Tartak nad samym potokiem w Sidzinie działał przez lata. Ale gdy pojawiły się nowe piły - sąsiad nie wytrzymał hałasu. I rozpętała się wojna.
- Co pan tu zdjęcia robi? Pytał kogo? Ja nie pozwalam - krzyczy zza płotu sąsiadka Stanisława Maja.
- Chciałem porozmawiać na temat samowoli budowlanej przy ulicy. Jest mąż? - dopytuje dziennikarz.
- Nie ma! I nie ma o czym rozmawiać! - rzuca kobieta.
Po chwili, gdy wchodzimy na teren stolarni wciśniętej między koryto strumyka a drogę, jednak pojawia się właściciel. - To teren prywatny, nie macie tu nic do szukania, proszę nie robić zdjęć - woła zdenerwowany.
Gdy próbuję tłumaczyć, że ani potok, który fotografuję, ani droga nie są prywatną własnością - właściciel żąda okazania legitymacji. Denerwuje się, gdy nie dostaje jej do ręki. - Przynieś aparat, muszę ją sfotografować - krzyczy do młodego mężczyzny, który pozostał na progu domu. Nie przynosi. Właściciel bierze do ręki pokaźny kij i rysuje nim na skraju asfaltu granicę. - To moje, teren prywatny i nikomu wchodzić tu nie wolno! - krzyczy.
Jeszcze niedawno w tym miejscu, na samym skraju drogi składował bele drewna przygotowanego do obróbki. Przed tym, by nie stoczyły się na drogę, miały chronić wbite w ziemię niewielkie słupki.
Na swoim czy na państwowym?
Sidzina Górna, niewielka droga wiedzie na osiedle Czarnowa. Asfalt wije się między domami, w pewnym momencie widać sporej wielkości tartak. Kilka pni pod wiatą, niewielki rodzinny interes. Tyle że zdaniem sąsiada - uciążliwy, a do tego nielegalny.
- Niestety, hałas granicy nie szanuje - mówi poirytowany sąsiad. - Przecież gdy pracują, to tu się nie da wytrzymać. Huk w całym domu. I tak od rana do wieczora.
Rzeczywiście, hałasu nawet nie ma co stłumić, bo stolarnia to wiata od drogi osłonięta jedynie kotarą z materiału.
W lipcu Stanisław Maj odniósł małe zwycięstwo. Choć urzędy nie uznały go za stronę sporu, bo przez gminną drogę nie sąsiaduje bezpośrednio z tartakiem - złożył skargę na sąsiada. Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego uznał obiekt za samowolę budowlaną i wydał nakaz rozbiórki. Wyszczególnia po kolei, co ma zniknąć z przydrożnej działki: wiata oraz 3 wózki na fundamencie betonowym pod wiatą jak i poza nią.
Właściciel miał tłumaczyć inspektorom, że tartak zbudował jego ojciec jeszcze w latach 70. ub. w., a jedyna przebudowa, jaką zrobił, to wymiana poszycia dachu. A w ogóle to wszystko było użytkowane jedynie na własne potrzeby, stąd nie ma żadnych dokumentów. Okazuje się też, że teren, na którym stoi zakład, w planie zagospodarowania gminy zapisany jest jako teren zieleni.
Zupełnie inne spojrzenie na prawo własności niż właściciel działki pod tartakiem, ma Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej. Już z tytułu odpowiedzi na skargę Maja wiadomo, że sprawa jest przesądzona - "tartak zlokalizowany jest bezpośrednio na potoku w miejscowości Sidzina" - czytamy.
W dalszej części jest informacja, że właściciel tartaku został wezwany do natychmiastowego zaprzestania korzystania z części zajmowanej działki, która jest własnością Skarbu Państwa.
Tartak jak stał tak stoi, choć - jak przyznaje sąsiad - piły już nie rżną od rana do wieczora. Jednak o rozbiórce nikt nie myśli. Świeże deski i wióry wskazują, że produkcja ma się dobrze.
Wolny rynek niczym wolna amerykanka
Robert Lenart z Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego przyznaje, że wydana przez niego decyzja w sprawie tartaku nie jest prawomocna. Właściciel odwołał się już do Wojewódzkiego Inspektora w Krakowie. To może przedłużyć postępowanie nawet na całe lata.
- U nas takie sprawy "leżą" bardzo krótko, ale jest cała procedura odwoławcza z sądami administracyjnymi włącznie. Jedna ze spraw, które prowadzę, ciągnie się od 1993 roku - zauważa. Jak przyznaje inspektor, Sidzina jest miejscowością, w której jest bardzo dużo skarg na samowole budowlane. Przemysł drzewny jest dla wielu mieszkańców podstawowym źródłem utrzymania. Niewielkie tartaki od lat działały przy domach stawianych w ciasnej zabudowie. Odgłos pił, unoszący się pył i dym palonych trocin coraz bardziej dokuczają sąsiadom. Wiele doniesień to także próba "załatwienia" konkurencji za pomocą urzędników.
fig
0 0
Droga jest gminna, bo gmina ukradła drogę prywatnemu właścicielowi nic za to nie płacąc. Proszę sprawdzić w dokumentach. Według urzędników to się nazywa komunalizacja.
Potok też powinien być tego, kto ma ziemię do potoka. Tak było od zawsze do komuny. Zdjęcia to sobie możecie urzędnikom robić.
Przdsiębiorca na swoim równy Wojewodzie
0 0
Zazdrość go bierze że siąsiad dorobił się tartaku i jakoś sobie radzi; I chwała takim ludziom za chęci do pracy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz