Kamar był na wojnie, Musav zna Latę i Szarmacha, Elnara odwiedza uchodźców, a Esmira poświęca się niepełnosprawnym – z nimi poznajemy tajemnicze oblicze zachodniego Azerbejdżanu.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"8078"}
Warsztaty z reportażu dla azerskich dziennikarzy. W tzw. międzyczasie uczestnicy mają kilka godzin, by wyjść w teren i zebrać informacje. Potem powstaną teksty. O uchodźcach, którzy od dwudziestu lat są tymczasową codziennością miasta. O trzynastoletnim Sabirze, który dorabia jako kelner, czy dzieciakach, które same pozyskały sponsora na kredę do szkoły. Obraz drugiego co do wielkości miasta Azerbejdżanu – Giandży.
Musav podziwia PolskęGdy wychodzę na balkon prywatnego mieszkania Sabiny, spoglądam na nieodległe szczyty Kaukazu. Przez moment pojawiło się skojarzenie z Podhalem – rozległy płaskowyż uwieńczony łańcuszkiem szczytów. Byłoby sielsko, gdyby nie blok na pierwszym planie. Z pozoru nie ma w nim nic szczególnego – takie same w całym bloku komunistycznym stawiano od lat 60. Ale w tym przypadku obraz jest o wiele bardziej opłakany. Od blisko dwudziestu lat – „tymczasowo na stałe” mieszkają tu uchodźcy. Bo Azerbejdżan mimo zawieszenia broni jest stale w stanie wojny z sąsiednią Armenią o Górny Karabach. Wojna, która przyniosła kilkadziesiąt tysięcy ofiar, nadal kładzie się cieniem na życiu obu narodów. Z półtora miliona uchodźców, którzy do dziś koczują w całym kraju, ponad 15 tys. mieszka w Giandży.
Elnara i Husejn odwiedzili jeden z takich bloków. Od 17 lat mieszka w nim 56 rodzin, bywa, że po trzy w jednym pokoju. Halior mieszka ze swa siedmioosobową rodziną na 16 metrach. Ale nie traci optymizmu. – W porównaniu z czasem, gdy musiałem uciekać z własnego domu, teraz dziękuję Allachowi, że cokolwiek mam – przekonuje mężczyzna w rozmowie z dziennikarzami.
Giandża liczy 310 tys. mieszkańców. Spacerując zaniedbanymi zaułkami, trudno uwierzyć w rozległość miasta. Tym bardziej skręcając w którąkolwiek z bocznych ulic. Mimo że to ścisłe centrum, trudno przejechać samochodem między potężnymi dziurami. Najlepiej – jak w całym Azerbejdżanie – utrzymana jest główna ulica im. Hejdara Alijewa – poprzedniego prezydenta republiki i zarazem ojca obecnego wybrańca narodu. Po mieście krąży wiadomość, że rząd w Baku przeznaczył aż 15 mln dolarów na odnowienie miasta. Jednak pieniądze te nie pójdą na drogi, tylko na renowację i tak dobrze zachowanego parku. Parku im. Hejdara Alijewa. Ludzie narzekają, ale mają świadomość kompletnej bezsilności.
Musav ma 52 lata i jest gospodarzem domu, w którym prowadzimy warsztaty. Gdy dowiaduje się, skąd przyjechaliśmy, rozpoczyna wyliczankę – Polacy? To sami mądrzy ludzie. Maria Skłodowska-Curie zdobyła dwie nagrody Nobla. Żadna Rosjanka czy Amerykanka tego nie dokonała! I rzymski Papież też był Polskiem. No i piłkarze – mam plakat na ścianie – Lato, Szarmach – jak oni grali! – podkreśla niemal przy każdym powitaniu mężczyzna, który nigdy Polski nie widział na oczy.
Herbaciani pijacy i kartoflane mrówkiMikayil podczas swych wędrówek w poszukiwaniu tematu reportażu spotyka w herbaciarni trzynastoletniego Sabira. Chłopiec, zamiast chodzić do szkoły, codziennie podaje do stołu. Zarabia dwa razy więcej, niż jego nauczycielka. Na szkołę brakuje mu czasu. Jak podają organizacje pozarządowe zajmujące się dziećmi w Azerbejdżanie, blisko 50 tys. nieletnich pracuje, by utrzymać siebie i swą rodzinę.
Dla przybyszów z Europy czajchana jest swoistym fenomenem. Tu miejscowi przesiadują godzinami przy szklaneczce herbaty, najlepiej podanej w kryształowej szklaneczce. Dodatkiem do niej mogą być cukierki. Niektórzy zamawiają sobie też fajkę wodną. Obłoki aromatycznego dymu tytoniowego od czasu do czasu wypełniają wnętrze. Do czajchany kobiety nie mają wstępu. Nawet do stołu posługują wyłącznie mężczyźni. Największą rozrywką jest gra w planszową grę – nardy. A że kraj jest muzułmański – nie ma mowy o żadnym alkoholu. Mimo to niektórzy potrafią tu przesiedzieć cały dzień, rozmawiając ze znajomymi. Ku rozpaczy ich żon, na których głowie zostaje dom, dzieci i troska o jutro.
Wracając późną nocą do domu, kompletnie trzeźwy Azer słyszy w domu znajome wymówki: „znów piłeś!?”.
Jednak codzienne życie tu nie rozpieszcza. Światowy kryzys nijak się ma do ekonomicznej zapaści Zakaukazia. Ceny w Azerbejdżanie wzrosły nawet kilkakrotnie. Niemal każdy produkt na sklepowej półce jest przynajmniej dwukrotnie droższy, niż w Polsce. A zarobki przynajmniej dwukrotnie mniejsze. Choć kraj leży na ropie i zasobach gazu, dzięki licznym monopolom – z dobrobytu korzystać mogą tylko nieliczni. Za to kwitnie korupcja i łapówkarstwo. Nawet wśród dziennikarzy. Niektórzy wyspecjalizowali się w robieniu tematów interwencyjnych – wystarczy pójść do szpitala, by wybiegł ktoś z kopertą i propozycją, by ten temat zostawić w spokoju…
Granicę między Gruzją a Azerbejdżanem na Czerwonym Moście trzeba przechodzić na piechotę. Niemal kilometr w błocie. Widzimy, jak z azerskich autokarów nadjeżdżających z gruzińskiej strony wysypuje sie grupa „turystów”. Muszą zabrać wszystkie bagaże i przejść całą kontrolę. Zamiast walizek, wyciągają z luków autokaru worki z ziemniakami. Staruszki, młodzi, mężczyźni i kobiety przewlekają przez granicę całe worki kartofli. Ich cena w Azerbejdżanie jest kilkakrotnie wyższa.
Powietrze szczęściaEsmira jest naszą tłumaczką. Ma 25 lat, jest rodowitą Azerką. Jako działaczka organizacji pozarządowej pomagającej niepełnosprawnym spędziła rok w Polsce. Drobna dziewczyna, z wykształcenia informatyk, czas poświęca niepełnosprawnym. – Na początku byłam załamana – wspomina. – Dostałam 150 podopiecznych, każdy zwykle żyje w strasznych warunkach. A ja po prostu nie mogłam im wszystkim pomóc. Pamiętam, jak wyprowadziłam po raz pierwszy na spacer 24-letnią dziewczynę na wózku inwalidzkim. Ona wyszła z domu po raz pierwszy w życiu. Bo tu rodziny wstydzą się niepełnosprawnych. Pamiętam, jak spojrzała na niebo i rękami zaczęła zagarniać powietrze. Jakby chciała go nabrać garściami jak najwięcej. To było dla niej największe szczęście w życiu. Dla mnie też…
Tłumaczka od czasu do czasu opuszcza zajęcia, gdy tylko zadzwoni telefon. Właśnie przygotowuje kolejny projekt, liczy na amerykańskie pieniądze na pomoc swym podopiecznym. Ma nadzieję, że wkrótce przyjedzie do Polski, by nauczyć się, jak można pomagać. Może nawiąże ścisłą współpracę z którąś z naszych organizacji.
Zresztą polskie wzorce są tu chętnie przyjmowane. Oprócz warsztatów dziennikarskich, stowarzyszenie Młodych Liderów Azerbejdżanu kierowane przez Sabinę Alekpierovą chce rozwinąć turystykę. Rafik z Kazacha, niewielkiego miasteczka niedaleko granicy, pojechał z grupą rodaków na Suwalszczyznę i Mazury oglądać gospodarstwa agroturystyczne. Ma nadzieję, że uda się tą formą turystyki zainteresować przede wszystkim mieszkańców Kazacha, a potem też turystów. W końcu jest tu co pokazywać – egzotyczne góry, zabytki czy choćby słynne w świecie dywany tkane ręcznie – tak samo, jak przed pięciuset laty.
Na razie Rafik z przyjaciółmi przygotował niewielki folder i dwie pocztówki.
Kamran był osiem lat w wojsku. Najpierw wcielili go do sowieckiej armii, a po wybuchu wojny o Górny Karabach trafił na tamtejszy front. Przeżył sześć i pół roku z bronią w ręku. Czasem wieczorem dopadają go wspomnienia setek przyjaciół, których śmierć oglądał. Niekiedy przypomni sobie twarze Ormian, którym śmierć sam zadał. Wojna ma okrutne oblicze. Kamran dziś jest dziennikarzem. Domyślając się potwornego bagażu wspomnień, jakie nosi w sobie, zaskakuje jego wrażliwość na problemy społeczne. Przygotowując swój reportaż, spotkał się z pozostawionymi samym sobie niepełnosprawnymi, dodatkowo oszukiwanymi przez urzędników, potrącających sobie część ich i tak marnego zasiłku. Próbuje im pomóc Ceyhun z kolegami. Chłopak zaraził się wolontariatem, gdy był jeszcze w szkole. Kiedyś zabrakło im kredy. Po prostu – szkoła nie miała pieniędzy, by kupić kruszec do pisania na tablicy podczas lekcji. Sytuację uratowali sami – zorganizowali korepetycję dla jednej ze słabszych dziewczyn. A, że jej ojciec był przedsiębiorcą – płacił im kredą. Z czasem nie tylko zaspokoili potrzeby całej szkoły, ale mogli wspomóc i inne placówki.
Po drodzeDziesięciodniowe warsztaty szybko się kończą. Mamy świadomość, że to zaledwie kropla w morzu tutejszych potrzeb. Azerskie gazety wyglądają dziś tak, jak Tygodnik Podhalański przed dwudziestu laty. Czarno-biały druk na fatalnym papierze, małe zdjęcia i nieporadne artykuły. Dziś wspólnie możemy jeszcze raz przejść tę sam drogę. Czy uda im się powtórzyć nasze sukcesy i uniknąć naszych błędów?
Józef Figura
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz