Senator, burmistrz, sekretarz, radiowiec i księgowa domagają się przeprosin.
W ciągu 20 lat istnienia gazety dziennikarze Tygodnika Podhalańskiego stawali przed sądem już ponad 20 razy.
Nie ma chyba w Polsce drugiego tak urokliwego miasta, jak Nowy Sącz. No, może Stary Sącz, ale zdania na ten temat są podzielone. To piękne, zadbane miasto zdobyło ostatnio w ogólnopolskim konkursie Związku Powiatów Polskich honorowy tytuł najlepiej rozwijającego się miasta. W pełni na to zasługuje. Mały mankament to 2 budynki sądów, które przyprawiają tu rzesze podsądnych o nerwowe palpitacje serca. Nowy budynek sądu rejonowego, wciśnięty w osiedle domków jednorodzinnych, nie ma parkingu. Poupychane samochody na chodnikach to zmora dla okolicznych mieszkańców, a dla petentów i pracowników sądu nie lada problem. W zasadzie większość parkujących tu osób łamie prawo drogowe. Z parkowaniem nie ma problemu przed budynkiem Sądu Okręgowego przy ul. Pijarskiej. Tu jest inny kłopot. Na cały kilkupiętrowy budynek sądu toaleta dla setek przebywających tu każdego dnia petentów zajmuje kilka metrów kwadratowych i z przymrużeniem oka można powiedzieć, że jest jedyną w Polsce publiczną ubikacją prawie koedukacyjną.
Tę znajomość sądeckich sądów dziennikarze Tygodnika Podhalańskiego pogłębiają już od przeszło 20 lat – czyli od czasu, gdy zawodowo obsługiwaliśmy ciekawsze procesy albo gdy pojawili się pierwsi oburzeni naszą dziennikarską robotą i sami stawaliśmy przed wymiarem sprawiedliwości. Dziś trudno by zliczyć, ile razy. Procesy sądowe to ryzyko mocno wpisane w działalność dziennikarską i wydawniczą, zwłaszcza w przestrzeni mediów lokalnych.
Wstydliwa egzekutywaNiektóre sprawy czas zatarł już w pamięci. W głowie pozostały ich fragmenty albo jakieś same pikantne szczegóły z nimi związane, które przeszły do historii naszej gazety i są dziś przekazywane z pokolenia na pokolenie żurnalistów Tygodnika. Po raz pierwszy TP trafił przed oblicze Temidy po opublikowaniu listu mieszkańców pewnego bloku, którzy cierpieli z powodu libacji urządzanych przez byłego funkcjonariusza ORMO. Kary nie było, bo sąd słusznie uznał, że gazeta działała w interesie społecznym.
Były dyrektor Polskich Kolei Linowych poczuł się pomówiony, gdy napisaliśmy, że należał do miejskiej egzekutywy PZPR. To chyba jedna z pierwszych rozpraw, wytoczona nam przez bohatera dziennikarskiego tekstu. Artykuł pt. „Gdzie są chłopcy z tamtych lat” miał odpowiedzieć na pytanie, jak się mają w nowej rzeczywistości byli funkcjonariusze pezetpeerowscy. Pomówiony poczuł się tylko jeden. Przed sądem nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak go to zabolało, skoro przyznaje, że był członkiem egzekutywy PZPR w PKL.
Chyba najbardziej niesprawiedliwy wyrok zapadł w procesie wytoczonym dziennikarzom TP przez znanego na Podhalu osobnika, który stał na czele lokalnego światka przestępczego. Napisaliśmy artykuł o nim i o jego bogatej działalności przestępczej po tym, jak został zatrzymany, gdy okazało się, że w domu swoich rodziców ukrywa szefa łódzkiej „Ośmiornicy”. Wybronił się i wyszedł na wolność twierdząc, że nie wiedział, kim jest człowiek, któremu dawał schronienie. Nas podał do sądu. Zostaliśmy skazani między innymi za nazwanie go „bandytą podhalańskim”. Mimo że miał za sobą kilka wyroków skazujących i napaść z nożem w ręku na słowackich strażników granicznych, sędzia orzekł, że nie mieliśmy prawa go tak nazwać. Niedługo po naszym artykule został skazany za więzienie w swoim domu grupy Afgańczyków, którym miał zorganizować przerzut na Zachód. Chciał jednak zarobić na nich więcej. Próbował więc wyłudzić od nich pieniądze, torturował ich. Odwiedziliśmy w szpitalu młodą Afgankę, której nasz bohater m.in. żyletką podcinał uszy.
Uwaga na hobbystówParokrotnie Tygodnik wpadał w szpony osób, które byłyby oburzone określeniem „pieniacz”, ale z liczby składanych pozwów lub doniesień uczyniły niemal dyscyplinę sportową. (Pieniacz wg Słownika Języka Polskiego: Osoba z zamiłowaniem do wytaczania spraw sądowych, najczęściej o błahe sprawy, lub mająca chorobliwą skłonność do dochodzenia rzeczywistych lub urojonych krzywd). Nauczyciel jednej ze szkół, którą sobie sam założył, składał pozwy nie tylko przeciw nam. Gdy napisaliśmy, że bezprawnie tytułuje się profesorem, nie zważając na fakty, zaciągnął dziennikarzy przed sąd. Przegrał. Podobnie aktywny działacz kościeliskiej społeczności co rusz zaciągał kogoś do sądu. Przy czym za każdym razem próbował przejąć na sali rozpraw dowodzenie. Wstawał i krzyczał, wygłaszał oświadczenia w najmniej stosownych momentach. Prywatnie to człowiek do rany przyłóż.
Na kolejne rozprawy ciąga Tygodnik znany miejscowy radiowiec i były aktor w jednej osobie. Albo sam występuje do sądów, albo zgłasza się jako oskarżyciel posiłkowy. Do boju ruszył, gdy sprzedał już swoje własne radio i wspólnie z miejscową władzą wzywał do bojkotu Tygodnika (po tekście ujawniającym dokumenty IPN dotyczące ks. Mirosława Drozdka). Od tego czasu już kilkakrotnie składał przeciwko dziennikarzom TP pisma – na policję, do prokuratury, do urzędu skarbowego, ministerstwa finansów, ministerstwa sportu, a nawet do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Przed sądem przyznał się, że domagał się ścigania wydawcy gazety za małych kolporterów, dzieci, które za zgodą swoich rodziców roznosiły na Krupówkach gazety. Ostatnio rozszerzył listę swoich ofiar o burmistrza miasta i dziennikarkę Przekroju. Do sądu przychodzi uzbrojony w Kodeks karny lub cywilny. Wygląda, jakby świetnie czuł się w swojej roli. Wyraźnie zamiana sali teatralnej na sądową mu służy. Gorzej z widownią.
Dwóch się bije, a dziennikarz winnyByły burmistrz Zakopanego, znany w Polsce biznesmen i góral, skierował sprawę do sądu, bo uważa, że dziennikarze naruszyli jego dobra osobiste, pisząc o nim z imienia i nazwiska. Twierdzi, i to całkiem poważnie, że jest już osobą prywatną. Tymczasem publikują go wśród najbogatszych Polaków i pełno go w mediach, zwłaszcza w kolorowych magazynach. Dziennikarze mieli również naruszyć jego dobra osobiste, cytując list skierowany do redakcji przez czytelniczkę, w którym kobieta ostro wyraża się na temat kupna przez niego jej rodzinnego majątku. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że do sądu przeciwko TP wystąpił także syn tej kobiety, który list swojej matki przyniósł do redakcji. I w ten sposób dziennikarze Tygodnika po raz pierwszy w 20-letniej historii pisma mają sprawy wytoczone przez obie strony tego samego konfliktu, co uznać należy za wzór dziennikarskiego obiektywizmu.
W kolejnej sprawie z innym byłym burmistrzem Tygodnik przegrał, bo bezkrytycznie oparł się na informacji przekazanej mu przez obecnego mera miasta i jego urzędnika. Urzędnik, niegdyś starosta opisywany często w TP, dostał swoje 5 minut i podczas rozprawy zapomniał, jaką informację przekazał dziennikarzom. Brak pamięci u świadków kilkakrotnie dał się nam już zresztą we znaki. Np. sołtys i sklepowa w jednej z urokliwych wsi w Pieninach zachorowali na amnezję po tym, jak odwiedzili ich prawnicy naszych oskarżycieli. Rzecz dotyczyła świadków cytowanych w tekście o kulisach budowy osiedla domków jednorodzinnych w otulinie Pienińskiego Parku Narodowego.
Niebezpieczny OrlikO sporym tupecie możemy mówić w przypadku pozwu, jaki skierowała przeciwko dziennikarzom słynna na Podhalu księgowa. Domaga się przeprosin za tekst, w którym ujawniliśmy jej skłonności do narażania na poważne kłopoty finansowe mieszkańców Podhala. Tymczasem prokuratura dotarła aż do 96 pokrzywdzonych przez nią osób. Przed odsiadką chroni się koniecznością opieki nad dzieckiem. Gdy do naszej redakcji wciąż zgłaszają się kolejne ofiary księgowej, na sali rozpraw kobieta przekonuje, że dziennikarze wyrządzili jej wielką krzywdę.
Niedawno ruszyły procesy (cywilny i karny), jakie wytoczył Tygodnikowi senator RP rodem z Podczerwonego. „TP” opublikował fragmenty nagranej rozmowy pomiędzy nim a przedsiębiorcą z jego wsi. W sądzie senator utrzymuje, że zamiast wiatraka chciał „Orlika” dla szkoły. Gdyby nawet przyjąć taką hipotezę za prawdziwą, to na działce wciśniętej pomiędzy niebezpieczny tartak a rzekę nie ma najmniejszych szans na boisko piłkarskie o wymiarach 30 x 62 m. Jakby wybudować tam mniejsze boisko, to dzieci z Podczerwonego narażone byłyby na podwójne niebezpieczeństwo – kalectwo (sąsiedztwo tartaku po jednej stronie) utopienie (rzeka z drugiej strony). To już lepiej niech senator stawia te wiatraki.
212 KKRozprawy sądowe będą wytaczane mediom, póki te istnieją. Na szczęście w naszej historii więcej spraw wygraliśmy, niż przegraliśmy. I tej zasady się trzymajmy. A poważnie, pióro to straszna broń i trzeba nim bardzo ostrożnie operować. Nawet działając w interesie publicznym, można komuś przypadkowo wyrządzić krzywdę. Ponaddwudziestoletnie doświadczenie przed sądami pozwala nam także na obserwację ludzi pełniących funkcję sędziów. Z niektórymi przyjemnie nawet przegrać. To profesjonaliści, ludzie spokojni, zachowujący się z taktem. Ale niestety, spotykamy na naszej sądowej drodze także innych – krzykliwych, agresywnych, awanturujących się. Zwłaszcza w sprawach o pomówienie wygrywa sędzia psycholog z poczuciem humoru i dystansem. Każdy ma prawo do apelacji, więc nadzieja na korzystny werdykt nie wygasa tak szybko, jak niekiedy szybko zapada wyrok skazujący.
Od niedawna modne stało się angażowanie do jednej sprawy dwóch sądów – cywilnego i karnego. W ramach miłości bliźniego można więc komuś przywalić podwójnie. Ten absurd wynika z krytykowanego w cywilizowanym świecie polskiego artykułu 212 Kodeksu karnego. Pomówienie jest tu zagrożone więzieniem, co m.in. według Europejskiego Trybunału Praw Człowieka może odstraszać dziennikarzy od podejmowania trudnych, a często ważnych z punktu widzenia interesów społecznych spraw. Od kilku lat trwa walka o to, aby ochrona dóbr osobistych realizowana była tylko na gruncie prawa cywilnego.
To część sądowych sporów, zebranych z okazji 20 lat działalności TP. To rzadko opisywany obraz, jaki wiąże się z uprawianiem zawodu dziennikarza. Z drugiej strony często stajemy przed osądem równie surowym – jurorów konkursów prasowych. Tu także trzeba wykazać się dziennikarską rzetelnością. Mamy więcej nagród, niż przegranych procesów. Nagrody to dla nas wiatr w żagle do dalszej pracy na rzecz lokalnej społeczności.
Jurek Jurecki
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz