Te słowa popularnej morskiej, chyba jeszcze przedwojennej piosenki mogą "szczurom lądowym" dać bardzo "realny" obraz życia marynarza.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"19340"}
Jeżeli zabawą nazwać mocowanie ("ształowanie") poluzowanego na fali ładunku, kiedy się to robiło nie patrząc na porę dnia czy nocy byle by zdążyć przed zbliżającym się sztormem, to tak, to była zabawa.
Albo nocne wachty na kanale La Manche lub innym mocno uczęszczanym szlaku morskim kiedy mówiło się, że ruch jak na Marszałkowskiej, a do tego jeszcze flotylle rybackich kutrów i jachty czy motorówki tzw. niedzielnych żeglarzy kręcących się po obu stronach burt, to też była świetna zabawa.
Dla wszystkich na mostku, kiedy trzeba było ustepować miejsca promom, płynącemu z Anglii do Francji lub Francji do Angli i za chwilę jachtom pod żaglami płynącym "chyba" w przeciwnym kierunku ...
Pamiętam 60 godzin prawie nieprzerwanej pracy w ładowniach na dużym drobnicowcu m/s Lucjan Szenwald, który pływał w tzw. Chipolbrooku do Chin.
W Antwerpii załadowano do jego przepastnych ładowni walce drogowe. I belgijscy "ształmeni", do których należało odpowiednie umocowanie ładunku delikatnie mówiąc "spieprzyli" swoją robotę.
Już po wyjściu na Północne kołysało dobrze, a na Biskajach długa fala płynąca od Ameryki miała kilkanaście metrów wysokości. Chcąc utrzymać kurs, statek musiał iść bokiem do niej, co powodowało silne przechyły.
Wystarczyła źle dokręcona śruba w "żabce" na stalowej lince, by najpierw kilku milimetrowy luz po którymś tam z kolei uderzeniu doprowadził do zerwania linki i uderzenie kilku ton jednego walca w drugi. Po chwili powrót na drugą burtę i za chwilę znowu uderzenie, tym razem już z większym impetem.
Zanim wachtowi zorientowali się, że coś się w ładowni dzieje, kilkanaście ton ciężkiego sprzętu wędrowało przesuwając się po ładowni zgodnie z przechyłami.
Cały pokład, nie ważne czy odpoczywający "po" czy "przed" wachtą, zszedł do ładowni by te "fruwające" walce umocować. Łącznie z pierwszym oficerem, który nadzorował robotę.
A kiwało co raz mocniej. Trzeba było uchwycić tę ciężką maszynę naciągając stalówkę i szybko zakręcić, by jak będzie przechył na druga burtę choć trochę przytrzymało. I w porę odskoczyć kiedy pęknie lub wyślizgnie się z obejmy. A między walec i tzw. "prostą ścianę ształową" zbudowaną na wręgach wklęsłej burty z drewna wrzucało się drzewo, by zmniejszyć lużne miejsce i możliwość przesuwania się walców...
Cud boski, że podczas tej pracy przy świetle tzw. słońc (lampa z kilkoma silnymi żarówkami i ekranem odblaskowym) w ładowni nic się nikomu nie stało.
I później, już leżący w koi człowiek, zapierający się o co się da, by nie wypaść, z niepokojem czekał czy statek kładący się na burtę zostanie w tym przechyle czy się podniesie.
A już najmniej ważne było czy ten sztorm nazywano huraganem, tajfunem, cyklonem czy innym orkanem, bo co za różnica kiedy statek szedł na dno.
Może dla dziennikarza, który pisząc "newsa" , że polski statek zatonął w czasie tajfunu a nie prozaicznego sztormu, ten tajfun brzmiał bardziej egzotycznie.
Dla marynarza chwilowo ocalałego i zalewanego na szalupie czy ratunkowej tratwie naprawdę nie było ważne czy te wysokie fale i wiatr przekraczający szybkość 200 km na godzinę to huragan czy może cyklon.
Chociaż statki tonęły i w zwykłych sztormach. W dodatku, nie na oceanach tylko morzach. Takie jak Bałtyckie, Śródziemne...
Tak jak Kudowa Zdrój, która zatonęła w 1983 roku koło Ibizy. Zginęło 20 osób, uratowano tylko 8.
Kudowa wypłynęła z Walencji. Załadowano na nią 16 kontenerów, mimo, że warunki bezpiecznego pływania pozwalały na zaledwie 6 kontenerów. Ale, takie dosyć nagminne łamanie przepisów w PLO, gdzie liczył się przede wszystkim zysk a nie bezpieczeństwo załogi, było powszechne.
A kapitan, który się tym praktykom sprzeciwiał, przestawał szybko być kapitanem...
I siostrzana jednostka Kudowy Zdroju, statek "Busko Zdrój", który utonął na Morzu Północnym w styczniu 1985 roku a z 25 osób uratowano tylko jedną osobę. Bo zanim nadeszła pomoc ci ocaleni zamarzli na zalewanej lodowatą wodą niesprawnej tratwie ratunkowej.
Na marginesie - sprzęt ratunkowy jaki był na statkach PLo przedstawiał bardzo wiele do życzenia. Nie zapomnę, jak mocowaliśmy na pokładzie pneumatyczne tratwy ratunkowe , które przywiezino z magazynu i wymieniano przed rejsem. Jedna tratwa wysunęła się z unosu i wpadła do wody. Te tratwy budowane są tak, że otwierają się i napełniają powietrzem przy zanurzeniu (mozna je też otworzyć manulanie ciągnąć za linkę), więc ta po zanurzeniu powinna samoczynnie wypłynąć na powierzchnię, rozwinąc się i być gotowa do przyjmowania rozbitków.
Powinna... ale chyba do dzisiaj tkwi w mule basenu portowego w Gdyni przy nabrzeżu cebulowym.
A w ogóle cała seria zwanych przez marynarzy Zdrojami (nazwy polskich uzdrowisk), licząca 12 statków budowana przez rumuńska stocznię była źle zbudowana.
I dopiero zatonięcie dwóch jednostek i śmierć ponad 40 osób spowodowało, że wykryto braki materiałowe. Udowodniono, że punkt ciężkości był niezgodny z normami ( znajdował się za wysoko od stępki), co powodowało niebezpieczne przechyły już przy małej fali. Jeżeli do tego dodać niebezpieczeństwo przesunięcia się ładunku, katastrofa gotowa.
Winnych przejęcia przez Polskie Linie Oceaniczne wadliwie zbudowanych statków nie znaleziono, bo przecież ich nawet nie szukano.
Zatonięcie w 1993 roku promu Jan Heweliusz.
Pływałem na identycznym m/f Mikołaj Kopernik a na budowie Heweliusza w Breviku w Norwegii byłem jako załogant. On już w czasie budowy był pechowy. Najpierw przewrócił się na burtę podczas próby zbiorników i pomp balastowych a później w sumie, przed zatonięciem , miał aż 28 różnych wypadków.
Przechylał się na pełnym morzu, dwukrotnie przewracał się w porcie, zderzał z kutrami rybackimi, miał awarię maszyny, a we wrześniu 1986 roku wybuchł na nim pożar.
Po tym pożarze nieprawidłowo przeprowadzony remont (byle szybciej) przyczynił się do powiększenia problemów ze statecznością, co w konsekwencji miało duży wpływ na katastrofę.
Grecki tankowiec M/S Athenian Venture to polskie M/S Karkonosze z Polskiej Żeglugi Morskiej. Już pod grecką banderą w 1988 roku spłonęły na morzu wraz z całą polską załogą (24 osoby) i 5 żonami marynarzy, które w ten ostatni rejs mężowie zabrali ze sobą.
Inny grecki statek z polską załogą M/S Kronos. Zatonął z 19 marynarzami a powodem zatonięcia był bardzo zły stan techniczny statku (pęknięcie kadłuba), o czym przed wypadkiem pisali marynarze w listach do domów.
Marynarz w noc się bawi...
Przypominają mi się kapitanowie, którzy nie schodzili z mostku przez kilka dób, bo statek szedł w sztormie, w gęstej mgle. Wachtowi schodzili z mostku na 8 godzinny odpoczynek po 4 godzinach, kapitanowie zostawali, bo byli odpowiedzialni za statek i bezpieczeństwo ludzi na nim płynących. Posiłki jedli na mostku, jeżeli mogli, kładli się na kanapce w kabinie nawigacyjnej tuż obok mostku by złapać kilka minut snu....
Przypomina mi sie wachta na Morzu Chińskim, kiedy płynęliśmy prosto na falę wywołaną trzęsieniem dna morskiego czy może też wybuchem morskiego wulkanu. Radio odebrał ostrzeżenie, uciec już nie było gdzie...
"Stary" ogłosił alarm "przygotowanie do opuszczenia statku" i załoga stała w korytarzach z założonymi kapokami czekając na rozkaz. A na mostku, kapitan, oficer i marynarz wachtowy oraz sternik wszyscy patrząc na tę ścianę wody idącą na statek odmawiali modlitwę. Partyjni też...
Ogromny wstrząs, statek zamiera i po chwili zamienia się w okręt podwodny. Po długich kilkunastu? kilkudziesięciu? sekundach wypływa na grzbiecie fali i jeszcze przez chwilę, mimo, że motory "cała naprzód" płynie z falą do tyłu....
Przypominają mi się ci, co odpłynęli w ten ostatni rejs na wieczną wachtę.
Ci, których znałem bo pływałem z nimi na innych statkach.
Na Kudowie zginął starszy marynarz Harry Ciesielski, którego w czasie długiego rejsu do Indii na Grunwaldzie byłem "szlaufkumplem", mieszkaliśmy wspólnie w dwuosobowej kabinie. Przegadaliśmy wiele godzin, zawsze mówił, że swoje imię dostał na cześć prezydenta USA Trumana.
Na Kudowie utonęła też radiooficer, pani Basia Skokowska. Pływałem z nią na Krzywoustym, kiedy zaczynała morską karierę jako asystent Radio. III oficer Janusz Lewandowski był moim wachotwym oficerem na "Jaśle"...
I znajomi uratowani z Kudowy - marynarz Jurand Heczko, motorzysta Jurek Krzysiak.
Przekroczyli "smugę cienia" na Heweliuszu Władek Półtorak, na Busku Maniek Kwiatkowski, Waldek Łyszkowski, Wojtek Błażejowski zwany Błażejem, Mirek Kolberg.
Z nimi kiedyś pływałem, razem wychodziliśmy w portach na ląd, wspólnie staliśmy w kolejce do kasy w PLO po wypłatę, wspólnie zajmowaliśmy stoliki w Vikingu w Nowym Porcie czy w "Interclubie" w Gdyni...
I wielu innych, którz "bawiąc się nocną porą" dopłynęli do Fidlers Green, wiecznej szczęśliwej krainy żeglarzy i marynarzy.
Jak np. rybacy z trawlerów Nurzec, Cyranka, lub z Brdy.
Jak 20 Polaków z m/s Leros Strength, którzy utonęli niedaleko Norwegii w 1997 roku.
Ci wszyscy, to marynarze ze statków dalekomorskich, dla których rejsy to była przecież ciężka praca a nie zabawa w nocy i odpoczynek w hamaku w dnie.
Ale przecież są też tacy, którzy w rejs wypłynęli by w jakiś sposób się rzeczywiście bawić, dla których ta praca przy stawianiu żagli to była przyjemność...
Jak choćby ci na jachcie "Janosik", który zaginął w 1975 roku w cieśninie Skagerak.
Czy tych siedmiu żeglarzy (w tym dwie kobiety) rzeczywiście do tej pory się bawi...?
Jedna z czytelniczek tego blogu komentując jeden z moich wpisów zaproponowała bym napisał o "tych dziewczynach w każdym porcie"...
Może , jeżeli licząc "te płatne kobiety" coś by można napisać, ale i tak nie w każdym porcie by się one znalazły.
Bo te dziewczyny, czy też, jak to się śpiewało w tej samej piosence gdzie o tym hamaku - "ma w każdym porcie narzeczoną..." , to raczej tylko wytwór wyobraźni autora piosenki.
Napisanej zresztą w latach przedwojennych i śpiewanej już na żaglowcu szkolnym "Lwów".
A cały tekst, który przytaczam brzmi tak:
Wesoła marynarska wiara, szczęsny jej życia los.
Nie to, co z lądu armia szara, która ma pusty trzos.
Marynarz w noc się bawi, w hamaku we dnie śpi...
Czy to na Bałtyku, czy na Atlantyku ze swego losu drwi.
Ma w każdym porcie narzeczoną, używa sobie fest...
Niejedna chciała być mu żoną, lecz on nie frajer jest...
Refren: Marynarz w noc się bawi... itd....
Na spacer jedzie do New Yorku, by zwiedzić ziemi szmat.
Dolarów pełno ma w swym worku, jego jest cały świat...
Autorstwo przypisuje się któremuś z kandydatów na kapitana Żeglugi Wielkiej zdobywającego umiejętności na pokładzie pierwszego żaglowca szkolnego "Lwów". Czyli w latach 20 i 30 ubiegłego stulecia.
Czy tylko wtedy "szczury lądowe" miały mylne wyobrażenie o życiu i zarobkach marynarza? Nie sądzę.
Kiedy pływałem, pensja marynarza nie przekraczała średniej pensji krajowej.
Górnik miał więcej, o jego sklepach "G", w których na Kartę Górnika kupowało się artykuły niedostępne gdzie indziej nie wspominając.
Pewno, marynarz (najczęściej, jeżeli był kawalerem) w czasie postoju statku w polskim porcie mógł "szastać forsą".
Bo z kasy PLO brał pensję np. za 6 miesięcy rejsu plus wszystkie dodatki. I z tych dodatków (eksploatacyjne, procent od frachtu itp. itd.) się robiło 9 miesięcznych pensji.
I wtedy pieniądze zarobione przez pół roku w morzu wydawało się na lądzie w ciągu kilkunastu dni. Było się "milionerem", no nie?
Więc czy warto się dziwić, że "marynarz w noc się bawi a we dnie w hamaku śpi"?
A może lepiej zastanowić się, co tak naprawdę znaczy toast "Za tych, co na morzu"...

22.12.2025
OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.

29.05.2026
Austria! Praca dla MURARZY, CIEŚLI, STOLARZY, SPAW...

02.06.2026
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

02.06.2026
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

27.05.2026
Poszukujemy osoby na stanowisko SPRZEDAWCA / DORAD...

19.05.2026
KANTOR ZATRUDNI KASJERA WALUTOWEGO. CV proszę prze...

02.06.2026
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

02.06.2026
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

01.06.2026
DO WYNAJĘCIA LOKAL HANDLOWO - USŁUGOWO - BIUROWY o...

01.06.2026
SZCZENIAKI BORDER COLLIE RASOWE. 791 669 932.

29.05.2026
RESTAURACJA CZERWONE KORALE Zakopane, ul. Zamoyski...

25.05.2026
ZATRUDNIMY W KARCZMIE oraz W BARZE MLECZNYM: KUCHA...

22.05.2026
RESTAURACJA REGIONALNA w Zakopanem zatrudni KUCHAR...

12.05.2026
Sprzedam lub wynajmę BUDYNEK HANDLOWO-USŁUGOWY 500...

28.04.2026
WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 69...

23.04.2026
PROVIDENT. 571 240 909.

17.04.2026
OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. ...

07.04.2026
Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY...

07.04.2026
NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: ...
0 0
Bylem gornikiem , mialem kumpli marynarzy , mieli kupe kasy (w dolarach tez) a ja kilkutysieczna pensje.Te G sklepy to byly g....ne w porownaniu do waszej Baltony,.W tych gorniczych mozna bylo kupic kielbase , takie to dobra oferowali .Oni wtedy narzekali tylko na czarne brygady.Lata to byly 80 i 90 te.
0 0
@brt - Pan miał kumpli marynarzy, więc Pan wie, że "mieli kupę kasy w dolarach też"...
Tylko, gdyby Pan przez 6 miesięcy nie wydawał tej kilkutysięcznej pensji, to też wyjeżdżając na wczasy miałby pan te kilka tysięcy razy np. 6. Na miesiąc urlopu, no, powiedzmy z tzw. dniami wolnymi (za niedziele i święta w morzu, nie przy nabrzeżu w obcym porcie) nawet dwa miesiące. Pensja razy 6 - "kupa forsy" zapewne...
Baltona - miała takie same towary jak Pewex. Jeansy, wtedy w Polsce luksusowe alkohole, kosmetyki. Szynkę "Krakus" w puszkach - nie zawsze. Papierosy "amerykany".
Nie było w niej kolorowych telewizorów, pralek automatycznych, lodówek, dywanów itp. dostępnych w sklepach gdzie robiono zakupy z kartą "G" towarów.
Jeżeli marynarze mieli, jak Pan to określa "kupę kasy w dolarach też", to albo im "wyszedł" marynarski biznes, albo za granicą w długim rejsie nie wydawali dodatku dewizowego co wiązało się z siedzeniem na statku "non stop" albo z zabieraniem ze sobą na wycieczkę w obcym porcie własnej wody mineralnej by nie wydać tego dolara.
A po powrocie do Gdyni dostawali w bonach baltonowskich te 150 dni razy np. 1,10 dolara (dodatek dewizowy za dzień w morzu na długiej lini) czyli te 165 dolarów. Za pół roku (bez tych kilku dni) rejsu - rzeczywiście "kupa dewiz"...
Marynarz mógł oczywiście w ostatnim porcie przed Gdynią, np. w Hamburgu wziąć od ochmistrza cały dodatek w niemieckich markach, nie wydać ani feniga i całość przywieźć do Polski. Ale ryzykował, że mu to skonfiskują jeżeli starał się wynieść na ląd bez zgłoszenia wwożenia dewiz. Mógł też zgłosić, że wwozi, ale to też się wiązało z różnymi opłatami (o "wywiadach" w SB nie wspominając).
Jest jeszcze jedna różnica między marynarzem a tymi, co pracowali na lądzie czy nawet pod ziemią...
Oczywiście na korzyść dla marynarza :)
Marynarz nie wracał po 8 godzinnym "fedrowaniu" do domu, nie szedł w niedzielę do kościoła a później z kumplami na piwo czy z rodziną na spacer.
On się w noce bawił a we dnie w hamaku spał...
0 0
Panie Miloszu !Nie wiem skad moi kumple mieli domy na Oksywiu , Wzgorzach Nowotki , Babich Dolach , mieszkania w blokach , urzadzone i wyposazone we wszystko co bylo mozliwe na owe czasy .Ja tez musialem wydawac pieniadze , mieszkania nie mialem tak wspaniale wyposazonego .Chcialem zapytac czy byl Pan w tych sklepach G tak wspaniale zaopatrzonych i czy pan je widzial ?Czy byl Pan kiedys w kopalni ? Ja tych sklepow G z takim wyposazeniem nie widzialem , widzialem Baltonowskie bo tam moglem cos kupic dzieki odkupionym bonom od kumpli .Nikt z nich nie narzekal na prace, a staus spoleczny mieli b.wysoki .W owych czasach, byla to elita owczesnej Polski .Dzisiaj , juz niedlugo przed emerytura musza jezdzic do Hamburga i innych portach po swiecie aby zamustrowac na statek .Sluch o polskich marynarzach i armatorach zaginal , co jest b. przykre , pozostaly tylko wspomnienia.Dzisiaj musze im wspolczuc a nie zazdroscic ze nie zostalem marynarzem .Zawsze jest cos za cos .Wydaje mi sie ze cecha wspolna tych zawodow jest to , ze jedni gina pod ziemia a drudzy na morzu.Poza tym jakie to wszystko ma dzisiaj znaczenie . Za karawanem nie jedzie ciezarowka z tymi dobrami .Jezeli Pana czyms urazilem,przepraszam ,nie zazdroscmy sobie bo mlodziencami juz nie jestesmy.SerdeczniePana pozdrawiam i dziekuje za odpowiedz.
0 0
a czy ja mam dopisac , jak upokarzajace zycie mieli ci co ani na morzu, ani w kopalni ani w partii nie byli??
ehhh, Panowie .. w .. sie poprzewracało :P
0 0
@uorczyk - jak się nie ma co się lubi
to nie lubi się też tego
co się ma...
0 0
p. Sowa-wole pierwsza wersje tego powiedzenia .- pierwszy telewizor mialem wlasnie z G, sklepu , nawet kolorowy -znaczy w dwoch kolorach ,ale w pelnej gamie.
0 0
Panowie spieracie się który sklep był lepszy Baltona czy G.
Tego nie wiem ?ale wiem, że Wasze żony, czy partnerki wiedzą, jak szastały kasą,?
W 'tamtych" czasach wcale nie musiały pracować, nie chciały i nie miały potrzeby, bo zawsze musiały być "wypoczęte" i pachnące, jak mąż wróci z szychty, albo rejsu :):):)
0 0
Fibi - Baltony nie znalem , a sklep G. z opowiesci , ale faktem jest ,ze kuzyn kupil mi telewizor (za moje) ,bo pracowal pod ziemia ..
0 0
Jeżeli chodzi o m/s Lucjan Szenwald to zapraszam na polishseaman.blogspot.pl
Mam tam opisane akcje ratunkowe. Może brałeś w nich udział?
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz