Zorganizowanie fikcyjnego przetargu na dzierżawę stacji benzynowej – taki zarzut Wandzie Ch., byłej dyrektor Centralnego Ośrodka Sportu w Zakopanem, stawia prokuratura. Grozi jej do trzech lat więzienia.
Powołanie Wandy Ch. w listopadzie 2005 r. na stanowisko dyrektora COS w Zakopanem było niespodzianką. Jej kompetencje do pełnienia odpowiedzialnej funkcji budziły kontrowersje. Wcześniej była ona m.in. sekretarką w domu wczasowym, kelnerką, zastępcą kierownika ds. konferencji i bankietów w hotelu, księgową w piekarni.
Na terenie należącym do COS–u od strony ul. Żeromskiego działa stacja paliw. Prowadzący stację popadli w tarapaty finansowe. Zainteresowana dzierżawą terenu była firma z Nowego Targu.
Tajemnicze zniknięcie dokumentu– W 2006 r., przed licytacją komorniczą urządzeń stacji odbyło się spotkanie właściciela naszej firmy z panią dyrektor Wandą Ch. Otrzymał on zapewnienie, że COS jest zainteresowany, aby stacja działała i został zachęcony do wzięcia udziału w licytacji – mówi Kinga Maj, przedstawicielka nowotarskiej firmy. – Pani dyrektor powiedziała, że jeżeli staniemy się właścicielami urządzeń na stacji benzynowej, to będziemy mogli ją dalej prowadzić. O szczegółach mieliśmy porozmawiać, jak będziemy właścicielami.
Wcześniej stację prowadziła Krystyna P. Popadła w długi. Jej córka, Joanna P., otrzymała od ówczesnego dyrektora COS Andrzeja Kozaka przyzwolenie na założenie spółki z udziałem krakowskich inwestorów oraz pisemną zgodę na przeniesienie praw do stacji na nowo powstałą spółkę „Pod Skocznią”. To miało wyprowadzić stację na prostą. Na podstawie tej zgody spółka uzyskała koncesję na sprzedaż paliw.
– O zgodzie tej wiedziała dyrektor COS. Powiedziała, żeby poczekać do końca obowiązującej umowy, a potem przepisze ją na spółkę „Pod Skocznią”. Po paru miesiącach Krystyna P. otrzymała jednak od dyrektor Ch. wypowiedzenie umowy, wytłumaczone tym, że aprobaty dyrekcji miało jednak nie być. Zgoda pana Kozaka zniknęła z COS-u. Jej oryginał znajduje się w Krakowie, w Urzędzie Paliw Płynnych, i stąd mamy dowód, że zgoda istniała. Tajemnicze zniknięcie dokumentu składa się na całość działań zmierzających do oszustwa – dodaje pani Kinga Maj.
Nowo powstała spółka „Pod Skocznią” sama nie była w stanie prowadzić stacji. Jej przedstawiciele zgłosili się do nowotarskiej firmy z propozycją sprzedaży spółki.
– Tymczasem komornik zajął urządzenia stacji paliw należące do pani Krystyny P. 7 września 2006 r. za aprobatą dyrektor Wandy Ch. nabyliśmy je na licytacji komorniczej, później kupiliśmy spółkę „Pod Skocznią”. Spółka miała umowę na dzierżawę gruntu. W ten sam dzień z adwokatem poszliśmy do dyrektor Ch., która przyjęła wiadomość o zakupie przez nas urządzeń. Stwierdziła, że pismo w tej sprawie trzeba oddać reprezentującemu warszawski COS mecenasowi G., co zrobiliśmy na drugi dzień. Nigdy nie dostaliśmy odpowiedzi na to pismo. Otrzymaliśmy wtedy od pani Ch. ustną zgodę na remont i prowadzenie stacji – opowiada Kinga Maj.
Pan mecenas G. później miał otrzymać od nowotarskiej firmy kilka pism, które oficjalnie podbijał pieczątką, ale żadnych odpowiedzi nie było. – Pytaliśmy go, czy nie ma potrzeby, abyśmy pojechali do Warszawy. Odpowiedział, że nie ma to sensu. On jest pełnomocnikiem centrali COS. Gdy sprawa się przeciągała, pani dyrektor Ch. i pan mecenas G. tłumaczyli, że to efekt zawirowań kadrowych na górze, w Warszawie. Mecenas zapewniał, że następnym razem przyjedzie z umową. – Z panem G. widzieliśmy się jeszcze 13 października 2006 r. Zapewnił, że wszystko jest w porządku. Tymczasem 19 października, otrzymaliśmy pismo datowane na 13 października, że dwa dni wcześniej odbył się w Warszawie przetarg. W jego wyniku została podpisana umowa z firmą P. Dowiedzieliśmy się, że musimy opuścić stację, bo teren z naszymi urządzeniami został jej wydzierżawiony.
Coś tu śmierdziOburzeni przedstawiciele nowotarskiej firmy pojechali do Warszawy. Tam nikt nie wiedział o ich istnieniu, do centrali nie dotarł żaden dokument. – Nikt nie wiedział, że odbył się u nich przetarg. Pytaliśmy, jak to możliwe? Mówiliśmy, że posiadamy urządzenia, które w 80% zajmują teren stacji, który był przedmiotem rzekomego przetargu, że jesteśmy głównym zainteresowanym dzierżawą terenu i nic nie wiedzieliśmy o przetargu. Od ówczesnego dyrektora COS dowiedzieliśmy się, że otrzymał informację, iż przetarg odbył się, ale w Zakopanem, i dokumenty przetargowe właśnie jadą do Warszawy. Żadne dokumenty nie dotarły. Teraz wiemy, że zostały one stworzone dopiero w grudniu, gdy zgłaszaliśmy sprawę w prokuraturze.
Przedstawiciele nowotarskiej firmy postanowili walczyć o swoje racje. – Dyrektor COS w Warszawie stwierdzając, że „coś tu śmierdzi”, zakazał pani Ch. jakichkolwiek działań związanych z umową, nakazał wstrzymanie przekazania terenu firmie P., która wygrała fikcyjny przetarg. Mimo to dyrektor Wanda Ch. przekazała teren. Firma P. zaczęła najeżdżać stację, groziła zrównaniem jej z ziemią. Musieliśmy wynająć ochroniarzy. Apogeum najazdów miało miejsce, gdy wynajęto samochód z hakiem, który miał zrzucić paletę z cegłami na dystrybutory. Mogło dojść do wybuchu, w zbiornikach było 30 tys. l paliwa. Interweniowała policja. Pani dyrektor Ch. została zaalarmowana o tej sytuacji, ale pomimo naszych próśb nie próbowała powstrzymać firmy P. Na pytanie, czy nie boi się, że to wybuchnie, powiedziała – niech wybuchnie. Najazdy zakończyły się, gdy otrzymaliśmy sądową ochronę posiadania.
Sfingowany przetargInformacje o szczegółach przetargu przedstawiciele nowotarskiej firmy próbowali uzyskać także od dyrektor Ch. – Pytaliśmy, gdzie i kiedy przetarg był ogłoszony. Odpowiedziała, że ogłoszenie wisiało na korytarzu w zakopiańskim COS-ie – co jest kłamstwem, bo takiego ogłoszenia tam nie było. Pani Ch. nie znała odpowiedzi na pytania: kiedy był przetarg, gdzie zostały otwarte koperty. W tamtym czasie księgowa firmy P. była również księgową w COS-ie w Zakopanem. Wystosowaliśmy oficjalny protest do COS w Warszawie oraz skargę do Ministerstwa Sportu. Wyniki ministerialnej kontroli były takie, że przetargu nie było.
Pani Ch. zmusiła pracowników, aby podpisywali oświadczenia, że widzieli ogłoszenie przetargowe – do czego przyznali się przed sądem. W czasie kontroli okazało się, że zostały one wymuszone i były nieprawdziwe. Pani Ch. po prostu sfingowała przetarg, aby oddać stację konkurencyjnej firmie. Po tej kontroli spółka podpisała ugodę z COS w Warszawie i prowadzi stację nadal. Jednakże dalej nasza sytuacja nie jest pewna – dodaje Kinga Maj.
31 grudnia 2009 r. Prokuratura Rejonowa w Zakopanem sporządziła akt oskarżenia przeciwko Wandzie Ch. Zarzuca się jej niedopełnienie obowiązków służbowych przez zatajenie możliwości dzierżawy stacji benzynowej i wydzierżawienie jej firmie P. Straty odniósł w ten sposób skarb państwa i nowotarska firma.
Niedawno w zakopiańskim sądzie rozpoczął się proces w tej sprawie. Wanda Ch. na sali rozpraw stwierdziła, że aktu oskarżenia nie zrozumiała, gdyż jest „niejasno sformułowany”. Nie przyznała się do winy i odmówiła składania wyjaśnień. W aktach sprawy znajduje się m.in. ocena biegłego, który badał komputer COS. Stwierdził on, że dokumenty dotyczące ogłoszenia o fikcyjnym przetargu zostały utworzone już po jego rozstrzygnięciu. W komputerze znaleziono zresztą dwa takie dokumenty, oba ze wstecznymi datami.
O tym, jak poważna jest to sprawa, świadczy fakt, że zajmowała sie nią Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która – według naszych informacji – prowadziła podsłuchy telefonów właścicieli firmy P.
My też jesteśmy pokrzywdzeniJeden ze współwłaścicieli firmy P. twierdzi, że w całej sprawie jest ona również pokrzywdzona. – Wygraliśmy przetarg na dzierżawę stacji. Podpisaliśmy umowę, płaciliśmy czynsz, a nie mogliśmy przejąć tego terenu. Dysponujemy wyrokami sądu potwierdzającymi, że podpisana z COS-em umowa była ważna. Teraz czas trwania umowy dobiegł końca. Nie mamy zamiaru tak pozostawić tej sprawy, będziemy skarżyć COS o odszkodowanie.
Współwłaściciel firmy P. twierdzi, że informacje o przetargu były dostępne „na mieście”. Firma dowiedziała się o nim z kilku źródeł – od jednego z pracowników, od księgowej. – Najdziwniejsze jest to, że przedstawiciel protestującej firmy w pewnym momencie przyszedł do nas i chciał się dogadać. Oznacza to, że uznał nasze prawa do stacji. Nigdy nie najeżdżaliśmy tego terenu. To kłamstwo. Próbowaliśmy tylko przejąć to, co do nas formalnie należało, wytyczyć dzierżawiony przez nas teren – oświadcza współwłaściciel firmy P. Nie ukrywa także, że wie o podsłuchach prowadzonych przez ABW. Na pytania o to, czy był przesłuchiwany przez funkcjonariuszy Agencji, odpowiada, że łatwiej byłoby wymienić służby, które nie interesowały sie tą sprawą.
Gdy cała ta sprawa wyszła na jaw, Wanda Ch. została odwołana ze stanowiska. Oddała COS do sądu pracy. Przez wiele miesięcy przebywała na zwolnieniach lekarskich. Warszawska centrala nie mogła zwolnić jej z pracy.
Paweł Pełka
0 0
A co na to Kasia,nasza największa kijankowa Automobilistka na Podhalu?
0 0
no jak to co? jestem zdziwiona, bo ta pani to z namaszczenia PISu rzadzila ??? wiec jak z tym prawem skoro jest lewo??
0 0
Poważnie?No to wynikało by z tego,że na \"pisowskim\" paliwie jeździsz czyż nie?...;) ;) ;)
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz