Werner kocha Żydów. Jego ojciec zabijał ich strzałem w kark - Werner Oder, syn austriackiego zbrodniarza wojennego, jednego z katów Rabki, promował w uzdrowisku swą rozliczeniową książkę.
Na dwóch zachowanych w archiwum Wernera fotografiach jego ojciec wcale nie wygląda demonicznie. Szczupły, niewysoki, w białym tweedowym garniturze - gość, który mógłby się wmieszać w tłum, kompletnie nie przykuwając uwagi. Nawet w SS-mańskim mundurze wygląda jakoś tak niepozornie. Zupełnie inaczej tę niepozorną postać odbierali świadkowie przesłuchiwani podczas procesu zbrodniarza wojennego oberscharführera Odera. W ich zeznaniach Wilhelm jawi się jako ucieleśnienie zła. Kierownik administracyjny rabczańskiej szkoły nazistowskiej tajnej policji, a zarazem - instruktor od wyszkolenia strzeleckiego, który udoskonalił \"najbardziej ekonomiczną\" metodę mordowania więźniów przy pomocy jednego strzału w kark. Zbrodniarza, który według zeznań naocznych świadków miał w zwyczaju katować uwięzionych Żydów i rozstrzeliwać ich w ramach szkolnych zajęć i tak, po prostu - dla przyjemności.
*
- Ojciec nigdy nie odpowiedział za mordowanie ludzi podczas wojny. Siedział w więzieniu w związku z oskarżeniami o złe traktowanie więźniów - wspomina Werner. Na pytania o liczbę ludzi, którzy polegli z ręki Wilhelma, Werner nawet nie próbuje precyzyjnie odpowiedzieć. - Ludzie mają skłonność do upraszczania. Sugerują, że zbrodniarz, który ma na sumieniu jedno życie, jest mniej zły od tego, który zabił setkę ludzi. To błędne rozumowanie. Zabić jednego człowieka to zbyt wiele - tłumaczy.
*
Werner Oder począł się już po wojnie, w więzieniu. Swojego ojca zobaczył po raz pierwszy, gdy ten wyszedł na wolność. Werner miał wówczas kilka lat. Niewiele zapamiętał z tamtego okresu. Ojca wspomina jako postać demoniczną. - Całe moje dzieciństwo spędziłem w łóżku, leżąc schorowany, zwinięty w kłębek jak zwierzę. Nigdy nie nauczyłem się bawić, nigdy nie zagrałem w piłkę z kolegami.
Pamiętam jedną sytuację związaną z ojcem. Była zima. Chorowałem, nie byłem w stanie iść do szkoły. Leżałem w łóżku. Ojciec szarpnął mnie za rękę. Twierdził, że potrzeba mi świeżego powietrza, dzięki temu miną wszelkie dolegliwości. I wystawił mnie za drzwi, na śnieg. Nie miałem ubrania, było przeraźliwie zimno, chowałem się za zwałami śniegu przed wiatrem. Mam zabrała mnie dopiero jak ociec wyszedł z domu - wspomina Werner.
*
Młodszy Oder do dzisiaj nie może zrozumieć postępowania swojej matki, która zdecydowała się związać z pospolitym kryminalistą i zbrodniarzem. - Tajemnicę zabrała ze sobą do grobu. Ona też była ofiarą holokaustu...
Wilhelm Oder związał się z nazistami jeszcze przed wojną. Pod koniec lat 30. trafił do więzienia, podejrzewany o udział w zamachu na austriackiego kanclerza. Sąd skazał go na śmierć. Wyroku nie wykonano, bo do Austrii w 1938 roku wkroczyli Niemcy. Dzięki nazistom Wilhelm odzyskał wolność, wstąpił do SS, został wysłany na specjalne kursy do Dachau. Absolwenci szkolenia zasilali szwadrony śmierci, działające na terenie całej okupowanej Europy. Wilhelm został wysłany do Rabki. W tutejszej \"Szkole Śmierci\" był kierownikiem administracyjnym i prowadził zajęcia strzeleckie. Każdy z jego kursantów musiał na zaliczenie wykonać egzekucję na żydowskim więźniu...
*
Gdy Werner rozpoczął zbieranie materiałów do książki - natrafił na zmowę milczenia. Obowiązywała nie tylko wśród rodziny, ale także wśród sąsiadów, znajomych. Powód? Środowisko nie widziało nic złego w nazistowskiej ideologii. Adolf Hitler był uważany przez krewnych Wernera, za \"porządnego człowieka\". Wszyscy sprzyjali mu mniej lub bardziej otwarcie. - Starałem się znaleźć kogokolwiek z rodziny, który byłby związany z ruchem oporu. Niestety, nie udało się - zaznacza pastor. Przywołuje jedynie przykład swojego wuja, który kilka lat przed wybuchem wojny związał się z żydowską dziewczyną. Wkrótce poślubił ją i zaadoptował jej nieślubne dziecko. W czasie okupacji wyrobił żonie \"mocne\" dokumenty i ochraniał przez całą okupację. To jednak nie przeszkadzało mu być fanatycznym wyznawcą Hitlera, nazistą, wysokim funkcjonariuszem SS, odznaczonym przez samego Führera najwyższym odznaczeniem: orderem krwi. - Kiedyś próbowałem jednego sędziwego członka swojej rodziny podpytać, jak to było z orderem wujka. Osoba, która mimo podeszłego wieku cechowała się wybitną pamięcią, potrafiła np. ze szczegółami opowiedzieć o swym urlopie na Cyprze z lat 50., - wszelkie pytania o wojenną historię kwitowała niepamięcią. To świetny przykład na panującą zmowę milczenia.
Zmowa był w Austrii czymś powszechnym. Naziści mogli liczyć na wsparcie ze strony zwykłych ludzi, nieformalnej organizacji konspiracyjnej zrzeszającej byłych SS-manów (ODESSA), a nawet katolickiego duchowieństwa. Austria była dla nich w miarę bezpiecznym azylem. Niektórzy hitlerowcy korzystają z niego do dziś. - Ci ludzie nadal spotykają się w kafejkach, nazywają wzajemnie \"towarzyszami broni\" i przy piwie wspominają dawne czasy - zaznacza Werner. - Kiedyś kuzyn zabrał mnie do ukrytego wśród lasów domku myśliwskiego. Spotkałem tam grupę miłych starszych panów. Zapytali, czy jestem krewnym Wilhelma Odera. Gdy potwierdziłem, że jestem jego synem, padło stwierdzenie: to był porządny człowiek. Gdy już bez ogródek wyjaśniałem, co naprawdę myślę o tym \"porządnym człowieku\", atmosfera przestała być miła...
*
Werner jest dziś czarną owcą w rodzinie. Wielki przyjaciel Żydów - syjonista, gorący orędownik zasad chrześcijańskich, działacz na rzecz pojednania i przebaczenia krzywd wojennych, których sprawcami byli Austriacy. Człowiek wierzący, \"kalający własne gniazdo\" pastor - nijak nie przystaje do drzemiących wciąż gdzieś głęboko nazistowskich ideałów.
- Zawsze chciałem przyjechać do Rabki. Chciałem przeprosić za te krzywdy, których doświadczyli w czasie wojny wasi ojcowie, dziadowie od Austriaków - podkreśla Werner.
Co wpłynęła na tę kompletną zmianę światopoglądu chłopaka wychowanego od najmłodszych lat w duchu nazistowskiej ideologii? - Bóg - odpowiada bez namysłu młodszy Oder. Werner poszukiwał Boga od najmłodszych lat. Poszukiwał Go nawet, gdy jeszcze o tym nie wiedział. Spotkał na swej drodze młodego Niemca Petera, która wskazał mu drogę do nawrócenia. Miał szczęście? - To była raczej ręka Boska, wielka łaska - podkreśla Werner.
*
W niedzielę 19 sierpnia Werner Oder promował w rabczańskim MOK-u polskie wydanie swojej książki \"Walcząc z demonami nazizmu\". - Napisałem tę książkę dla siebie, żeby odkryć swoje prawdziwe dzieciństwo. Nie chciałem żyć z dziedzictwem syna nazisty.
mk
0 0
I tak dalej będzie żył z tym dziedzictwem,jako syn mordercy-nazisty.To nic nie zmienia,chociażby napisał multum książek dla siebie.
0 0
Pewno ze nie, ale stara sie wytlumaczyc. Sam przeciez nie jest winny...
0 0
bo jest wrażliwy i nie umie sie odciąc od \"korzeni\" . Z kolei ojciec jego w pewien sposob znecał sie i nad nim , stad to wszystko pewnie
0 0
To dobrze , że pan Werner tak się zachował i ma odwagę się przyznać do tego kim był jego ojciec. Ciekawe czy znajdzie się choć jeden syn zbrodniarza komunistycznego , który postąpi tak samo !!! Na razie ....cicho....
0 0
\"Wiedząc, że nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego.\" 1 list Piotra 1, 18 - 19.
To Pan Jezus uwolnił go od przeszłości i dał mu nowe życie. Zachęcam do czytania Pisma Świętego, za którym poszedł także Werner.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz