Krystyna Ustupska w czterdzieści minut straciła dorobek całego życia. Po pożarze kobietę i jej wnuczka przygarnęli sąsiedzi.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"3829"}
W piątek 13 marca płomienie doszczętnie strawiły dom Ustupskich przy Drodze do Walczaków 52. Nie oszczędziły także dachu przyległego domostwa państwa Orawskich. Górne kondygnacje nadają się do remontu. W całym domu mocno czuć spaleniznę. Sadze gryzą w oczy i drażnią w gardle przy każdym oddechu.
Pięćdziesięcioośmioletnia kobieta z jedenastoletnim wnuczkiem zostali w tym, co mieli na sobie. Ocalał tylko klucz pod schodami, numer chałupy i skrzynka na listy. Przy drewnianym domu nr 52, który kobieta wraz z synami od dziesięciu lat remontowała, stała szopa. A w niej gospodarcze sprzęty, czterodrzwiowa szafa, kalwaryjskie meble na wysoki połysk. – Dostałam od syna. Nie spaliłam, bo były w doskonałym stanie. Myślałam, że się przydadzą. W sobotę miał przyjechać syn Piotrek z Holandii. On tam pracuje, zarabia na swoją operację i odwiedza mnie cztery razy do roku – Krystyna pali papieros za papierosem.
Pechowy marzecPowoli opowiada, jak w parę chwil dorobek całego życia ulatywał w niebo. Płomienie trzaskały tak, że nie dało się podejść do budynku. Gdy po kilkugodzinnej akcji zgliszcza dogaszono, Jacek sprawdzał, czy wśród spalonych rzeczy nie ocalała ta najcenniejsza. – Ani mu w głowie zabawki, nowiuśki sprzęt narciarski czy komputer. Latał i szukał… listu od ojca. Jego ojciec, a mój syn, Paweł siedzi w więzieniu. Za długi z 2003 r. Nie pooddawał i go wsadzili. A matka dziećmi się nie interesuje. Siedzi z bogatym gościem w dużym domu. Mam zasądzoną opiekę. Jacek jest ze mną i nie chce znać matki. Kubuś gdzieś w Polsce w domu dziecka. Jak Jacek dwa dni przed pożarem dostał list od ojca, to było dla niego święto. Nosił go wszędzie ze sobą. Taki największy skarb. Jak mu zamókł na śniegu, to go suszył na piecu – Ustupska odpala nowego papierosa.
I przypomina, że wszystkie największe nieszczęścia, jakie na nią spadły, przytrafiały się w marcu. Dziesiątego marca 1960 roku, gdy miała 9 lat, zmarła jej matka. Dziesiątego marca 1988 roku zginął Daniel, dziewięcioletni syn Krystyny. – Chramcówkami jechał TIR z szybami. Syn wyszedł ze Szkoły Podstawowej nr 5 i stał z innymi dziećmi na chodniku. Auto skręcało i zajechało na chodnik. Zabrało mojego Daniela. Wlokło go dziesięć metrów. Paweł na niego czekał po drugiej stronie ulicy. Zginął na oczach Pawła. Teraz ten pożar i jestem bez dachu nad głową – Krystyna ociera ukradkiem łzę. Sama boryka się z losem, bo w 1985 roku, w stanie wojennym, mąż pojechał do USA do siostry. Nie wiadomo, czy dziś ma pieniądze na bilet powrotny. Od tego czasu sama wychowywała czwórkę dzieci. Potem spadł na nią obowiązek utrzymania i wychowania wnuka z rozbitego małżeństwa.
Wroni zakrętPo tragedii służby miejskie odśnieżają codziennie. Droga jest przejezdna, przy fundamentach spalonej chałupy ustawiony potężny kontener na śmieci. A wcześniej Ustupscy i Orawscy byli wiecznie zasypani. Jeśli same kobiety sobie nie odśnieżyły drogi, nie było dojazdu. Ani dla karetki, ani dla pani z banku czy kuratorium. Jak się okazało w trakcie pechowej akcji ratunkowej, strażacy ledwie nie stracili siedemnastotonowego wozu bojowego, który o mały włos nie zjechał do fosy. Tak ślisko było na zakręcie, prowadzącym pod ostatnie numery Drogi do Walczaków. Rozgorączkowani sąsiedzi winili kierowcę-strażaka za zbyt brawurową jazdę, a fajermani odbijali piłeczkę do służb miejskich, odpowiedzialnych za fatalny stan drogi dojazdowej. Miejskie władze tłumaczyły, że droga za wąska, bo mieszkańcy nie chcą odsprzedać swych terenów na poszerzenie. I ogólnie nie dbają o odśnieżanie.
– Mnie nie stać, żeby dać 20 zł żulowi na odkopanie. A nawet jakbym miała, to żaden nie ruszy łopatą. Wolą wyżebrać piątkę na alkohol i nic nie robić – macha ręką Ustupska. Dodaje, że taksówka czy dostawca pizzy zawraca u sąsiadów na podwórku i nie jedzie dalej. – O naszych zabudowaniach od zawsze mówili, że tu nawet wrony zawracają. Jak ciotka zmarła, to były akurat takie śniegi. Nie mogli wynieść trumny, rozłożyli płachtę i ciotka po śmierci jeszcze się po śniegu trumną jak sankami przejechała – wspomina Ustupska. O matce Jacka nie chce nic mówić. Wspomina tylko, że nie wykorzystuje nawet godziny w tygodniu, przyznanej przez sąd na spotkania z chłopcem.
Zrujnowane zdrowieChałupa była stara. – Jak się tu wprowadziłam dziesięć lat temu, to od razu zrobiłam remont elektryki. Nową instalację położył elektryk Adam Dudek. Syn się u niego uczył. A teraz sąsiedzi chodzą i gadają, że to przez instalację, że po co świeciłam światło. Jakbym wiedziała, że to od tego, to bym ze świeczką chodziła, nie paliłabym prądu. Ale wie pan, jak to kobieta sama, na tym naszym odludziu. Bałam się, wolałam, żeby zawsze jakieś światło się paliło – tłumaczy Krystyna. Dwa lata temu zrobiła nową łazienkę. Wcześniej przez osiem lat męczyła się bez tego luksusu. Dom opalała węglem i drzewem. Tak jak sąsiedzi z nr 54. – Jak czterdzieści lat temu przyjechaliśmy, to zakochaliśmy się w Tatrach. A jeszcze tu, pod samym Giewontem, czuliśmy się w sercu gór. Najpierw nasz dom miał być dobudówką do zabudowań Ustupskich, mieliśmy nawet mieć numer 52a. Ale potem dali osobny nr 54 – wyjaśnia Joanna Orawska.
Wraz z mężem Jerzym pochodzą z Chorzowa. Mąż każdy urlop, każdą wolną chwilę poświęcał na budowę domu. Systemem gospodarczym – wszystko robili sami. Nawet materiały budowlane wozili ze Śląska, bo tańsze. Sześć lat temu Jerzy miał wylew. Sparaliżowany, stracił wzrok i mowę. Przez dwa lata żona woziła go od szpitala do szpitala. – Dziś już mówi, ale nie widzi, nie chodzi. Właśnie do niego jadę. A w maju, jak się zrobi cieplej, to przyjedziemy razem. Tak jak od 35 lat, od maja do października chcemy być tu, pomiędzy Gubałówką i Giewontem – Joanna Orawska z niechęcią wraca do kamiennej pustyni Chorzowa. Sama ma astmę i jest na diecie bezglutenowej i cukrzycowej. Dlatego, gdy ludzie przyniosą z dobrego serca zupę, odmawia. – Ja muszę jeść chleb, który w Zakopanem kosztuje 15 zł za mały bochenek. Najczęściej przysyłają mi paczkę przez kierowcę autokaru ze Śląska – dodaje Orawska
Nieprzekupne sercaDzień po pożarze. Pomagali wszyscy – sąsiedzi i rodzina zza płotu, ponad dwadzieścia osób. Rozbiórka spalonych zgliszcz poszła błyskawicznie. A u Orawskich od razu wprawiono szybę w rozbitym lufciku. Elektryk podłączył prąd na parterze. Nikt nie wziął ani grosza. – Ten dał buty, ten dał ubranie dla Jacka. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy nam do tej pory pomogli. Nie mam słów, żeby to opisać. Ciągle jestem na proszkach uspokajających – dodaje Ustupska.
Po tragedii na miejscu od razu zjawili się też kupcy. Zachęcali do sprzedaży działek i ocalałego z pożogi domu. – Ja tu serce zostawiłam, na pewno nie sprzedam domu, bo to by dobiło męża. On by tego nie przeżył – tłumaczy Joanna Orawska. A jej bezdomna sąsiadka dodaje, że choćby jej przyszło nocować pod namiotem, to się stąd nie ruszy. – Mam obiecany od gminy kontener. Póki co wystarczy. Damy sobie radę z Jackiem. Najważniejsze, że jesteśmy razem. – podsumowuje Krystyna Ustupska.
Rafał GratkowskiKażdy, kto chce wesprzeć poszkodowanych, może wpłacać pieniądze na konto nr:
20 8821 0009 0000 0001 6229 0001 z dopiskiem
DLA POGORZELCóW. Bank Polskiej Spółdzielczości S.A., Podhalański Bank Spółdzielczy Zakopane.
Dla wpłat dokonywanych zza granicy: PL 20 8821 0009 0000 0001 6229 0001
SWIFT: „POLUPLPR”
Istnieje też możliwość rozliczenie wpłat dla potrzebujących w ramach odpisu podatkowego. Kontakt dla firm i instytucji zainteresowanych taką formą pomocy: GILEAD Fundacja Artura Głowackiego z siedzibą w 32-660 Chełmek, pl. Kilińskiego 2, numer rachunku bankowego: 96 1050 1399 1000 0023 1675 7414. Środki należy przekazywać z tytułem wpłaty „Dla pogorzelców”.