Jesteśmy traktowani jak złodzieje lub żebracy – twierdzą ci, którzy ubiegają się w Zakopanem o pieniądze z kiesy miejskiej na realizację projektów kulturalnych.
Podejrzewają, że szukanie haków przez urzędników przy rozliczaniu projektów służy temu, by do wydziału kultury wróciło jak najwięcej pieniędzy, z których nikt się już nie musi rozliczać.
Na początku każdego roku Zakopane ogłasza konkurs, w którym ze swoimi kulturalnymi projektami mogą startować różne stowarzyszenia, fundacje, parafie. Jedni ubiegają się o pieniądze na zorganizowanie festynu, koncertu, posiadów czy warsztatów, inni o dofinansowanie ogromnych kulturalnych przedsięwzięć, jak choćby jesiennego Festiwalu Muzyki na Szczytach, którego budżet opiewał ostatnio na 500 tys. zł.
W zeszłym roku miasto miało do rozdysponowania 260 tys. zł (uczestnicy konkursu ubiegali się o ponad milion zł). W tym roku do rozdzielenia jest tylko 100 tys. zł
Tych, którzy ubiegają się o pieniądze, najbardziej boli nie sama wysokość kwoty, ale to, jak traktowani są przez urzędników. – Wszyscy ci, którzy zajmują się kulturą, to pasjonaci i wariaci. Tymczasem miasto, zamiast cieszyć się z ich istnienia i z tego, co robią, rzuca im kłody pod nogi – twierdzi Marcin Rząsa, który wraz z żoną Magdą założył Fundację im. Antoniego Rząsy i prowadzi galerię rzeźby. – W zeszłym roku postanowiliśmy już nie ubiegać się o żadne pieniądze z miasta, bo ilość energii, jaką traciliśmy, była zbyt duża. Zrezygnowaliśmy też z przyznanych już w konkursie 5 tys. zł. W zakopiańskim urzędzie rządzi księgowa. Ci, którzy ubiegają się o pieniądze na kulturę, są traktowani jak żebracy lub złodzieje. Urzędnicy powinni pomagać takim jak my. Burmistrz powinien wstrząsnąć swoimi podwładnymi i wytłumaczyć, że obywatel jest ważniejszy od procedur, że jak ktoś chce coś pożytecznego dla miasta zrobić, trzeba mu pomóc.
Niemile kontakt z Zakopanem wspomina dyrektor Orkiestry Akademii Bethovenowskiej. Krakowscy muzycy (70 osób) pod dyrekcją Michała Klauzy wystąpili w czerwcu ubiegłego roku, podczas Dni Zakopanego. Koncert kosztował ponad 73 tys. zł, zwrócili się do miasta o wsparcie w kwocie 55 tys. zł, przyznano im 6.205 zł. Chcieli więc dokonać korekty kosztorysu, obniżając udział własny. – Standardowo w regulaminach większości otwartych konkursów na wykonanie zadań w zakresie kultury w przypadku przyznania dotacji niższej niż wnioskowana, dopuszcza się możliwość proporcjonalnego obniżenia wkładu własnego oferenta, przy zachowaniu proporcji określających udział wkładu własnego w całości kosztów zadania. Wg procedur zakopiańskich takiej możliwości nie ma – twierdzi Marcin Klejdysz, dyrektor generalny OAB. Jego zdaniem procedury rozliczeniowe w Zakopanem uniemożliwiłyby poprawne rozliczenie dotacji u pozostałych podmiotów finansujących, w tym przypadku ponad 90% całości kosztów zadania. Dlatego orkiestra zrezygnowała z tych pieniędzy, znalazła sponsorów i koncert się ostatecznie odbył.
– Realizowaliśmy w zeszłym roku kilka ogromnych projektów samorządowych i ministerialnych na produkcje koncertów w kraju i za granicą, których budżet niejednokrotnie osiągał rozmiary od 0,6 do 1 mln zł, a rozliczenie tych środków było o wiele łatwiejsze, niż rozliczenie 6,2 tys. zł w zakopiańskim urzędzie – twierdzi Marcin Klejdysz, dyrektor generalny Orkiestry Akademii Bethovenowskiej. Dodaje, że w Zakopanem, mimo obietnic, nie było wystarczającej jak na możliwości miasta promocji ich koncertu, informacja była skorygowana flamastrem na plakatach, wśród innych wydarzeń Dni Zakopanego. Na koncert przyszło kilkanaście osób.
Zupełnie inaczej traktowani byli w Nowym Targu. Nie dość, że na podobne przedsięwzięcie dostali w stolicy Podhala kwotę dwukrotnie większą, tamtejszy urząd nagłośnił w całym mieście wydarzenie, sala była wypełniona po brzegi. Koncertowi towarzyszyła zupełnie inna niż w Zakopanem atmosfera.
Danuta Sztencel, prezes Stowarzyszenia im. Mieczysława Karłowicza, organizuje Festiwal Muzyka na Szczytach. Zeszłoroczny festiwal miał kosztować 700 tys. zł, miasto prosiła o 150 tys. zł. Dostała 25 tys. zł. – Z powodu powodzi wycofało się 2 poważnych sponsorów. Musiałam zrezygnować z kilku pomysłów, zaktualizować kosztorys i zamknąć budżet festiwalu w 500 tys. zł. Dowiedziałam się, że skoro zmniejszyłam budżet imprezy, to oni zamiast 25 tys. zł dadzą mi 10 tys. zł, bo ja ich oszukałam – opowiada. – Festiwal się rozpoczął, a ja jeszcze nie miałam podpisanej z miastem umowy – wspomina. – Uparłam się, że nie oddam im nic z tych 25 tys. zł, które wcześniej mi przyznali, ale kosztowało mnie to wiele – mówi. – 100 tys. zł z ministerstwa rozliczyłam jednym pismem, a tu, w Zakopanem, straciłam 4 dni, by rozliczyć się z tych 25 tys. zł. Codziennie po 2 godziny siedziałam w urzędzie u księgowej – opowiada. – Byłam traktowana, jakbym coś miastu chciała ukraść – dodaje. Twierdzi, że zakopiańscy urzędnicy zasłaniają się przepisami, ale nie do końca sami je znają, a regulamin konkursu nie jest precyzyjnie określony i pozwala urzędnikom na własną interpretację. – Generalnie zakopiańscy urzędnicy nie są zainteresowani tym, żeby pomóc, a ich energia skupia się na tym, by przyznane wcześniej pieniądze ludziom odebrać – twierdzi.
Barbara Gagnon przyjechała do Zakopanego w 2005 roku z wielkimi planami. W piwnicach swojego pensjonatu otworzyła klub muzyczny „a love supreme”. Już na pierwszy koncert ściągnęła do Zakopanego z USA Benniego Maupina, legendę amerykańskiego jazzu. Do maleńkiego klubu przy ul. Za Strugiem przyjeżdżali artyści z krajów skandynawskich, z Europy Zachodniej, USA. Wybitni polscy muzycy. I liga w jazzie. Barbara Gagnon przez pierwsze 2 lata zrobiła ponad 50 koncertów. – To było spełnienie moich marzeń, zarabiałam na pensjonacie, a wydawałam pieniądze na klub – opowiada.
Żeby móc starać się o dofinansowanie swoich imprez z miejskiej kasy, w styczniu 2008 roku założyła fundację. W tym samym roku dzięki jej kontaktom w Zakopanem w ramach „Wiosny Jazzowej” odbyła się prapremiera światowa płyty Maupina „Early Reflections”. Jak twierdzi – Biuro Promocji (organizator koncertu) obiecało na imprezę 10 tys. zł. 3 dni przed koncertem obniżyło kwotę do 7,5 tys. zł – miało z tego starczyć na bilet muzyka z USA i honoraria dla wszystkich artystów. Miasto zapomniało też o promocji wydarzenia, dlatego pani Barbara sama z Bennym Maupinem dwa dni przed koncertem chodziła po mieście i doklejała na plakatach nadruk z informacją o premierze. Nie zraziło jej to.
Miała głowę pełną pomysłów. Rok później pierwszy raz (i ostatni) wystartowała w konkursie ogłoszonym przez wydział kultury. Zgłosiła aż 8 projektów, komisja postanowiła dofinansować jeden z nich – cykl 4 koncertów jazzowych z udziałem zagranicznych artystów. Mimo że impreza odbyła się, zorganizowała 4 zamiast 5 koncertów, wypłaciła muzykom, na co ma dowody, miasto zażądało zwrócenia przyznanych jej 8 tys. zł. – Projekt opiewał na 20 tys. zł, z czego miasto prosiłam o 16 tys. zł. Dostałam tylko 8 tys. zł, ale miasto żądało, by koszty imprezy pozostały takie same. O tym, że muszę zmienić w ten sposób kosztorys, dowiedziałam się w dniu koncertu. Byłam postawiona pod ścianą. Miałam już muzyków ze Skandynawii w domu. Umowę z miastem podpisałam kilka godzin przed koncertem. Pieniądze dostałam po. Wpłaciłam artystom z własnej kieszeni – opowiada.
Twierdzi, że Joanna Staszak, szefowa wydziału kultury, była dla niej bardzo miła i przyjazna, Barbara radziła się jej w każdej sprawie. Od niej – jak podkreśla – usłyszała, że ma się rozliczać tylko z pieniędzy, które dostanie z miasta, że nie musi podpisywać umowy z każdym muzykiem, tylko z liderem. Potem księgowa UM wszystko to wytknęła jej jako błędy. – Słyszałam legendy o rozliczaniu się z dotacji w mieście, że to droga przez mękę. Że wyszukują każdego pretekstu, żeby coś obciąć – opowiada. – Nie znam się na księgowości, rzeczywiście zrobiłam błąd, ale nie przypuszczałam, że takie będą konsekwencje – mówi.
Po złożeniu pierwszego protokołu otrzymała nakaz zwrotu 3 tys. zł. Jej sprawozdanie z koncertów zostało odrzucone z powodu błędu księgowego. Zapłaciła muzykom gotówkę, a potem przelała taką kwotę z konta fundacji na swoje konto, a to okazało się niedopuszczalne. – Mam umowy z artystami i rachunki potwierdzające odbiór pieniędzy, więc liczyłam, że po wyjaśnieniach nie będzie problemu – mówi. Znajoma księgowa uspakajała ją, że są to tylko błędy formalne.
Gagnon poprosiła o przedłużenie czasu rozliczenia do końca września. Twierdzi, że odtworzyła dokumentację wraz z opisem. Wtedy dostała nakaz zwrotu całych 8 tys. zł wraz z odsetkami. – Fakt, że miałam bałagan w papierach, ale złodziejem nie jestem. Przez 5 lat wspierałam kulturę w Zakopanem. Organizowałam imprezy, dawałam muzykom noclegi i jedzenie, a zostałam potraktowana przez miasto jakbym była kryminalistką. Podczas jednej z rozmów usłyszałam od jednej z pań w wydziale finansowym: „Skąd ja wiem, że pani nie dostała tych pieniędzy od sponsorów, a pieniądze od nas włożyła do kieszeni?”. Słysząc takie oszczerstwa wyszłam z urzędu i się rozpłakałam.
Twierdzi, że nie ma możliwości zwrotu tych pieniędzy. Ma problemy z utrzymaniem pensjonatu. – Kiedyś chciało mi się rano wstawać, żyłam kolejnymi koncertami. Od półtora roku żyję w nieustannym stresie. Każdy polecony list wzbudza we mnie przerażenie. Czekam, aż zapuka do mnie komornik. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieszkać w Zakopanem – w tym niezwykłym mieście, o takich tradycjach kulturalnych. Byłam szczęśliwa, że i ja mogę dla tego miasta coś robić. Dziś zastanawiam się, czy stąd nie wyjechać – mówi ze smutkiem.
Podkreśla, że w Urzędzie Miasta w Bielsku-Białej czy we Wrocławiu są specjalni ludzie do wspierania organizacji pozarządowych, radzenia im przy pisaniu takich wniosków, prowadzeniu dokumentacji. – Dlaczego w Zakopanem tak nie jest? – pyta retorycznie.
Na to pytanie odpowiada inna z osób, która także działa społecznie w zakopiańskiej kulturze: – Dlaczego miasto szuka haków przy rozliczaniu wniosków? To proste. Zwracane przez organizacje pieniądze nie są przez nikogo rozliczane. Wydział kultury ma na swoje wydatki, może rozdawać według swojego upodobania, bez oceny merytorycznej. I tak są pieniądze na grilla, ognisko z kiełbaskami czy jakieś posiady organizowane przez znajomych urzędników – twierdzi. Nie chce się ujawniać, obawiając się o losy swoich wniosków w przyszłych konkursach. – To tajemnica poliszynela. Każdy wie, skąd taka aktywność urzędników w szukaniu dziur – dodaje.
Joanna Staszak jest szefową Wydziału Kultury w Urzędzie Miasta w Zakopanem. Wszyscy rozmówcy zgodnie podkreślają, że jest osobą bardzo sympatyczną, służącą pomocą i nie do niej mają pretensje. Przestrzegają, by nie zrobić z niej „chłopca do bicia”. – Ok. 80% imprez w Zakopanem to efekt działalności organizacji pozarządowych, ustawodawca zobowiązał nam pomagać w ich działalności i robimy to. Ale są też pewne reguły, które narzuca nam ustawa. Musimy działać w granicach prawa – podkreśla. Twierdzi, że osoby, które podpisują umowę, powinny ją dokładnie przeczytać. Wszystko jest w regulaminie i przepisach prawnych. Jej zdaniem większość osób radzi sobie z procedurami, kłopot zaczyna się, gdy coś nie idzie zgodnie z planem. Dotacja jest obniżana, gdy np. projekt zakłada udział 50 osób w warsztatach, a przychodzi 10. Zdaniem pani naczelnik wnioskodawcy lubią też zawyżać koszty imprez, choć przyznawana dotacja nie zależy od kwoty, o którą proszą, ale od wagi merytorycznej zadania. Radzi więc, by pisać rzeczywiste budżety. A gdy pojawia się jakaś wątpliwość, przyjść do urzędu w trakcie trwania zadania, a nie po terminie wygaśnięcia umowy, bo wtedy nie da się już aneksować umowy. – W przypadku klubu „a love supreme” powodem decyzji nakazującej zwrot dotacji była niezgodność dokumentów księgowych. Musimy działać w ramach istniejącego prawa – mówi Staszak.
Z 33 umów podpisanych w ramach konkursu w 2009 roku 5 wnioskodawców musiało zwrócić całość lub część pieniędzy. Danych takich za 2010 rok Joanna Staszak nie ma, ponieważ termin rozliczenia zadań z zeszłego roku mija dopiero 14 stycznia. – Jeśli pieniądze wrócą do nas w tym samym roku budżetowym, trafiają do wydziału i mogę je wydać na bieżącą działalność merytoryczną, jeśli trafią w kolejnym roku – przelewane są do miejskiego budżetu – tłumaczy.
– Miasto to nie jest dojna krowa. Od tych, którzy biorą pieniądze z miejskiego budżetu, oczekujemy rzetelnych rozliczeń. Większość stowarzyszeń sobie z tym radzi, regulamin naprawdę jest prosty – twardo stawia sprawę Janusz Majcher, burmistrz Zakopanego. – Gdyby pani zobaczyła, jak wyglądają niektóre z rozliczeń, jak ludzie podchodzą do społecznych pieniędzy, załamałaby się pani – kwituje.
Beata Zalot-Tomalik
0 0
Taki urzad miasta, powiau ip bo to mozna przeciez pokazać we wszystkich lokalnych władzach, o byłaby zupełnie fajna dobrze płatna fucha gdyby nie (kolejnosć dowyboru) mieszkańcy, działacze kulturalni, turyści. Turyści już sobie poradzili z tym problemem i nie przyjeżdżają, teraz kolej na nas :) Wypowiedx skandaliczna. Biorac pod uwagę charakter miasta i brak dobrych imprez o księgowa powinna na każdy taki projekt wyskoczyć zza biurka i sama wypełnić kwity i kłaniając się pomysłodawcom zanieść na stosowne biurka. No zawsze jednak można wydać nadwyżki na festival za bileami z 15 widzami na krzyż.
0 0
alez nie jak żebracy a jedynie nienalezycie okazujecie państwo czołobitnosc naszej władzy :P
0 0
Wspaniale, że się taki artykuł ukazał. Ale czy cos się zmieni?
0 0
teraz władza bedzie okazywać żal i brac odwet na wymienionych w artykule organizacjach ...
0 0
wladza mysli ze wszyscy chodza do kosciola i to jest jedyna sluszna kultura
0 0
na 20 stycznia zorganizowali \'spęd\" i tzw dyskusje o przyznawaniu dotacji dla ngo...widac ratują \"fejs\" ...a sprawa jest prosta: jak sie markuje działania to tak wychodzi a co jak co ale PR w UMZ to podstawa ;P
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz