Tyle właśnie – pięcioro maluchów z domu dziecka znalazło swój dom po naszym artykule półtora roku temu. Może i tym razem historia podopiecznych zakopiańskiego „bidula” poruszy czyjeś serce.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"12065"}
Dwójka rodzeństwa 7-letniego Jasia znalazło niedawno nowy, kochający dom. On i dwaj starsi bracia pozostali w domu dziecka. Rozłąkę najtrudniej znosi Jasiu, który nie może zrozumieć, dlaczego on jeszcze nie ma wymarzonego domu.
Kilka dni temu wychowawczyni w zerówce widząc, w jakim stanie jest 7-latek, namówiła go, by narysował swoją złość. Jaś namalował piękny zamek, a w środku siebie. Powiedział nauczycielce, że czeka, aż ktoś go uwolni.
Miłość potrzebna od zaraz– Wiadomość, że nie ma szans na adopcję całej piątki złamała nam serce. Musieliśmy wybrać mniejsze zło i rozdzielić ich – mówi Monika Kozieł-Górecka, pedagog w zakopiańskim „Centrum Wsparcia Dziecka i Rodziny”. – Mamy nadzieję, że trzej pozostali bracia znajdą szybko nową rodzinę, że nie trzeba ich będzie znowu rozdzielać – dodaje.
Jaś jest w zerówce. Był – podobnie jak jego bracia – bardzo zaniedbany. Ale cała trójka robi ogromne postępy. – Jest w nim duży potencjał. Jest bardzo ambitny, wytrwały, mocno pracuje nad swoją wadą wymowy – opowiada pani pedagog.
– Najstarszy z braci – 11-letni Adam, gdy tu trafił, a był w III klasie, znał tylko 1 literkę, a pod koniec roku brał już udział w konkursie czytelniczym „Zaczarowany czytaniem”. W krótkim czasie zrobił niesamowite postępy – uzupełnia Izabela Gąsior, specjalista ds. opieki i wychowania w CWDiR.
Niewiele brakowało, by Adam znalazł swój nowy dom. Z rodziną adopcyjną zaczął się już zaprzyjaźniać, po 3 spotkaniach z nim małżeństwo wycofało się jednak. Podjęli taką decyzję, gdy Adam powiedział im, że kiedyś odszuka swoją matkę. Dowiedział się, że go nie chcą w dniu, kiedy zapytał, czy zostanie u nich na zawsze. – Bardzo to przeżył, rozczarował się, stał się płaczliwy, jeszcze bardziej zamknięty – opowiada pedagog.
Brat Adama – o rok młodszy Zbyszek także zrobił ogromne postępy. Początki miał trudne, a dziś przynosi ze szkoły same piątki i czwórki – Zbyszek to sama słodycz, bardzo cichy, grzeczny, taki kochany – mówi o nim Jadwiga Mendel, pracownik socjalny. – Potencjał w tych dzieciach jest bardzo duży. Cieszy ich wszystko – basen, narty, poznawanie świata. Nie są jeszcze zmanierowane – mówi o całej trójce pani Monika. – W ich przypadku adopcja jest bardzo pilna. Chodzi o to, żeby zmniejszyć poczucie krzywdy, zadawane w myślach pytanie: kiedy my znajdziemy dom?” – tłumaczy pedagog.
W poszukiwaniu normalności – Mają tu wszystko prócz miłości – tej specjalnej, takiej, jaką dają rodzice. Dlatego tak bardzo zależy nam na adopcjach, a dla tych, którzy nie mają uregulowanej sytuacji prawnej, na znalezieniu rodziny zastępczej czy nawet zaprzyjaźnionej rodziny. Każdy kontakt z normalnym domem czy z rówieśnikami spoza domu dziecka jest bardzo ważny – przekonuje pani Monika.
Budynek domu dziecka przy ul. Tetmajera nie ma żadnego oznakowania, tablicy. Wnętrze także nie przypomina instytucji. Jest w nim kilka małych, przytulnych mieszkanek.
Podopiecznych zakopiańskiego „bidula”, jedynej takiej instytucji na Podhalu, jest 24. Najmłodszy ma 3 latka, najstarszy – 18.
Jedno z takich mieszkań zajmują najstarsi wychowankowie, mający powyżej 15 lat – 2 dziewczyny i 4 chłopaków. Zajmują 3 pokoje i kuchnię. Sami robią zakupy, gotują sobie.
Młodsi jedzą śniadania i obiady we wspólnej jadalni, kolacje także przygotowują samodzielnie w swoich mieszkaniach.
Tylko 9 z podopiecznych może być adoptowanych. Reszcie pozostaje rodzina zastępcza lub zaprzyjaźniona. Ktoś taki, kto zaprosi na święta, weekend albo przynajmniej zabierze na spacer. – Brakuje im kontaktów z normalnymi rodzinami. Jesteśmy im w stanie zapewnić łyżwy, sanki, różne rozrywki. Mają ładne pokoje, komputery. W domu dziecka nie brakuje im niczego, prócz… miłości – mówi pedagog. – Większość wyjść jest grupowych, brakuje czasu na indywidualne spędzanie chwil z każdym z nich – dodaje. Taka decyzja, nawet o byciu rodziną zaprzyjaźnioną, jednak zobowiązuje. Trzeba uważać, żeby nie obiecywać więcej, niż można dać – przestrzega pedagog.
Bidul na własne żądanieTrzynastoletnia Agnieszka sama zgłosiła się do domu dziecka. Nie mogła dogadać się z mamą, ojciec założył nową rodzinę. – Próbowaliśmy Agnieszkę pogodzić z mamą, mediowaliśmy na różne sposoby, organizowaliśmy spotkania – na nic – mówi pedagog. – Agnieszka jest tu od półtora roku, jest naszą chlubą, przynosi świadectwa z czerwonym paskiem, jej pasją jest taniec, malarstwo, recytacja. Jest bardzo ambitną, oczytaną dziewczyną – mówi pani Monika.
Opiekunowie coraz gorzej oceniają szanse na pogodzenie matki z córką. Wychowawcy z domu dziecka nie chcą, by nastolatka spędziła tu kolejnych 5 lat, szukają dla niej rodziny zastępczej. Informacja o tym na matce nie zrobiła wrażenia.
Większość dzieci z sierocińca marzy o tym, by ktoś ich przygarnął, a przynajmniej zainteresował się nimi, zaprosił na weekend. Nie wszyscy jednak. Piętnastoletni Staś miał zaprzyjaźnioną rodzinę, ale najlepiej czuje się w zakopiańskim „bidulu”. Mówi, że tu jest jego dom. – Gdy się urodził, miał 2 promile alkoholu we krwi, jest tu od dawna. Matka dopiero po 4 latach jego pobytu u nas zainteresowała się nim i zadzwoniła do niego – opowiada pani Monika. – Ale nasze dzieci cały czas rozgrzeszają swoich rodziców. Jeśli ci umawiają się z nimi i nie przyjeżdżają, nie dotrzymują słowa, dzieci zawsze znajdują dla nich jakieś usprawiedliwienie – dodaje.
Wychowawcy robią, co mogą, by zachęcić rodziców i krewnych do jak najczęstszych kontaktów z dzieckiem, choć często kończy się to fiaskiem. Zuzia po kolejnej interwencji opiekunów została zaproszona do swojego domu. Pobyt zakończył się awanturą, po której mama powycinała ją z fotografii rodzinnych i kazała mówić do siebie „pani”.
Niekochane dzieci mają szorstką skóręCzęść z podopiecznych zakopiańskiego ośrodka ma stałe kontakty z biologiczną rodziną. Ciocie, wujkowie, babcie zabierają ich na święta, wakacje czy weekendy. Część nie ma jednak nikogo. – Najtrudniejsze momenty są w święta czy w wakacje. Staramy się jednak, by na święta nikt tu nie został. Szukamy dla nich rodzin zaprzyjaźnionych – mówi pedagog.
Takimi zaprzyjaźnionymi rodzinami mogą zostać małżeństwa, ale także samotne osoby, starsi i młodsi. – To nie jest zobowiązujące. Trzeba mieć jednak czas, bo to nie może być jednorazowa akcja. Nie można też wiele oczekiwać – tłumaczy pani Monika.
Czteroletnia Ania może mówić o szczęściu. Jest w trakcie adopcji. – Spotkałam ją ostatnio z nowymi rodzicami i byłam zdumiona. To zupełnie inne dziecko – jest w niej taki piękny spokój, ma inny wyraz twarzy, inaczej wygląda, nawet skóra jej się zmieniła. Bo mówi się, że niekochane dzieci mają szorstką skórę – mówi pani Monika.
Nie tylko o brak miłości chodzi. Dzieci, które dłuższy czas mieszkają w domu dziecka, mają potem problemy w odnalezieniu się w społeczeństwie. – Nie wiedzą, jak funkcjonuje normalna rodzina, nie ogarniają rzeczywistości, nie radzą sobie z budżetem, z organizacją czasu, nawet nie potrafią sobie urządzić mieszkania – mówi pani Jadwiga. – Dlatego każdy kontakt z normalnością jest dla nich dobry – dodaje.
Beata Zalot-Tomalik
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz