- Nie ma dnia, żebym nie miała wyrzutów sumienia, że zgubiłam dziecko. Zrobię wszystko, żeby go odzyskać - mówi Marzena.
Historię 10-letniego chłopca, którego w sierpniu tego lata przyprowadzili bezdomni na komendę policji w Zakopanem, wszyscy znają dzięki mediom. - Tyle nieprawdy napisano wtedy o mnie, nie mogłam sobie z tym poradzić. Dlaczego nikt nie pofatygował się, żeby mnie odnaleźć, zapytać, jak było naprawdę - mówi ściszonym głosem. - Najłatwiej jest oceniać - dodaje. - Mówią: "Zanim osądzisz mnie i moje życie, włóż moje buty, przejdź ścieżki życia, które ja przeszłam" - cytuje.
Marzena od sierpnia mieszka w Zakopanem. Została tutaj, żeby być blisko syna, który trafił do zakopiańskiego domu dziecka Tatrogród. Wynajęła pokój w Kościelisku. Pracuje w firmie sprzątającej. Odwiedza syna, może go nawet zabierać do siebie, tylko na noc dziecko musi wracać do Tatrogrodu. Marzy, żeby Damian kiedyś mógł znowu zasnąć przy niej. - Zawiodłam go ten jeden jedyny raz - powtarza.
Ojciec mnie katowałWraca nie tylko do sierpniowych wydarzeń, opowiada swoje całe życie, które nie było usłane różami. Wychowała się w domu dziecka w Łodzi. Matki nie znała, ojciec był alkoholikiem. Kiedy była w piątej klasie, sąd orzekł, że może wrócić do ojca. - To był koszmar. Ojciec pił, bił mnie, czym popadnie - wspomina. Wytrzymała dwa, może trzy miesiące. Wróciła do domu dziecka.
Czasem dostawała przepustkę, ale każda wizyta w domu była traumą. - Ojciec był katem nie tylko dla mnie, ale także dla swoich rodziców - podkreśla. Znęcał się strasznie nad jej babcią i dziadkiem. Wspomina, jak kiedyś, będąc na przepustce, dostała od dziadka pieniądze na lody. Gdy wróciła, dziadek już nie żył. Ojciec go tak pobił. Sam też nie żył o wiele dłużej. Zapił się na śmierć. - Po tym, co przeszłam z ojcem, wyniosłam jedną lekcje. Postanowiłam, że nigdy nie podniosę na własne dziecko ręki - mówi.
Życie na LimanceGdy skończyła 18 lat, opuściła dom dziecka. Przeniosła się do mieszkania komunalnego po ojcu. Nie miała pracy, nie znała życia, nie radziła sobie. Gdy zamieniła mieszkanie na inne, wpadła w złe towarzystwo. - Zamieszkałam na najgorszej ulicy w Łodzi, zwanej "Limanką" - mówi o ul. Limanowskiej. Zaczęły się narkotyki, kradzieże. Amfetamina, pigułki, marihuana - wymienia. Za handel narkotykami trafiła na 3,5 roku do więzienia. - Swoje narozrabiałam, nie byłam święta, ale z tymi narkotykami mnie wrobiono. Brałam, ale nie handlowałam - przekonuje.
Jej życie zmienił Monar - ośrodek dla osób uzależnionych założony przez Marka Kotańskiego. Przestała brać narkotyki. - Jestem czysta od 13 lat - podkreśla. - Ale narkomanem nie przestaje się być nigdy. Trzeba się pilnować, wiem, że gdybym wzięła narkotyk, to byłoby już po mnie i po moim synu - podkreśla.
W ośrodku spędziła 14 miesięcy. Tam poznała Piotra, z którym zamieszkała. Wynajmowali mieszkanie przez dwa miesiące. Zaszła z nim w ciążę. Wtedy Piotr ją zostawił. Znowu trafiła do Monaru, już nie na leczenie, ale do hostelu, w którym mieszkają osoby po leczeniu. To takie miejsce, które byłym narkomanom pomaga stanąć na własne nogi. Urodziła syna. Zaczęła pracować jako ekspedientka. To była pierwsza praca w jej życiu. - Damian zna swojego ojca tylko ze zdjęcia, nigdy się z nami nie skontaktował - podkreśla Marzena. Po roku trafiła z synem do kolejnego ośrodka Monaru - do domu dla rezydentów. - Uczyłam się życia. Nigdy nie żyłam wcześniej normalnie, nie byłam samodzielna. Nie miałam wpojonych wartości, wzorców - podkreśla.
Z miejsca na miejsceKolejny przystanek na jej drodze to Sieradz. Tam dostała mieszkanie socjalne. - Poszłam do samego prezydenta miasta, pomógł mi - podkreśla. Mieszkała tak dwa lata.
Wtedy poznała Artura. - Obiecywał lepsze życie. Pracował, wynajął mieszkanie dla nas - opowiada. Zamieszkali razem w Brzezinie. Żyli razem do momentu, kiedy Artur potrącił człowieka ze skutkiem śmiertelnym. Trafił do więzienia.
Marzena wróciła z synem do Łodzi. Przygarnęła ją przyszywana ciotka, której syn był narkomanem. - Pomagałam jej w umieszczeniu go w Monarze. Gdy wyszedł z ośrodka, ciotka prosiła, żeby z nim zamieszkać. Miałam się nim opiekować, pilnować, a w zamian miałam mieszkanie - opowiada. Znalazła pracę w firmie sprzątającej. - Marcin przestał brać narkotyki, ale zaczął pić. Był alkoholikiem. Życie w tym mieszkaniu było dla mnie i syna coraz trudniejsze - opowiada. - Wiedziałam, że muszę się stamtąd wynieść, ale nie miałam pomysłu gdzie - tłumaczy.
Traumatyczne wakacjeW sierpniu zeszłego roku zabrała syna na kilkudniowe wakacje do Krakowa, żeby skorzystać z bonu turystycznego. Wynajęła pokój na cztery noce. Potem jeszcze postanowiła wpaść do Zakopanego. Pokój znalazła w pobliskiej wiosce.
Feralnego dnia zabrała Damiana do Zakopanego. - Poznałam bezdomną dziewczynę, zaczęłyśmy rozmawiać. Opowiedziałam jej swoje życie, ona mnie swoje. Zaprosiła nas do domu, gdzie mieszkała z innymi bezdomnymi - opowiada. - To byli normalni ludzie, nie alkoholicy - podkreśla. Ludzie łatwo oceniają innych. Myślą, że jak ktoś jest bezdomny, to już jest jakaś patologia, margines społeczny. Bezdomnymi są bardzo różni ludzie, z różnych powodów - mówi. - Nie piliśmy tam alkoholu - przekonuje.
Twierdzi, że Damiana zostawiła, bo poszła zrobić zakupy. - Miałam wrócić za chwilę, ale pobłądziłam. Te pustostany wszystkie wyglądają tak samo. Wpadłam w panikę - wspomina traumatyczne wydarzenia sprzed prawie pół roku. Zapłakaną matką zainteresowała się para, która szła z siatką piw. - Usiedli ze mną. Poczęstowali piwem. Zaczęli ze mną szukać Damiana po mieście - wspomina. Chodzili po różnych miejscach, pustostanach, nawet po starym szpitalu. - Z tej rozpaczy, że zgubiłam dziecko, wypiłam aż cztery piwa. Nigdy wcześniej nie zgubiłam syna, nie zostawiłam. Zawsze był ze mną. Nie wiedziałam, co mam robić - opowiada.
W końcu poszła na policję zgłosić zaginięcie. - Policjanci bardzo źle mnie potraktowali, krzyczeli na mnie, trzymali na dołku dwa dni. Nie powiedzieli od razu, że Damian się odnalazł, że przyprowadzili go bezdomni. Dopiero po pięciu albo sześciu godzinach usłyszałam, że jest cały i zdrowy. Umierałam ze strachu o niego - podkreśla. Chłopiec został umieszczony w zakopiańskim domu dziecka. Gdy policja ją wypuściła, od razu tam poszła. Damian nie chciał z nią rozmawiać, był na nią obrażony. - Słusznie, bo strasznie zawaliłam - mówi. Dopiero kolejnego dnia się spotkali.
W Zakopanem spotkałam dobrych ludziMarzena pierwsze dwie noce spędziła w noclegowni. Jednocześnie zaczęła szukać pracy, chodziła od pensjonatu do pensjonatu. Małżeństwo z Chłabówki, które wynajmowało pokoje turystom, pozwoliło jej mieszkać za sprzątanie. Oprócz tego sprzątała w innym pensjonacie. - Nie mogłam wyjechać z Zakopanego. Chciałam być blisko syna - tłumaczy.
Dziś pracuje w firmie sprzątającej. Ma 25 zł za godzinę. Wynajmuje pokój w Kościelisku. Damiana odwiedza systematycznie, z czasem dyrektorka pozwoliła jej zabierać syna do siebie. W normalne dni może być z nim do godz. 20, w niedziele do 18. Nie może tylko zostawać u niej na noc. - Gdyby mógł, bylibyśmy bardzo szczęśliwi i byłoby mi łatwiej - podkreśla.
Twierdzi, że na Podhalu spotkała bardzo dobrych ludzi. - Moja szefowa bardzo mi pomaga, mam też świetne koleżanki w pracy. Trafiłam na złotych ludzi - mówi. - Nie jestem sama. Jak mi braknie na jedzenie, mogę liczyć na pomoc koleżanek, dostałam od nich ciuchy - wymienia. Mówi, że zapisała się na kurs dla rodziców w Ośrodku Interwencji Kryzysowej, żeby po opuszczeniu domu dziecka przez Damiana być dla niego lepszą matką. Przyznaje, że brakuje jej indywidualnej terapii dla osób uzależnionych. - Ale takiej pogłębionej. Po Monarze wiem, jak nazywać uczucia, potrafię poprosić o pomoc. Nie radzę sobie teraz głównie z wyrzutami sumienia przez to, że syn trafił do domu dziecka, że tak zawaliłam - mówi.
Liczy, że w kwietniu Damian wróci do niej. Musi jednak mieć stałe zatrudnienie i mieszkanie. To pierwsze obiecała jej szefowa, gorzej z mieszkaniem. Szuka taniej kawalerki. - A może ktoś starszy potrzebuje opieki, ogarnięcia mieszkania i da mi za to kąt. Tak, żebym dalej mogła pracować w firmie sprzątającej - mówi.
Nie chce już wyjeżdżać z Podhala. - Damian na początku nienawidził Zakopanego. Teraz już chce tu zostać. Ma dobrych kolegów w szkole, w domu dziecka też trafił na fajnych starszych chłopaków, którzy się nim opiekują. - Lubią go - podkreśla Marzena. Przekonuje, że Damian jednak bardzo chce być już z matką. - Mamy tylko siebie, jesteśmy bardzo związani ze sobą - tłumaczy. Ma nadzieję, że sąd da jej drugą szansę. - Po urodzeniu Damiana nigdy nie miałam kuratora, nie korzystałam z pomocy społecznej, radziłam sobie. Syn nie widział mnie nigdy pijanej. Zawiodłam ten jeden jedyny raz - powtarza. - Wzięłam alkohol do ust pierwszy raz po dziewięciu latach przerwy. Wiem, że nie mogę tego już zrobić - podkreśla.
Kiedyś wezmę syna na nartyWierzy, że to właśnie Podhale da jej szanse na lepsze życie. Tu łatwiej o pracę i zarobki są większe. - Mam nadzieję, że nam się uda, że dam synowi jakąś normalność. Marzy, żeby nauczyć go jeździć na nartach i pochodzić z nim po muzeach, poznać Zakopane. Na razie wzięła go tylko do Myszogrodu. - Damian to bardzo wrażliwy chłopak, bardzo czuły. Nie przejdzie obojętnie koło czyjejś krzywdy - opowiada o nim. Podkreśla z dumą, że interesuje się II wojną światową, ma sporą wiedzę na ten temat. - Będzie dobrze - powtarza, jakby sama chciała siebie o tym przekonać.
- Różne rzeczy czytałam o sobie po tym, jak zgubiłam syna w Zakopanem. Nawet to, że przywiozłam go tutaj, żeby go porzucić. Stek bzdur, ale bardzo to przeżywałam, nie mogłam sobie z tym poradzić. Myślałam nawet przez chwilę, żeby uciec z Damianem za granicę. Damian też na początku chciał z domu dziecka uciec. Wytłumaczyłam mu, że to by tylko pogorszyło naszą sytuację w sądzie. Przetrwamy to i będziemy razem - mówi. Przyznaje, że długo wydawało jej się, że każdy, kto patrzy na nią na ulicy, wie, że to ona jest tą wyrodną matką, która zgubiła syna.
Beata Zalot
Imiona matki i syna zostały zmienione
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz