Po długotrwałej, heroicznej walce z nieustępliwą chorobą odszedł do wieczności zakopiański rzeźbiarz, poeta, twórca bezcennej lekcji sprzętu narciarskiego - Mieczysław Król Łęgowski z Bachledów.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"35150"}
Szpiczak nie daje człowiekowi wielu szans. Niejeden poddaje się od razu. A jednak Mietek walczył. Długo. Heroicznie. Bez użalania się nad sobą i bez popadania w depresję. Może dlatego, że się przecież Górale nie uskarżają na to, co im Pan Bóg szykuje. Mają swoją godność. Jak to powiedział ksiądz Józef Tischner: "góralska wiara jest zakorzeniona w dosłownym rozumieniu Biblii. Włos z głowy nie spada bez woli Bożej, dlatego nawet zbójnicy, gdy uciekali z łupem, a pościg się zbliżał, śpiewali: "Boze, nie opuscajze nas, bo jak nas opuścis, to juz będzie po nas" ... Jest w tej pieśni poczucie godności, świadomość wyjątkowości; no, jesteśmy dranie, ale świat bez nas by się zastoł".
Mieczysław Król Łęgowski z Bachledów nie mógł się tedy poddać zwyczajnie. Musiał pisać. Musiał swoje rzeźby w metalu wykuwać, póki w rękach dość było siły, żeby młot udźwignąć. Zahartowany był. Chorym na szpiczaka dają czasem rok. On walczył siedemnaście. Poeta, rzeźbiarz, wybitny twórca góralski, twórca najważniejszej w naszym kraju kolekcji zabytkowego sprzętu narciarskiego, po ciężkiej, wyczerpującej chorobie odszedł do Królestwa Niebieskiego we wtorek 20 października. O tej samej godzinie, o której na Kasprowym Wierchu, tak przez niego ukochanym, zaczął padać śnieg.
Miał w sobie tę zbójecką fantazję od dziecka. Od szkoły, w której przyjaźnił się z innym zakopiańskim łobuziakiem Wojtkiem Fortuną. Kiedyś pan od wuefu posłał ich do siebie do domu po dowód osobisty. To było w czasach, kiedy dowody były zielonymi książeczkami, miały 16 stron, a na stronie czwartej miejsce na wpisanie dzieci. Mietek z Wojtkiem dopisali panu nauczycielowi kilkoro nowych dzieci.
Innemu nauczycielowi przenieśli kiedyś małego fiata między głazy i tak go ustawili, że ani w przód, ani w tył. Lepiej im było nie wchodzić w drogę. Takich opowieści, anegdot znał tysiące.
Kiedyś postanowił odmalować syrenkę. Auto było w dobrej formie, ale się trochę przez te zakopiańskie zimy sfatygowało. Samochód to kupa malowania, więc pomyślał, że to zrobi za pomocą kompresora i pistoletu. Ustawił maszynerię w stolarni i jak tylko ją odpalił, to się zrobił z wiórów taki wiatr, że powstał pierwszy na świecie włochaty samochód.
Mogłaby z takich anegdot powstać wesoła historia Zakopanego. Ale Mieczysław Król wolał pisać wiersze. Takie jak ten. O wiośnie, której już nie zobaczy:
Zima ozmazano,
ocka sie jej pocom,
kropelka po kropli,
ze strzechy sie tocom.
Malućkie struzecki,
rzeźbiom ośklawice,
prógujom sie z mrozem,
ftory kogo zmoze.Dostał za tę poezję szereg prestiżowych nagród i wyróżnień. Rzeźbił w papierze słowami, a młotem w stali w chwilach, kiedy mu się udało przemóc chorobę. Rzeźbić zaczął przecież, tak jak i chorować, przed siedemnastu laty. Nie miałby szans bez rodziny. Bez dziewczyny, z którą był calutkie życie. Anna Stoch Waka, cierpliwa i dobra, rozumiała go, bo sama przecież artystyczna dusza. I bez córek. Bożena wzięła po nim talent, uprawia malarstwo współczesne i czasami podhalańskie motywy na szkle. Kasia wzięła pogodę ducha i optymizm, a Kornelia zbójnicki, królewski charakter.
Kiedy choroba zwyciężała i Mieczysław nie miał dość sił na rzeźbę, wycinał z blachy piękne spinki góralskie. Ale najważniejsza była kolekcja. Jak o niej pisała prasa i jak o niej mówiły różne telewizje - "Królewska kolekcja". Kilkaset par nart, w tym wiele unikalnych. Pełny zbiór nart skokowych, od lat 20., przez drewniane "Turnie" z lat 50., enerdowskie skokówki "Poppa", para, na której skakał mistrz olimpijski Wojciech Fortuna, po współczesne narty Adama Małysza czy Kamila Stocha.
Najcenniejsza bodaj kolekcja nart w Europie. Zresztą nie tylko nart, bo są w tej kolekcji inne przedmioty. Kiedyś, niedawno, byliśmy tam i pokazał nam skórzany kaszkiet. Czapka, na którą pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi.
- Ale wiecie czyja to jest? - zapytał z dumą.
- No. skąd.
- To czapka Kurasia. Wiecie, kto był?
- Wiemy. Kto by nie znał "Ognia".
Mieczysław miał tylko jedno niespełnione marzenie. Jeden plan. Żeby ta jego Królewska Kolekcja nie zmarniała. Żeby nie musiał jej upychać po wszystkich zakamarkach we własnym domu i domach przyjaciół. Żeby znalazła swoje miejsce. Znalazł w tej misji sojusznika, przedsiębiorcę i miłośnika Tatr Rafała Sonika. Zbliżył ich sport. Choć Sonik jest pierwszym polskim reprezentantem, który zwyciężył w Rajdzie Dakar, to zaprzyjaźnili się z Łęgowskim przez narty. Przez miłość do tej samej Świętej Góry - Kasprowego Wierchu.
W mowie pogrzebowej, którą Rafał Sonik wygłosił w imieniu Rodu Łęgowskich i w swoim własnym, tak mówił o Mieczysławie Łęgowskim:
"W dobrych zawodach wystąpił, wiary ustrzegł. Bieg ukończył. Szedł przez życie najlepiej, jak potrafił. I wszystko mu się udało. Dom, przyjaźń, poezja, jego niezwykłe, mocne, wyspawane grubą kreską rzeźby w stali, jego unikalna kolekcja, której poświęcił ogrom czasu i energii. I tylko muzeum nie zdążył wybudować...
Wiecie, które narty w swojej kolekcji uważał za najcenniejsze? Wcale nie te najstarsze. Ani nie te, na których skakali najwybitniejsi mistrzowie. To zwykłe, nawet nie markowe narty ze Słowenii. W latach 80. do małego jeszcze wtedy muzeum na Bachledach przyjechali rodzice młodego skoczka, który uległ poważnemu wypadkowi na największej skoczni świata - Letanicy. Poprosili w imieniu syna, aby jego narty zostały w muzeum, gdyż tam jest ich godne miejsce. Po wypadku na skoczni młody człowiek stracił zdrowie i podobnie jak Mietek, nie mógł już kontynuować swojej pasji.
O tym mówiliśmy ostatniego dnia. O kolekcji. O muzeum, którego nie zdążyliśmy wybudować razem. Przyrzekłem Ci, Mietku, że ten nasz wspólny plan doprowadzę do końca. I dotrzymam słowa".
Mieczysław Król Łęgowski z Bachledów od 25 lat marzył o tym i czynił starania, żeby jego kolekcja znalazła w Zakopanem godne miejsce. Warszawa zyskała w tym czasie Muzeum Powstania Warszawskiego, Gdańsk Muzeum Solidarności, a Zakopane, zimowa stolica Polski, wciąż czeka na Muzeum Narciarstwa. Na obiekt, który będzie świadczył o tożsamości tego regionu. O przywiązaniu Polski do Tatr. Rozumiał to hrabia Zamoyski, który swój majątek, z Morskim Okiem, zapisał w testamencie narodowi. Rozumieją to zakopiańscy seniorzy, olimpijczycy, narciarze, łyżwiarze, taternicy, którzy swoim heroicznym, sportowym życiem od ponad wieku budowali tożsamość i charakter tego miasta. Rozumieją to władze Tatrzańskiego Parku Narodowego i zarządzający Polskimi Kolejami Linowymi. Rozumieją społecznicy. Rozumiał to i temu poświęcił życie Mieczysław Król Łęgowski. Otwartą pozostaje kwestia, kiedy zrozumieją to władze Zakopanego.
Grzegorz Kapla
0 0
Ciekawe czy i kiedy wreszcie takie muzeum powstanie.
W sumie najłatwiej byłoby panu Sonikowi, w jego "galerii" miejsca chyba dość. Bo na władze Zakopanego+COS bym nie liczył.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz