opisałem..SYNDROM BIAŁCZAŃSKI czyli boląca głupota... a jak byście tam tacy zgodni byli toby nie było tyle spraw w sądach o te wasze działki że o reszcie nie wspomne
0 0
Do BOLĄCEJ GŁUPOTY..........Nie wystarczy wystawić wyCIĄG...jeszcze trzeba by się było nauczyć czytać widać budowanie wyciągów łatwiejsze jak nauka /ja pisałem o emigracji nie WY ciągu białczanie/
0 0
Highlander`y nie kłóćcie się.Bo jeszcze Wietrzne radio z Chicago na falach nada audycję jak to się Górale posprzeczały na zakopiańskim forum w artykule o Góralach z Union Kingdom o syndrom białczański.To się nazywa globalizacja ;)
0 0
Białcany -światowsce .....zawse lubiały sie chwolić ponad miare A to oni bogaci .......a to......piekni....ponad miare.......a to zaś...światowce z nich okropne bo tą ameryke widzieli wiecie......I przyjechoł Taki Stasek z tyj ameryki przywióz troche tych dularów za jednego kupieł flaske w PEWEXIE sprosił całą wieś/bo oni straśnie honorni/ i gwarzą no i jako ci tam Stasiu w tyj ameryce było......pyto stryjno.....A ciotecko....kiew tam przyjechoł to sie zaroz okozało zew nojpiekniejsy i nojmądrzejsy w całej firmie ......E toześ sie biedocku uciesył ......tak odrazu nowy i taki porządany......no.......nie tak do końca ciotecko bo w tyj firmie to same CHŁOPY ROBIEŁY
0 0
No masz babo placek. Wczoraj jeden teraz drugi psychiczny sie znalazl na tym forum. Widzac znowu, ze halny swoje robi albo cos jest nie tak wogole z tym Wirnikirm. Cos mu musi strasznie wirowc pod ta jego kopula kiedy takie bzdury wypisuje. W artykule jest o Zjednoczonym Krolestwie a ten sie przyczepil bialczanow i Ameryki nawet i zaczal sie popisywac goralszczyzna. Chcialbym takiego schoolboya rzeczywiscie na emigracji zobaczyc jak by sobie radzil.
0 0
Robus nic nie kumasz ja pisze o królestwie DULARA
0 0
ROBUS to pewnie jakiś psychiatra, wszystkich za wariatów ma!
0 0
wirnik masz jakieś wypaczenie w głowie,zapewne mama cie nie kochała a tata tylko w nocy co? Kolejny po kaśce co pisze by pisać
0 0
O! I psychologa też mamy!
0 0
na a jakbys w takim razie mnie zdiagnozował?
0 0
W odpowiedzi mysle, ze jest to jedno i ta sama osoba i odpowiada sama sobie. Wirnik....... Tys chyba pomylil krolestwa. W krolestwie dolara nie byles i chyba nigdy nie bedziesz........ a szkoda. Zas w krolestwie zlotowki tworzysz sobie krolrestwo ciemnosci i temu Ci tak wychodzi nawet z tym pisaniem. Kasiu nie daj sie wciagac w glupia dyskusje, bo ja nie mam juz zamiaru odpowiadac........tym \"halniakom\"
0 0
poza tematem;-)
zdziwiłbys sie jakie te normalne lusdzie to som wredne, jusz wole halniaki:-))
0 0
ROBUS.......aleś bystry ... przekombinowałeś ale pewnie byś na emigracji dał sobie rade.......A powiedz mi dlaczego myślisz że sobie sam odpisuje......Z takim polotem tobyś dopiero na wyspach kasiore trzaskał aż by Królowa Matka wzieła sprawy w swoje ręce bo pewnie to królestwo tobyś jej zdefrałdował
0 0
Dla wszystkich Halniaków pozdrowionka.........to nas góralski przywilej na wietrze świrować.....Swirusów też pozdrawiam oczywiście naszych góralskich nie warszawke .Warszawka niech świruje u siebie
0 0
popieram:-)) I ... nie dajmy sie zwariować:-))
0 0
Robus szkoda wchodzić w dyskusje z osobami które żyją w wirtualnym świecie urojeń.Ktoś powiedział że głupich nie sieją a wciąż ich przybywa i trudno się z tym nie zgodzić.Pozdrawiam myślących pozytywnie.
0 0
Do \"głupota nie boli\" /to fakt/
\"Nie odpowiadaj głupiemu według jego głupoty, byś nie stał sie jemu podobnym. Głupiemu odpowiadaj według jego głupoty, by nie pomyślal, że mądry\".
0 0
No, no niby taka analfabetka a taka madra.....zgadzam sie rowniez z Toba analfabetko. Ale polacy dali plame w Irlandii niech ich......a szkoda gadac. Teraz to beda miec popis dzialacze PZPN jak to dziadostwo wytlumaczyc.
0 0
no to ...pozdrawiam Anę:-))
0 0
Panie Redaktorze - exodus, to nie w te strone (mówię o pierwszym akapicie artykułu. Do wirnika; smaruj się chłopie, smaruj...
0 0
z przeproszeniem: on moze być z silnika elektrycznego i smarowania nie wymagać?
0 0
Dobre smarowamie Kasiu każdemu pasuje........
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz