Zamiast ratować ciężko rannego mężczyznę, lekarze przez cztery godziny wozili go karetką z Zakopanego do Krakowa i z powrotem. Po kilku dniach pacjent zmarł.
Jest wtorek 24 czerwca. Pan Zbigniew Gaj z zakupami przechodzi przez ruchliwą ul. Nowotarską w Zakopanem. Uderza w niego motocykl. Nieprzytomnego pana Zbigniewa karetka zawozi do szpitala. Po pierwszych badaniach lekarze stwierdzają, że obrażenia są poważne. Ich zdaniem ranny musi być przewieziony do specjalistycznej kliniki w Krakowie. Po telefonicznym uzgodnieniu z lekarzami ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie chory zostaje przewieziony erką do tamtejszej Kliniki Neurochirurgicznej. Przejazd zakorkowaną \"zakopianką\" trwa prawie dwie godziny.
W Krakowie lekarze stwierdzają, że natychmiastowy zabieg nie jest wskazany. Chory wyrusza w drogę powrotną, tą samą zatłoczoną trasą. W stanie śpiączki trafia na oddział intensywnej terapii w zakopiańskim szpitalu. Po kilku dniach umiera.
Czy ta kilkugodzinna podróż miała wpływ na jego stan zdrowia? – takie pytanie zadaje sobie dziś rodzina zmarłego.
– Kto jest za to odpowiedzialny? – zastanawia się Romuald Lisowski, zięć zmarłego. – Dlaczego lekarze zmarnowali kilka godzin walki o jego życie. Przecież powszechnie wiadomo, że pierwsze minuty po wypadku są najważniejsze. Później w zakopiańskim szpitalu mój teść był pod dobrą opieką. Został podpięty pod kosmiczną wręcz aparaturę, ale lekarze powiedzieli, że zrobili wszystko, co mogli, a reszta pozostaje w rękach Boga.
Pan Romuald Lisowski dodaje, że jego teść był wysportowany, dbał o zdrowie. Z zawodu był kucharzem, wcześniej pracował w znanych, zakopiańskich restauracjach. Teraz, na emeryturze, dorabiał w McDonaldzie. Miał wielu znajomych i przyjaciół, którzy licznie żegnali go na pogrzebie.
– Nie chcę, aby taka \"przejażdżka\" zdarzyła się komukolwiek innemu. Niech na przyszłość ktoś zadba o to, by chory nie jeździł tam i z powrotem w karetce – mówi zięć zmarłego.
Pan Romuald dodaje, że rodzina przypadkiem dowiedziała się o wypadku dopiero następnego dnia. – Teść miał przy sobie dowód osobisty. Mieliśmy już zgłaszać jego zaginięcie, gdy następnego dnia ktoś ze znajomych dowiedział się, że to on został ranny i jest w szpitalu – mówi pan Lisowski.
Wicedyrektor zakopiańskiego szpitala Sylweriusz Kosiński twierdzi, że sytuacje, gdy chory wraca do Zakopanego po wyjeździe do którejś z klinik, zdarzają się.
– Tak stało się też w tym wypadku. Według wstępnych badań i konsultacji telefonicznej z lekarzami z krakowskiej kliniki ranny nadawał się do operacji. Na miejscu, w Krakowie, stwierdzono jednak, że takiej operacji nie można przeprowadzić. Osobną sprawą jest fakt, że w Krakowie okazało się, iż nie ma wolnego respiratora. W karetce chory zaopatrzony był przez nas w przenośny respirator – mówi Kosiński. Dodaje, że rozumie pretensje rodziny zmarłego.
– Trzeba jednak pamiętać, że klinika w Krakowie nie może przyjmować każdego pacjenta, bo jest jedyną w regionie i zwyczajnie nastąpiłoby jej zapchanie.
Szczegółowe informacje na temat opieki nad zmarłym ma doktor Zofia Mazik, ordynator oddziału anestezjologii i intensywnej terapii w zakopiańskim szpitalu: – Pacjent miał potężny uraz mózgu. Po wcześniejszych konsultacjach staramy się chorych przewozić do Krakowa. W tym wypadku była konsultacja telefoniczna. Pacjent wrócił jednak z Krakowa, bo na miejscu, na podstawie badania tomograficznego lekarze stwierdzili, że nie wymaga interwencji chirurgicznej. Mężczyzna zmarł na skutek ciężkich obrażeń tkanki mózgowej. Do Krakowa nie jechał karetką transportową, a z zespołem reanimacyjnym, zabezpieczony pod każdym możliwym względem. Ten transport podlegał cały czas kontroli i zabezpieczenia. Nie miał żadnego wpływu na jego zdrowie.
Rzecznik prasowy Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie Anna Niedźwiedzka potwierdza, że pacjent z Zakopanego rzeczywiście trafił do Kliniki Neurochirurgii: – W klinice zostało przeprowadzone badanie tomografii komputerowej. Wykazało ono, że nie ma wskazań do wykonania szybkiego zabiegu. W tym momencie nie dysponowaliśmy aparatem do tzw. oddechu zastępczego. Nie było więc możliwości pozostawienia pacjenta na miejscu i został on skierowany z powrotem do Zakopanego.
Rzecznik Niedźwiedzka dodaje, że w Szpitalu Uniwersyteckim działa program \"tele-medycyna\". Służy on do przeprowadzania konsultacji lekarskich na odległość. Gdyby podobny system działał w zakopiańskim szpitalu, nie byłoby potrzeby wożenia pacjenta tam i z powrotem.
– Szpital uniwersytecki zakupił ten system za mniej więcej 300 tys. zł z funduszy unijnych. Działa on już w kilku szpitalach w Małopolsce, na przykład w Suchej Beskidzkiej – dodaje.
Paweł Pełka
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz