Ośmiu śmiałków pokonało wodospad Yumbilla Falls w Peru. W swojej kolekcji mają cztery z dziesięciu najwyższych wodospadów świata. W ekipie OSHEE Slide Challenge jest dwóch mieszkańców Podhala.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"109217"}
- Mnie najbardziej w tym projekcie ekscytuje poszukiwanie miejsc, w których człowiek jeszcze nie stanął. W czasie tej wyprawy miałem graniczące z pewnością przeczucie, że w takich miejscach się znalazłem - mówi Jan Wierzejski, filmowiec z Zakopanego, który w projekcie pełni rolę dokumentalisty i fotografa. Co prawda, gdy polska ekipa dojechała na miejsce do Peru, okazało się, że wodospad ten nie jest już "dziewiczy", został w 2019 roku pokonany przez hiszpańską ekipę, ale teren jest na tyle rozległy, że Polacy i tak przebywali w miejscach, w których nikogo wcześniej nie było. - Byliśmy w tak niedostępnych okolicach, można powiedzieć wręcz absurdalnych z turystycznego punktu widzenia, w których z pewnością nie przebywał żaden turysta ani lokalny mieszkaniec - dodaje Wierzejski.
Cały projekt nosi nazwę OSHEE Slide Challenge. Polacy chcą zjechać z dziesięciu największych wodospadów świata. Pokonali już cztery w: Wenezueli, Norwegii i RPA. W skład zespołu, który podjął się wyzwania, wchodzą: Dariusz Pachut, Dimitri Wika, Kuba Poburka (również zakopiańczyk, ratownik TOPR, uczestnik wielu wypraw w Karakorum czy w Himalaje), Jan Wierzejski, Miłosz Forczek, Wojciech Kozakiewicz i Tomasz Grodzicki. Pomysłodawcą eksploracji wodospadów jest Dariusz Pachut.
Wioska w środku dżungliW czerwcu ekipa dotarła do małej miejscowości Quispe położonej wysoko w górach, na wysokości 1800 metrów n.p.m., w regionie Amazonas w północnym Peru. Mieszkańcy wioski - najwyżej 300 tubylców - przywitali przybyszów bardzo serdecznie. Tam polska ekipa założyła bazę, z której zaczęli rozpoznawać teren. - Dzisiejsze czasy nacechowane są tym, że każda wyprawa musi być "naj". Nam, oprócz tego, że chcemy zdobyć Koronę Wodospadów Ziemi, zależy na logistyce projektu, na spotkaniach z "lokalsami", poznawaniu tak niedostępnych, ciekawych przyrodniczo miejsc - zaznacza Jan Wierzejski.
Pierwsze dni w wiosce upłynęły śmiałkom na rekonesansie. Niestety, padał deszcz. Dotarcie do początku zjazdu z wodospadu zajęło im kilka godzin. Trzeba było z maczetami przedzierać się przez dżunglę. Lokalni przewodnicy na skutek małego nieporozumienia zaprowadzili polską ekipę nie na szczyt wodospadu, który zaczynał się w jaskini, a nieco niżej. - Nie dogadaliśmy się z "lokalsami", którzy opowiadali nam o niesamowitej jaskini, ale nie wytłumaczyli, że to właśnie w niej zaczyna się wodospad. Z tego powodu zaczęliśmy zjazd nieco niżej - mówi Kuba Poburka, ratownik TOPR, drugi z mieszkańców Podhala, który bierze udział w wyprawie.
Pierwsze słowa, jakie cisnęły im się na usta, gdy rozpoczynali zjazd, to "niewiarygodna dzicz". Znaleźli tylko kilka śladów obecności Hiszpanów, poza tym był to zupełnie dziewiczy teren. Dżungla kojarzy nam się z różnorodną fauną. Tam oprócz ptaków i małych pająków nie spotkali żadnych zwierząt.
On najbardziej ryzykuje- Początkowo zjazd prowadziłem ja z Dymitrim. Później ta nasza gąsienica, jak ją nazywamy, zmieniała się. Janek z Wojtkiem zjeżdżali zaraz po nas, żeby zrobić piękne zdjęcia. Zjazd zamykał Miłosz, świetny speleolog, który ma doskonale opanowane wszystkie techniki jaskiniowe. On zjeżdża ostatni, zazwyczaj na jednej linie, i można powiedzieć, że najbardziej ryzykuje - relacjonuje Kuba Poburka.
Cała grupa w czasie zjazdu rozciąga się. Trzeba podawać sobie liny, które mają od 80 do nawet 200 metrów długości. Przy opadach deszczu, w wodzie z wodospadu, jak namokną, zaczynają się one robić bardzo ciężkie.
- W tych wodospadach, które zrobiliśmy wcześniej, były bardzo długie kaskady, sięgające nawet kilometra. Tam wejście do wody oznaczałoby po prostu upadek w dół, z taką siłą spada w nich woda. W przypadku Yumbilla Falls tych kaskad jest więcej, co pozwala na wprowadzenie zjazdu, jakiego doświadczamy, uprawiając canyoning. Po prostu częściej wchodziliśmy do wody - wspomina Wierzejski.
Na tę wyprawę śmiałkowie zmienili kombinezony na tzw."suchary". Sprawdziły się one doskonale, ale i tak start na wysokości 3000 metrów w deszczu i wodzie z wodospadu sprawiał, że pod koniec każdego dnia odczuwali przeraźliwy chłód. Na niesamowitych zdjęciach i filmach widać, jak wchodzili do wody spływającej z wysokich kaskad. - Gdy zanurzamy się w wodospadzie i ściągamy pierwszą linę, to nie ma już odwrotu. Jedyna droga powrotna to zejście w dół i zrealizowanie planu. Nie ma tam służb ratunkowych. Nie zadzwonimy do TOPR-u po pomoc - dodaje Wierzejski.
Wiadrem wody w twarz
W czasie pokonywania peruwiańskiego wodospadu zdarzały się zjazdy zupełnie bez kontaktu ze ścianą. Woda odbijała się od skał. Chwilami pokonujący wodospad dostawali w twarz wiadrem wody zrzuconej z wysokości 100 metrów.
W pierwszym dniu pokonali jedną trzecią wodospadu. Po paru kolejnych dniach oczekiwania na lepszą pogodę, na zrobienie kolejnej części, zaatakowali ponownie. Wrócili do miejsca, gdzie skończyli zjazd. Druga część Yumbilla Falls była niezwykle ekscytująca. Zdarzały się zjazdy bez kontaktu ze ścianą, śmiałkowie stali na skalnej półce przypominającej sufit i z niej zaczynali kolejny odcinek. W pewnym momencie wyszło w końcu słońce i przy wodospadzie zaczęła się tworzyć tęcza. W dwa dni udało się zjechać do podstawy Yumbilla Falls. Został jednak mały fragment na samej górze, pominięty na początku. Musieli więc wspiąć się ponownie na 3000 metrów.
- W wiosce natrafiliśmy na "szamana", jak określali go tubylcy. Zaprosił nas do domu i uraczył wieloma historiami na temat wodospadu i jaskini, w której się zaczyna. Znalazł w niej miskę. Miała ona pochodzić sprzed tysiąca lat. Jak twierdził, w tej jaskini, którą zbadano do kilometra w głąb, istniało wtedy małe miasteczko. Dopiero później ludzie przenieśli się na dół - relacjonuje Wierzejski.
Bajkowe miejsce z filmówDotarcie do jaskini poprzedziło znowu pięciogodzinne przechodzenie przez dżunglę, a zjazdu trzeba było dokonywać dosłownie z maczetą w ręku. - Byliśmy tam w kanionie, który przypominał magiczne miejsce z filmów Walta Disneya. To była jedna z najładniejszych okolic, w jakich byłem w życiu. Do tego dochodziła nuta tajemniczości stworzona po opowieściach szamana. Jesteśmy trochę wychowani na filmach Indiana Jones i czuliśmy się jak bohaterowie kolejnego filmu z tej serii - dodaje Wierzejski.
Lista dziesięciu najwyższych wodospadów zmienia się. Jeszcze rok temu wydawało się, że ekipa poleci również do Kanady i Nowej Zelandii, ale po nowych pomiarach znajdujące się tam wodospady wypadły z pierwszej dziesiątki. Na ich miejsce wskoczyły wodospady w Europie, w Szwajcarii i Norwegii. W przyszłym roku ekipa zamierza wrócić do Peru. Tam czeka ich jeszcze większe wyzwanie - wodospad "Tres hermanas" - Trzy siostry". Znajduje się on w jeszcze bardziej niedostępnym miejscu, w dżungli, gdzie nie ma już wioski i szamana, który wskaże drogę do bajkowej jaskini.
Paweł Pełka
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz