Apokaliptyczne widoki gruzowisk, setki ludzi z amputowanymi kończynami, którzy cierpią w milczeniu. I widok rozkładających się ciał, który powraca za każdym razem, gdy zamyka się oczy.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"7402"}
Dochodzi północ, cichną odgłosy miasta. Rozbiłem namiot w ogrodzie Villa Creol w Porto Au Prince, kiedyś luksusowego hotelu. Dziś budynek leży w gruzach. Ocalała recepcja i jedno skrzydło budynku nad basenem. Na szczęście dla tłoczących się tutaj dziennikarzy z całego świata – ocalał też pokój nr 708 z jedynym funkcjonującym prysznicem. W tym klimacie rzecz bezcenna.
Kiedy zamykam oczy, wracają obrazy, niestety głównie te potworne. Dla dziennikarza, i to lokalnego, wyprawa w miejsce tak odległe wydaje się nie mieć sensu. Ale wśród ratowników, którzy tu dotarli, byli górale. To wystarczający powód, żeby tu jednak być.
*
Informacje dochodzące do Polski były przerażające. Trochę więc z duszą na ramieniu wyruszyłem na spotkanie z naszymi ratownikami na Haiti. Drogą lotniczą możliwe było dotarcie tylko do Santo Domingo.
Na lotnisku w Dominikanie na hasło: „jadę do Haiti” otwierają się wszystkie bramki. Nie chcą nawet 10 dolarów, które są tu pobierane praktycznie od każdego przybysza. Dalej trzeba było poszukać sposobu na transport do Porto Au Prince. Udało się z jakimś miejscowym kierowcą, choć to droga, aż trudno uwierzyć, gorsza od naszej zakopianki.
Przejazd ponad 300 km drogą częściowo asfaltową, częściowo po ubitych kamieniach, po dziurach zalanych wodą i wysokich ponad miarę „śpiących policjantach” zajął ok. 9 godzin. 50 km od granicy do Porto Au Prince to już całkiem droga przez mękę. Tłok, setki samochodów, także tych z pomocą dla Haiti. Zresztą gdyby nie one, nic nie zapowiadałoby że kilkadziesiąt kilometrów dalej rozgrywa się niewyobrażalna tragedia. Sceneria jak w krajach afrykańskich, wszędzie handel przydrożny. Kolorowe domki, krzątający się przed nimi uśmiechnięci tubylcy.
*
Oczy mi się kleją. Jakiś komar wpadł do namiotu – muszę z nim powalczyć. Dziś powiesiłem nad namiotem polską flagę. Niech wiedzą, że też tu jesteśmy. Obok mojego są namioty Amerykanów, Francuzów, Hiszpanów.
W nocy temperatura spada, całkiem nieźle się pracuje. No, może niezupełnie komfortowo, gdy tnie cię jakiś moskit, a ziemia jest dość twarda i nierówna, a na dodatek nieco pochylona, więc się zjeżdża razem z całym dobytkiem, w tym dużymi ilościami wody, przywiezionymi tu z Dominikany. Kompletnie zresztą bez sensu, bo na Haiti wody nie zabrakło nawet w najgorętszych chwilach.
Nie wiadomo, gdzie zrodziła się informacja, którą podawał świat, że gwałtownie potrzebna jest tu woda. Wczoraj obserwowałem, jak w okolicę najbardziej dotkniętą trzęsieniem podjechała ogromna ciężarówka z organizacji międzynarodowej „Organizacion Internacional Para Las Migraciones”. Od razu ustawiła się długa kolejka. Ludzie prawie bili się, żeby być bliżej drzwi. Wielkim jękiem zawodu zareagowali na widok, jaki pojawił się po otwarciu furty ciężarówki – wewnątrz czekały setki zgrzewek z wodą. Nawet było mi trochę żal tych młodych wolontariuszy, którzy wcześniej z takim zapałem walczyli o porządek wokół ciężarówki.
*
Było już dobrze po godz. 19, gdy dotarłem do Porto Au Prince. Byłem wściekły, że nie zdążyłem przed odlotem do Polski naszych ratowników. Równocześnie miałem przeczucie, że ewakuacja naszych może nie przebiegać zgodnie z planem, zwłaszcza że leciał po nich sędziwy TU 154 radzieckiej produkcji. To sowieckie pudło, zanim tu doleci, musi dwukrotnie dodatkowo tankować paliwo. O ironio sprawdziło się. Następnego dnia rano obudził mnie telefon, że ratownicy wciąż koczują na lotnisku, a ich samolot stoi gdzieś w Ameryce i ma awarię. Zaspany ruszyłem więc na lotnisko.
Dotarcie na miejsce, mimo sporych odległości, nie było trudne. Przed Villą Creol na taką okazję czeka kilkudziesięciu motocyklistów. Oczywiście, trzeba było jeszcze wynegocjować cenę. Pomogły nocne rozmowy z dziennikarzami, którzy byli tu już kilka dni. Za 20 dolarów będzie cię woził przez cały dzień. Szybko okazało się, że w tym mieście, które pod względem ruchu ulicznego przypomina Kair, motocykl jest nieoceniony. W porcie lotniczym pozostawało jeszcze przekonać amerykańskich marines, że na lotnisku wciąż są nasi ratownicy.
*
Coś mój komar ucichł na dobre. Ale włączył się alarm pożarowy w hotelu obok. Podobno nie można go wyłączyć, bo nikt nie ma odwagi wejść na górę po ledwo trzymających się schodach. Będzie tak wył jeszcze przez chwilę. Dochodzi pierwsza w nocy, a w Polsce ludzie właśnie wstają do pracy. Tu jest plus 28 stopni, u nas podobno mrozy do minus 20.
Wszedłem na płytę lotniska. Kilkanaście samolotów transportowych z różnych państw. Dalej na trawie namioty. To tu jest baza ratowników. Jeszcze dalej dwa duże szpitale polowe. Naszych chłopaków spotykam przy śniadaniu na trawie. Nie mają nazbyt tęgich min. Dziś spali pod chmurką.
Józef Ciesielka to zawodowiec. Oszczędny w słowach. Ten góral z Tylmanowej służy w straży jako ratownik od 9 lat. Namawiam go na rozmowę.
Pracowali w grupach. Teren poszukiwań wyznaczało centrum dowodzenia. Dzięki GPS-owi bezbłędnie określali miejsce. Nie ruszali trupów, to nie było ich zadanie. Mieli szukać żywych ludzi. Rozmiar zniszczeń – to robiło największe wrażenie, a potem postawa tubylców, nieskłonnych do wzajemnej pomocy. Ciesielka podkreśla, że sprzęt, którym dysponuje jego grupa, nie odbiega od tego, który mają inne ekipy. Pozwala dotrzeć w zasadzie do każdego miejsca. I nasi docierali, ale niestety, za późno. Józek nie uważa tego jednak za porażkę. Taka to służba. Być może, gdyby dotarli na Haiti wcześniej.
Bardzo dobrą robotę wykonali nasi strażacy, gdy zostali przerzuceni śmigłowcem do odległego o kilkadziesiąt kilometrów miejsca. Tam po kolejnym trzęsieniu trzeba było szybkiej pomocy, głównie medycznej. Polacy postawili tam mały szpital polowy i przez dwa dni udzielali pomocy medycznej. Mieszkańcy byli bardzo przyjaźnie do nich nastawieni – zawsze znalazł się ktoś chętny, by być ich przewodnikiem. Ciągle powtarzali, że ratownicy mogą czuć się tutaj bezpiecznie, że nic im nie grozi. Przeszukiwali powierzony im teren od rano do wieczora. Praca na dwie zmiany tak, żeby posiłek zjeść w bazie a nie na miejscu działania. „Eski” (specjalne przygotowana żywność) wystarczały ratownikom, żeby nie byli głodni.
Ciesielka uważa, że rozmiar zniszczeń wiąże się ze sposobem zabudowań i jakością zbrojenia. Wiele domów runęło jak domki z kart, inne pochyliły się albo całkiem legły w gruzach. Były też takie, które oparły się trzęsieniu. Nasi ratownicy byli świadkami, jak ludzie chodzili po gruzach, poszukując swego dobytku.
Udzielali pomocy głównie przy złamaniach, otarciach, ranach zewnętrznych. Ciesielka zwraca uwagę, że ranni nie okazywali bólu. Przyjmowali go bardzo dzielnie, w milczeniu.
Dla Józka była to pierwsza akcja zagraniczna. Poprzednia – w Polsce – to zawalony dach na katowickiej hali. Jego grupa jest jedną z dwunastu na świecie, które mają certyfikat ONZ.
*
Co jak co, ale czołówka w namiocie się sprawdza. Jest dość światła.
Po pożegnaniu ze strażakami wizyta w polowym szpitalu. Szkoda, że polscy lekarze zawrócili. Byliby tu bardzo przydatni. Przekonywanie, że chodzi o bezpieczeństwo, to chyba jakiś żart. Ani im, ani ratownikom a nawet dziennikarzom nikt z miejscowych krzywdy by nie zrobił. Ludzie z amputowanymi kończynami to widok, który na długo zapada w pamięci. Nie słychać tu jednak głośnego płaczu, tylko cichy jęk. Dziewczyna z amputowaną stopą. Łzy ciekły jej po policzkach, ale milczała. Ciągle podchodził do niej jakiś lekarz. Wielka przestrzeń podzielona kotarą.
Po jednej stronie trwa równocześnie kilka operacji. Po drugiej sala pooperacyjna i dziesiątki cierpiących ludzi. Drobniejsze zabiegi wykonuje się na zewnątrz. Wszystko w dość sporym hałasie, bo tuż obok bez przerwy lądują samoloty, śmigłowce. Wózki widłowe podwożą na paletach medykamenty. Tuż przy wejściu do namiotu oparty o jego ścianę młody chłopak. O kulach. Był w domu, gdy zaczęło trząść. Nie zdążył uciec. Nogę przywalił mu kawałek stropu. Leżał tak przez cały dzień i noc. Słyszał, jak wokół ludzie wołają o pomoc.
Z czasem tych głosów było mniej. Josua wydobył się spod gruzów sam. Mimo bólu wyszarpał nogę. Należy do szczęściarzy, nogi nie trzeba było amputować. O Polsce wie, bo słyszał o Janie Pawle II i wie, kto to „Walesa”.
*
Jednak to nie obrazy ze szpitala czy zniszczone domy pojawiają się, gdy człowiek zamyka oczy. Wyjątkowo natrętnie powraca widok rozkładających się ciał. To nie do wiary, jak szybko zmienia się wygląd ludzi po ich śmierci. W tej temperaturze ciała leżące na ulicy po prosu powoli znikają, a towarzyszący procesowi rozpadu zapach jest trudny do zniesienia. W niektórych dzielnicach ten słodko kwaśny zapach okrutnie dopełniał apokaliptycznego wyglądu miasta. Ludzie mówili, że zaczął się on już 3-4 dni po tragedii. Teraz jest wyjątkowo intensywny. Wydaje mi się nawet, że ten zapach jest w namiocie. Ale może to już jakaś obsesja.
Dzisiaj byłem świadkiem, jak kilku chłopaków postanowiło wyciągnąć spod gruzów samochód. Podobnie jak inni mieli chrapkę na zachowane w całości części. Wokół zgromadził się większy tłum. W tym miejscu zapach był szczególnie ostry. Gdy długimi łomami oderwali części karoserii, okazało się, że wewnątrz są ciała trzech osób. Tłum gęstniał. Tymi samymi łomami wyciągnęli zwłoki na jezdnię. Rozpadające się ciała porzucili i zabrali się do wykręcania części z auta. Wszystko na oczach gapiów, w tym dzieci. Być może uodpornili się już na widok trupów. Śmierć ma tu, na Karaibach, nieco innym wymiar, niż np. dla Europejczyków.
Uderzyło mnie zachowanie psów biegających po Porto Au Prince. W przeciwieństwie do ludzi unikają podchodzenia do ciał zbyt blisko. Obserwuję, jak rozpędzone wpadają na leżące na ulicy zwłoki. Zachowują się, jakby nagle poraził je prąd – skulone uciekają w przeciwną stronę.
*
Ratownicy opuszczają Haiti. Kolejne ekipy startują z lotniska. Tymczasem jeszcze wczoraj odnalazła się pod gruzami żywa osoba. 24-letniego młodzieńca wyciągnęli poszukiwacze skarbów. Może zbyt wcześnie podjęto decyzję o ewakuacji ratowników-poszukiwaczy?
Słyszę, że coś łazi na zewnątrz namiotu. Jakiś spory owad. Na wszelki wypadek nie sprawdzam. Trochę duszno w namiocie, ale niech nie myśli, że ma tu coś do jedzenia. Wystarczy, że z mego polskiego ciała korzysta ten haitański komar. Pytanie, co zrobię, jeśli pojawi się potrzeba skorzystania z pokoju 708.
– Czy pan jest inżynierem? – usłyszałem, gdy krążyłem po kolejnej zawalonej dzielnicy. Obok domu koczowała cała rodzina. Dla nich najważniejsze pytanie to jak zabrać się do odbudowy. To, co urządzili na zewnątrz, pozwala im żyć. Tylko jak długo? Mają szóstkę dzieci. Zaprosili mnie do stołu. Były pieczone banany (mają smak ziemniaków) i kurczak. Długo rozmawialiśmy, wykorzystując do tego kompilację francuskiego i hiszpańskiego. W tej części świata najmniej użyteczny jest angielski. Kolejny raz usłyszałem, że nie chcą wody, jedzenia, ubrań. Potrzebują pracy i pieniędzy. Doskonale wiedzą, że to polityka tego kraju i stosunek do niego na przestrzeni dziesięcioleci doprowadził go na skraj biedy. A trzęsienie ziemi ich zdaniem to Jezus, który tupie, żeby świat usłyszał o Haiti. Ich dom jest jednym z setek wybudowanych na wzgórzu, z widokiem na ocean.
*
Po rozmowie z nimi pojechałem do portu. Przypomina albański. Wszędzie brud i wysypiska śmieci. Nie ucierpiał zbytnio. Kilka kontenerów wpadło do wody, przechylił się dźwig do kontenerów. Do oceanu w Porto Au Prince wpływa kilka rzek. Faktycznie to podmokłe wysypiska śmieci. Brud i smród. Część linii brzegowej zajmują też slumsy, które dopełniają ten koszmarny obraz. Po drugiej stronie jezdni ciągnącej się wzdłuż Atlantyku – targ. Nie brakuje tu niczego, choć wyglądem i czystością pasuje do pozostałej części brzegu.
Józek Ciesielka przed odlotem samolotu opowiadał mi, że na lotnisku odwiedził go jakiś ratownik. Góral z Poronina. Nie pamięta jego imienia, wie, że mieszka w Chicago i jest tu kierowcą w jednej z misji ratunkowych. Piszę to z nadzieją, że odezwie się do nas po powrocie i podzieli się z czytelnikami swoimi przeżyciami.
*
Robi się już jasno. Niebawem na dobre obudzi się nowy dzień. Z namiotów wyruszą do pracy dziennikarze, żeby zdawać kolejne relacje z tego miejsca.
Nie całe miasto jest w ruinie. Duża jego część nie została zniszczona. Panuje tam normalne, miejskie życie. Te złe obrazy można też zastąpić zupełnie niezwykłymi wydarzeniami. To np. protestanckie nabożeństwa z udziałem pastorów i tłumów śpiewających i roztańczonych parafian. Widziałem takie nabożeństwo np. przy ruinach kościoła nieopodal portu, albo na wzgórzu, wśród powalonych domów. Także rano ktoś urządza śpiewy w okolicy Villi Creol. Te głosy są ostatnio donośniejsze, bo coraz więcej ludzi decyduje się spać na polu w obawie przed wstrząsami wtórnymi. Miasto zamieniło się już zresztą w jedno wielkie obozowisko.
Jurek Jurecki Port au Prince, Haiti

22.12.2025
OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.

29.05.2026
Austria! Praca dla MURARZY, CIEŚLI, STOLARZY, SPAW...

02.06.2026
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

02.06.2026
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

27.05.2026
Poszukujemy osoby na stanowisko SPRZEDAWCA / DORAD...

19.05.2026
KANTOR ZATRUDNI KASJERA WALUTOWEGO. CV proszę prze...

02.06.2026
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

02.06.2026
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

01.06.2026
DO WYNAJĘCIA LOKAL HANDLOWO - USŁUGOWO - BIUROWY o...

01.06.2026
SZCZENIAKI BORDER COLLIE RASOWE. 791 669 932.

29.05.2026
RESTAURACJA CZERWONE KORALE Zakopane, ul. Zamoyski...

25.05.2026
ZATRUDNIMY W KARCZMIE oraz W BARZE MLECZNYM: KUCHA...

22.05.2026
RESTAURACJA REGIONALNA w Zakopanem zatrudni KUCHAR...

12.05.2026
Sprzedam lub wynajmę BUDYNEK HANDLOWO-USŁUGOWY 500...

28.04.2026
WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 69...

23.04.2026
PROVIDENT. 571 240 909.

17.04.2026
OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. ...

07.04.2026
Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY...

07.04.2026
NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: ...
0 0
opisywane zachowanie psow, unikajacych kontaktów ze zwlokami jest instynktowne; zwierzeta unikaja kontaktu z zagrozeniem jakie stanowią dla ich zdrowia wyziewy jadow trupich, w przeciwienstwioe do rzezimieszkow i hien rodzaju ludzkiego...ktorym zysk przeslania rozsadek
0 0
Panie Jurku, absolutnie się nie zgadzam wyjazd z Zakopanego to dobry pomysł i ma sens. NIech ten ciemny naród w końcu się dowie, że na świecie sa wieksze tragedie niż wybity ząb w zębie czy pożar stodoły w czerwiennym, tudzież stłuczka w BD.
Trzeba tylko było zabrać ze sobą dobrodzieja O i burmistrzów.
No i gdzie do ciasnej Anielki sa obiecane fotki?!
0 0
Boże nasz miłosierny zmiłuj się nad tymi duszyczkami, które w tej wielkiej tragedi zakończyły swój ziemski żywot!!! [*][*][*][*][*][*][*]....
p.s. jak mozna upominać się o zdjęcia??? po samym przeczytaniu artykułu jak ktoś ma wyobraźnie może sobie wyobrazić ten koszmar...a tu jeszcze chcą oglądać ciała rozkładające się na ziemi!!!! o ludzie jak można???? pasowało by się pomodlić za nich a nie czekać na sensacje!!!!(i mocne foty)...
0 0
Emis, wszystko ma sens, nawet ten wybity ząb w zębie, w sensie pracy nad poprawą wielu niedogodnosci ; tylko moim zdaniem, tak nalezy nasze zycie wiesć, zeby w domu miec posprzatane a jak juz to bedzie , to i mozemy brac sie do pola i ...posprzatac swiat; Tyle ze Ty ciążysz ku szerokiemu swiatu i mniejsza wage przykladasz do tego naszego grajdołka chyba...a wicie gniazda jest tez ważne , uwierz...
0 0
w skali stratu , to i ząb wybity i noga zmiazdzona subiektywnei bolą jednako ...
0 0
straty...
0 0
Bo ja nie lubię tego grajdoła wraz ze świstakami, Byrcynami, i całą dyrekcją. Nudno tutaj, nawet trzęsienia ziemi nie ma a się by przydało...
0 0
to widac, słychac i czuć, ze nie znajdujesz niczego do lubienia, a szkoda ...przez to troche nie doceniasz ludzi z grajdoła , wrzucasz ich do jednego worka z ciemnotą a ludzie sa różni, niektorzy potrafia bardzo pozytywnie zaskakiwac :-)) zycze ci zebys umial odkryc takie wartosciowe osoby rodem z grajdoła ...
0 0
Ciekawe czy po takich przeżyciach Pan Jerzy nie przyjedzie nieco odmieniony...
0 0
ja sadze ze tak; tzn w sensie wiekszej wrazliwosci...takie \"traumy\" każa nam weryfikowac wiele dotychczasowych pogladow na otaczajacy nas swiat...jedynie pusci ludzie, którzy niewiele doswiadczyli, pozostaja radykalni i uparci w swojej ignorancji... a o to chyba go nie posadzamy ...
0 0
Och już nie dobierajcie do tego wyjazdu ideologi. A co do grajdoła to wcale nie twierdze że tutaj nie ma fajnych osób, ale mi wcale to do niczego nie jest potrzebne aby nawiazywac jakiś kontakt. Natomiast mówię, że to grajdół, w tym sensie że po prostu grajdół i rządzą nim ludzie bez pomyślunku, a np tacy jak pan bachleda Ałuś czy inni nie mają szansy aby się przebić przez te twardogłowe kołtuństwo.
Cały świat idzie do przodu, wystarczy tylko zobaczyć jak słowacja się ślicznie rozwija a tutaj? Grajdół i ciemnota!
0 0
A niech to wszystkie tatrzańskie świstaki oszczają
0 0
no, tos powiedział...:-((
0 0
O, nowa fotka! Ja widzę, że pan J oszczędnie te fotki nam podaje, codziń nowa, a nie można hurtem zrobić galerii?
0 0
no, ale masz te obraski z Nebraski...to pewnie ta dziewczyna o której w repotażu, cicho płaczaca z powodu ... no zapewne utraty \"urody\", bo ma kikut nogi ; tak celowo napisalam, bo w naszym swiecie w wiekszosci lubimy tylko ładne buzie, ładnych ludzi, postrzegamy ich lepiej ( uwarzajac za madrzejszych) od tych innych, przecietnych,mniej atrakcyjnych, chocby byli nie wiem ja wartosciowi...Ona jest młoda, w szoku , moze w deprsji, wiec płacze za tym co straciiła i co nie wróci ...
0 0
sorki, uważając mialo byc :)
0 0
Bo pan J tej pani od nogi powinien naświetlić naskie tragedie - napewno buzia by jej sie uśmiechnęła.
0 0
Emis, tys jest jak ta ostatnia deska ratunkowa ...
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz