– Maluję szybko, ale wcześniej długo myślę – zdradza Anna Schumacher. Wystawę jej płócien można w zakopiańskiej Galerii Miejskiej oglądać do końca maja.
Lubi pejzaże, zwierzęta, wodę i magnolie. Kino Almodovara, wiersze Cummingsa i malarstwo Petera Doiga. Kocha wymyślać. Ale najbardziej lubi malować.
Teraz maluje codziennie. Pojawia się w swojej pracowni rano i malowaniu poświęca przedpołudnie. Sprawia jej to ogromną przyjemność. Twierdzi też, że bez systematycznego malowania nie ma efektów. Bo w malarstwie ważne jest rzemiosło, warsztat. I za Gorgią O’Keeffe powtarza: „Mniej skarg, więcej pracy. Trzeba pracować, a nie tylko o tym mówić”.
A tak niewiele brakowało, by została historykiem sztuki. Albo weterynarzem. Choć tego, że chce być artystką, była pewna już od podstawówki. – W grę wchodziły tylko dwie rzeczy – bycie architektem lub malowanie. W domu była pracownia babci – Anny Górskiej. I choć rodzice byli inżynierami, wychowałam się w atmosferze tworzenia, wymyślania, miłości do sztuki – opowiada.
Za pierwszym podejściem nie dostała się jednak na Akademię Sztuk Pięknych. Wtedy trafiła na historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. I jak teraz powtarza, była to jedna z lepszych rzeczy, które mogły jej się przytrafić. Historia sztuki bardzo ją zafascynowała. Postanowiła jednak jeszcze raz wystartować na ASP, tym razem zdała i przez pewien czas studiowała na obydwu kierunkach. – Ciągle musiałam wybierać; czy siedzieć w bibliotece, czy w pracowni. Nie mogłam być jednocześnie dobrym historykiem sztuki i malarzem. Dlatego musiałam w pewnym momencie wybrać, co chcę w życiu robić – opowiada. Po 3 latach zrezygnowała ze studiów na UJ. Zrobiła dyplom w pracowni malarstwa prof. Sławomira Karpowicza i w Pracowni Książki i Typografii u prof. Romana Banaszewskiego.
Po studiach miała przez pewien czas pracownię w Krakowie. Malowała, projektowała ilustracje do książek dla dzieci. Zdobywała nagrody.
Postanowiła jednak z mężem wrócić do Zakopanego i tu założyć lecznicę dla zwierząt. Zadanie, które postawili sobie wspólnie, całkowicie ją pochłonęło. Przez rok nie namalowała żadnego obrazu. Niewiele brakowało, by pasja męża, który z wykształcenia jest weterynarzem, udzieliła jej się całkowicie. – To nie był problem braku czasu. Malowanie polega na tym, że się o tym myśli, a ja nie miałam do tego głowy, zaangażowałam się w lecznicę – tłumaczy.
Przełomem był dopiero wyjazd na plener w 2009 roku, pierwszy od czasów studiów. – To były dwa tygodnie w deszczu, podczas których namalowałam 9 obrazów. Spotkałam ludzi takich jak ja, myślących podobnie, mających podobne dylematy. Moja dawna pasja wróciła. Zrozumiałam tam, że nie chcę być weterynarzem, chcę malować – opowiada. Potem były kolejne plenery i coraz częstsza praca we własnej w pracowni. Pejzaże, ale i martwa natura. Zwierzęta i obrazy z cyklu „Kąpiel”, a ostatnio zupełnie nowa odsłona, czyli cykl „Gabinet osobliwości”. – Bo ja się szybko nudzę, szukam wiec nowych tematów, nowych wyzwań – tłumaczy. – I dużo rzeczy jednocześnie mnie interesuje. Słyszałam nawet, że moje malarstwo jest takie, jakby te obrazy tworzyło kilka różnych osób – dodaje.
Nie do końca można się zgodzić z tą ostatnią opinią. W malarstwie Ani jest wyraźny wspólny mianownik. To podejście do sztuki, widoczny w jej obrazach szacunek do malarstwa tradycyjnego. Dbałość o dobry warsztat. Najpierw rzemiosło, a potem próba wyrażenia siebie, opowiedzenia swojego świata.
Wspólne dla jej obrazów, niezależnie od podejmowanych tematów, jest też traktowanie koloru. Anka patrzy na świat poprzez kolor. Potrafi cieszyć się kolorem. I kolor jest u niej ważnym elementem kompozycji. Nie boi się też odważnych zestawień.
Trzecią rzeczą widoczną w jej malarstwie jest podejście do tematu. Anka szuka często tematów pozornie prostych. Maluje przedmioty, można by rzec – pospolite. Takie, z których łatwo zrobić banał. Perlice, krzak magnolii, dzieci na basenie, przedmioty na stole. A jednak udaje jej się opowiedzieć własną opowieść o tych przedmiotach, naznacza je nie tylko tajemnicą, ale i własnymi emocjami, radością, tym swoistym ciepłem, które nosi też w sobie.
– Kiedyś robiłam szkice, miałam inne podejście do tego, co robię – zdradza. – Teraz to obraz prowadzi mnie. Zajmuje się wyłącznie materią malarską. Wyrzucam pędzle i maluje rękami, czasami coś polewam, ścieram. Samo tworzenie jest dla mnie bardzo przyjemne. Nie przejmuję się efektem końcowym. Bywa, że zamalowuję obrazy, czasem potem tego żałuję – śmieje się.
Ale malowanie to nie tylko emocje i tzw. „spontan”. Anka, zanim weźmie pędzel do ręki, długo myśli. I jest to widoczne w jej obrazach.
Co dalej? Anka tajemniczo się uśmiecha. – Jestem niepokorna, nie lubię tematów zadanych, ciągle szukam inspiracji. Muszę się gdzieś urwać. Wyjechać w jakąś podróż. Tak, tak….
Beata Zalot
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz