Miesiąc po trzęsieniu ziemi Haiti nadal potrzebuje pomocy. Organizuje ją między innymi Polska Misja Medyczna i działający w niej Przemysław Guła, którego zakopiańczycy znają jako ratownika TOPR.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"7749"}
Przemysław Guła był na Haiti tydzień po trzęsieniu ziemi. Jest chirurgiem urazowo-ortopedycznym, więc jego umiejętności bardzo się tam przydały. Poleciał z darami ofiarowanymi m.in. przez Polską Misję Medyczną, z którą związany jest od jej powstania 11 lat temu. Nie może zrozumieć, dlaczego polskie władze tak długo zwlekały z wysłaniem tam ratowników i służb medycznych.
Ma duże doświadczenie, bo w podobnych akcjach, wraz z sądeckimi strażakami z grupy ratowniczo-poszukiwawczej, uczestniczył wielokrotnie – między innymi w Albanii, Turcji, Indiach, Rumunii czy Pakistanie.
Na Haiti przyleciał transportem zorganizowanym przez Kancelarię Prezydenta RP z 8 tonami darów ofiarowanych przez Polską Misję Medyczną i inne organizacje pozarządowe – lekarstwami, opatrunkami, podstawowym sprzętem chirurgicznym, żywnością, wodą, namiotami, kocami, agregatorami prądotwórczymi. Dotarł tam dwa dni po polskich strażakach, siedem dni po trzęsieniu. Miał lecieć w większym gronie polskich lekarzy i ze szpitalem polowym, który Polska Misja Medyczna posiada, jednak z powodu przesadnie ostrożnych informacji ONZ, Ministerstwo Spraw Zagranicznych wysłało tylko jego, ks. Henryka Błaszczyka, który jest ratownikiem medycznym, i czterech BOR-owców do ich ochrony. Rozdawanie pomocy humanitarnej z Polski koordynowała na miejscu minister Małgorzata Gosiewska z Kancelarii Prezydenta RP.
Na szczęście borowcy – jak podkreśla – zakasali rękawy i sprawdzili się w roli pomocników. Najpierw przydali się przy rozładunku, a potem zamienili się w asystentów medycznych, dzielnie pomagając przy zabiegach. – MSZ otrzymał informację z ONZ, że pomoc medyczna jest już na Haiti niepotrzebna i że jest tam niebezpiecznie. Na miejscu te informacje nie potwierdziły się. Przydałby się i nasz szpital polowy, i lekarze. Co dzień pod bramami ruin szpitala ustawiały się tłumy osób potrzebujących pomocy, nie opatrzonych jeszcze, choć był już ponad tydzień po trzęsieniu. Lekarze nie byli wszystkim w stanie pomóc – opowiada Przemysław Guła.
Zaraz po dotarciu musiał zająć się rozładunkiem przywiezionych darów. Pomagali mu w tym polscy strażacy z grupy ratowniczo-poszukiwawczej.
– Agendy ONZ nie radziły sobie z dystrybucją darów – były one rozkradane już na lotnisku, a potem odbywał się nimi handel w mieście. Dlatego postanowiłem sam zająć się przywiezionymi rzeczami – opowiada. Zorganizował transport i z pomocą strażaków oraz borowców przewiózł dary do oddalonego o 8 kilometrów od lotniska Szpitala św. Franciszka Salezego. Tak naprawdę po trzęsieniu ze szpitala zostały tylko pomieszczenia administracyjne i kostnica. Pod gruzami zginęło ok. 200 osób – pacjentów i personel. Działała tam już grupa belgijskich lekarzy, którzy jednak bez sprzętu i lekarstw niewiele mogli zdziałać. – Gdy tam dotarłem, nie było dosłownie nic – ani prądu, ani sali zabiegowej, ani rentgena. Na stanie mieli np. 8 wenflonów, ani jednego gazika. Nasze lekarstwa i sprzęt bardzo się przydały, podobnie jak umiejętności polskich strażaków. Belgowie nie za bardzo potrafili się tam znaleźć – opowiada.
Przemysław Guła wraz z Mariuszem Chomącikiem, anestezjologiem, który przyjechał ze strażakami, oraz ks. Henrykiem Błaszczykiem, zajęli się chorymi, którzy koczowali pod bramą szpitala. Strażacy zainstalowali agregat, ich reflektory oświetlały teraz prowizoryczną salę operacyjną. Ku zdumieniu Belgów naprawili nawet uszkodzoną instalację gazową, dzięki czemu chorym można było podawać tlen. Odgrzebali z gruzów i naprawili też rentgen. Wcześniej pacjenci byli operowani bez prześwietlenia.
Polscy strażacy zmontowali też ok. 50 sztuk szyn wyciągowych w różnych rozmiarach, niezbędnych przy złamaniach. Za obciążniki robiły cegły z gruzów, owinięte w szmaty. – Dla naszych chłopaków nie było rzeczy niemożliwych. Inne ekipy patrzyły na Polaków z niemałym podziwem. Polak wszystko potrafi! – śmieje się Przemysław Guła.
Wtedy jednak nie było mu do śmiechu. Na pomoc czekały tysiące osób – połamanych, cierpiących niewyobrażalnie od wielu dni, do których nikt jeszcze nie dotarł z pomocą medyczną, choć było już tyle dni po trzęsieniu. – Choć uczestniczyłem już w wielu podobnych akcjach i jestem bardziej uodporniony od innych ratowników, granice ludzkiej wytrzymałości na ból ciągle mnie zadziwiają – twierdzi chirurg. Nie było aparatu do znieczulenia, pozostawała ketamina, używana przy znieczuleniu miejscowym. – Ponieważ liczba potrzebujących była większa, niż nasze możliwości, musieliśmy dokonywać segregacji, wybierać osoby do operacji – opowiada. Przez polski medyczny zespół przewijało się dziennie ok. 100 rannych osób. Wśród poszkodowanych było wielu wymagających skomplikowanych operacji. – Trzeba się było wwiercać w kości ręczną wiertarką. Pamiętam np. chłopaka przyniesionego przez rodzinę na drzwiach – miał skomplikowane złamania. Musieliśmy wykonać stabilizację miednicy – opowiada. – Albo dziewczynę z otwartym złamaniem podudzia i ropiejącymi już ranami. Miała też zwichnięty staw łokciowy z porażonymi nerwami. Wytrzymała w takim cierpieniu 8 dób – wspomina.
– Z Polski przywieźliśmy 200 namiotów, więc oprócz pomocy medycznej, przy wypisie nasi pacjenci dostawali dla rodziny namiot i racje żywnościowe – opowiada chirurg.
Przemysław Guła nie może zrozumieć, dlaczego polskie władze tak późno wysłały tam ratowników. Kiedy było trzęsienie ziemi, był w Izraelu. Tam ratownicy byli na lotnisku już w pierwszej dobie po trzęsieniu. Polscy strażacy ruszyli do akcji na miejscu tragedii dopiero w piątej dobie, on z darami – jeszcze dwa dni później.
– W piątej dobie już nie szuka się żywych ludzi, gdyby grupa medyczna ze strażakami dotarła tam wcześniej, pomogłaby setkom osób – twierdzi.
Przemysław Guła wrócił do kraju, by tu organizować pomoc dla Haiti. Polska Misja Medyczna, wysyłając pierwszą partię darów, opróżniła całkowicie swoje magazyny. Teraz zbiera antybiotyki, środki przeciwbólowe, sprzęt medyczny, z którym chce dotrzeć do dwóch haitańskich szpitali. – Ponieważ władze lokalne tam nie istnieją, a agendy ONZ na miejscu są niewydolne, możemy polegać tylko na własnych informacjach. Dlatego poprosiliśmy o pomoc Jurka Jureckiego, który tam już był, by pojechał jeszcze raz i na miejscu zbadał, jakie rzeczy są w tych szpitalach najbardziej potrzebne i jakich specjalistów powinniśmy tam wysłać – opowiada Przemysław Guła. Nasz redakcyjny kolega – Jurek Jurecki otrzymał też zadanie od Janiny Ochojskiej z Polskiej Akcji Humanitarnej, która chce na Haiti wybudować przedszkole lub szkołę.
Beata Zalot***
Osoby, które chcą wesprzeć Haiti za pośrednictwem Stowarzyszenia Polska Misja Medyczna, mogą wpłacać datki na konto 62 1240 2294 1111 0000 3718 5444.
Mile widziane są także dary od firm farmaceutycznych i innych sponsorów, w postaci antybiotyków, środków przeciwbólowych, ketaminy.
Więcej informacji o stowarzyszeniu oraz jego działalności można znaleźć na stronie www.pmm.org.pl
0 0
Nie wiem co na to kolega Zelek, bo on zawsze koniem staje, ale moim zdaniem wiekszy byłby pożytek aby te 11 tysiecy pensji na ochroniarzy-fotografów burmistrz przeznaczył na pomoc Haiti - przynajmniej jakiś dobry uczynek byłby zapisany, że Zakopane nie wyrzuciło pieniedzy w krupówkowe bagno!
0 0
Masz rację Emisiu...
0 0
Nawet jakbyś Emisiu dorzucił ze swojej kieszeni zamiast sponsorować ciągle Rzankowskiego,, też bym nie stawał Ci (o)koniem
0 0
oj, tymczasowo Emiś nie sponsoruje Samanty :-) wiem to z pewnego zródła :-))
0 0
nt. ja tam wsparłam potrzebujacych z Haiti a taki Tygodniczek przeznaczy czesc dochodów???
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz