Jerzy Janowiec z Rabki pozwał do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka Federację Rosyjską. Chce, żeby świat wreszcie poznał całą prawdę o ojcu – spokojnym weterynarzu z Rabki, który z przestrzeloną potylicą spoczywa w zimnym dole pod Charkowem.
– Nie boi się pan drażnić niedźwiedzia? Przecież właśnie teraz rosyjskie czołgi rozjeżdżają Gruzję? – druh Jurek Janowiec uśmiecha się szeroko. Wysoki, dziarski, wiecznie zajęty emerytowany architekt przed osiemdziesiątką. Ściska w ręce formularz wniosku do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Tytuł pozwu brzmi jak jakiś żart: Jerzy Janowiec przeciwko Federacji Rosyjskiej. – Nie boję się – pan Jurek odpowiada bez wahania. – Ja kiedyś, jeszcze za komuny, zrobiłem ojcu symboliczną mogiłę na rabczańskim starym cmentarzu. Na pomniku umieściłem zdjęcie i napisałem, że tata zginął w Charkowie, zamordowany przez NKWD. Ludzie pielgrzymowali do tego grobu. Moi koledzy z harcerstwa przyprowadzali potajemnie na cmentarz całe zastępy zuchów. Wtedy się nie bałem i teraz się nie boję.
*
Zaryte, dzielnica Rabki, położona na stokach Lubonia Wielkiego – tutaj przed wojną stał dom rodziny Janowców. Z Zarytego pochodził Andrzej, weterynarz powiatowy, tata Jerzego. Mama Helena była pierwszą kierowniczką miejscowej szkoły i założycielką Związku Podhalan. Andrzej podczas wojny światowej dostał się do niewoli włoskiej. Po zwolnieniu wstąpił do armii generała Hallera. Z „hallerczykami” wrócił do Polski. Dosłużył się stopnia porucznika.
*
Wrzesień 1939 – to bodaj pierwsza data z dzieciństwa, którą Jerzy tak dobrze zapamiętał. – Uciekaliśmy przed Niemcami na wschód. Dotarliśmy do Kasinki. Mieliśmy tu przeczekać kilka dni, a potem wrócić do domu. Tam przeżyłem pierwsze w życiu bombardowanie. Była piękna niedziela, lazurowe niebo. Samoloty nadlatywały znad góry Szczebel. Wysypaliśmy się z chałupy, żeby popatrzeć, jak „nasi” lecą. „Nasi” okazali się eskadrą niemieckich bombowców. Piętnaście minut później w ogniu stała cała wieś.
Wozem rabczańskiej straży pożarnej dostaliśmy się do Limanowej, a stamtąd dalej, na wschód. W Raciechowicach usłyszeliśmy o drugiej mobilizacji. Ojciec, oficer rezerwy, musiał iść na wojnę. Awansowali go na kapitana, przydzielili ludzi. Oddział został wcielony do armii „Kraków”. Z wojskiem tata dotarł do Lwowa. Tam nasi znajomi przekonywali go, że to już koniec, namawiali do ucieczki. Bez skutku. Oficerski honor nie pozwalał – opowiada.
Siedemnastego września Andrzej został aresztowany na lwowskiej ulicy przez komunistyczną bojówkę. Trafił do obozu w Starobielsku. Pan Jerzy pamięta, że w grudniu mama dostała ostatnią wiadomość od ojca – kartkę z obozu. Jerzy przechowuje ją jak relikwię. Pocztówka napisana w listopadzie 1939 roku. Na pożółkłym papierze Andrzej zapewnia bliskich, że „jest żywy i trzyma się zdrowo”. \"Nie mam spokoju o was, czy żyjecie, czy wróciliście wszyscy – i to mnie najwięcej martwi\" – pisze, że niepokoi się o rodzinę, czy ma za co żyć i czy dom nie spalony. „Odpisz, Haluśku, krótko, parę zdań, jako odpowiedź na powyższe, bym otrzymał. Jedynym marzeniem moim jest w życiu, by was jeszcze zobaczyć…\".
– Matka natychmiast wysłała odpowiedź, jednak wiadomość wróciła z adnotacją, że adresat nieznany. Przez całą okupację przez Czerwony Krzyż usiłowaliśmy ustalić miejsce pobytu ojca. Teraz już wiemy, gdzie był. W zbiorowej mogile – Jerzy zawiesza głos.
W styczniu 1940 znajomy weterynarz z Nowego Targu, który uciekł z Starobielska, opowiadał Janowcom, że jeńcy są przetrzymywani w szczerym polu: oficerowie i zwykli żołnierze. W sumie – ponad dwanaście tysięcy ludzi. Znajomy namawiał pana Andrzeja, żeby przyłączył się do ucieczki. Odmówił. Była zima, a Andrzej miał kłopoty ze zdrowiem. Poza tym wierzył, że wkrótce i tak wszyscy zostaną zwolnieni. Faktycznie, Sowieci zaczęli wypuszczać szeregowych żołnierzy. Jeden z podkomendnych Andrzeja zapukał do domu Janowców. – Przywiózł nawet pieniądze, które podał nam ojciec. Ale dostaliśmy je dopiero po wojnie. Po zwolnieniu przez Rosjan żołnierz wpadł w łapy Niemców i końca wojny doczekał w obozie, w głębi Rzeszy. Te dwie przedwojenne pięćdziesięciozłotówki przechowuję do dzisiaj – zaznacza pan Jerzy.
Po wojnie Janowcowie byli niepokojeni przez UB. Władza podejrzewała, że Andrzej poszedł do lasu. Naloty skończyły się, gdy na wniosek pani Janowcowej sąd uznał jej męża za zmarłego. Rodzina jednak wciąż miała nadzieję, że któregoś dnia Andrzej wróci do domu.
*
Wiadomości o tym, co Sowieci zrobili z polskimi oficerami, którzy po „wrześniu” wpadli w ich ręce, dotarły do Janowców długo przed oficjalnymi komunikatami. – Nasza sąsiadka wróciła z Kanady i przywiozła książkę o sprawie Katynia. Po tej lekturze mama dostała apopleksji. Niestety, nie doczekała ostatecznego wyjaśnienia sprawy – mówi pan Jerzy.
W 1991 roku, po pierwszych ekshumacjach, kiedy było już pewne, że w Charkowie spoczywają więźniowie Starobielska, pan Jerzy pojechał tam z pielgrzymką. Obejrzał budynek NKWD, w którym rozstrzeliwano jeńców. Chciał wejść do „kazamatów”, jednak oficer, widząc grupę z biało-czerwonymi opaskami – nie pozwolił. Tłumaczył, że to „normalne miejsce pracy”. Zagadnięty na ulicy Charkowa staruszek doskonale pamiętał polskich oficerów. Na pytanie o ich los odpowiedział: „ujechali domoj”. Pan Jerzy miał okazję odwiedzić Charków jeszcze dwukrotnie.
*
Dopiero w 1993 roku Polski Czerwony Krzyż potwierdził, że Andrzej Janowiec figuruje na liście Jeńców Wojennych obozu w Starobielsku pod numerem 3914. „Lista została sporządzona przez komendanta obozu, według którego jeńcy odeszli (rosyjskie słowo „ubyli”) z obozu NKWD w Starobielsku (…) należy przyjąć, że Pana ojciec został zamordowany w 1940 roku\" – brzmiał lakoniczny komunikat. Jednak ostatnie złudzenia prysły dopiero dwa lata później. Przy okazji ekshumacji charkowskich mogił w 1995 roku zostały wydobyte zwłoki porucznika Andrzeja Janowca. Zostały zidentyfikowane na podstawie karteczki z notatnika, ukrytej w kieszeni płaszcza.
*
– Jak doszło do tego, że pozwałem do sądu Federację Rosyjską? – Pan Jerzy powtarza pytanie, jakby próbował przygotować się do odpowiedzi – perfekcyjnie, starannie, jak zwykle. Rosyjska buta – to był pierwszy powód. Gdy Jerzy czytał w rosyjskich gazetach, że Katyń to nie zbrodnia wojenna, a jedynie bandycki napad, zorganizowany przez nieznanych sprawców – krew burzyła się w jego żyłach. Podobnie czuł się, gdy rosyjska prokuratura wojskowa nie chciała go uznać za stronę „Sprawy Katyńskiej”. A w ironicznych pismach przekonywała, że sprawiedliwości przed rosyjskimi sądami mógłby dochodzić jedynie pokrzywdzony – Andrzej Janowiec. Jeśli się zgłosi – może nawet dostanie wgląd w dokumenty.
Jerzy nie ma poczucia, że pozew do Trybunału jest drogą na skróty. Próbował szukać sprawiedliwości na miejscu, w Rosji. Pomagał mu kolega z Rabki, dziś uznany warszawski adwokat Józef Szewczyk. Kiedyś, w latach pięćdziesiątych, byli razem z Józkiem w harcerstwie, w słynnej „Żółtej Dwójce” – drużynie imienia gen. Władysława Sikorskiego. Po dwóch latach UB rozwiązało harcerstwo. A druhowie? Dorośleli. Każdy poszedł w swoją stronę. Szewczyk zrobił karierę wojskową. Przeszedł na emeryturę na początku lat dziewięćdziesiątych. Wcześniej zajmował najwyższe stanowiska, z fotelem wiceministra sprawiedliwości włącznie. Teraz prowadzi kancelarię w Warszawie. Z dawnych czasów pozostały mu jednak moskiewskie znajomości. Tylko on mógł coś wskórać wśród kremlowskiej biurokracji. W Moskwie okazało się, że polski adwokat nie może występować przed rosyjskim sądem.
– Józek znalazł kogoś na miejscu. Wbrew pozorom to wcale nie było łatwe. Dwóch miejscowych prawników nam odmówiło. Dopiero trzeci – mecenas Władimir Buszujew zgodził się pomóc. Tamtejsi adwokaci sporo ryzykują, podejmując się takiej sprawy. Pierwsze pół roku trwała kompletna cisza. Czasami bałem się o naszego pełnomocnika. Gdy przez kilka dni nie odbierał telefonu obawiałem się najgorszego. Miałem rację. Wiem, że mecenas wysłuchiwał paskudnych pogróżek – relacjonuje Jerzy Janowiec. – Sprawa o uznanie nas za stronę w Sprawie Katyńskiej – zgodnie z przewidywaniami – zakończyła się klapą. Jednak osiągnęliśmy cel. Wyczerpaliśmy wszystkie możliwości odwoławcze przed sądami rosyjskimi, a to warunek wniesienia sprawy przed Europejski Trybunał Praw Człowieka. Niewielu pokrzywdzonym w sprawie katyńskiej udało się tego dokonać. Ludzie są przez Rosjan dezinformowani. Kierują sprawy do sądów cywilnych, choć powinni – do wojskowych. To zamyka im drogę do Strasburga – zaznacza.
Jak ocenia szanse w Trybunale? – Trudno powiedzieć, czy teraz, w stanie tej zimnej wojny z Rosją, Trybunał będzie chciał się boksować z Wielkim Bratem.
Marek Kalinowski
0 0
Trzymam za Pana kciuki i życzę powodzenia,cierpliwości w załatwianiu tak trudnej sprawy (prawda zawsze zwycięży) mam nadzieję, że prawnicy po tamtej stronie nie zginą z niewiadomej przyczyny jak do tj pory bywało .
0 0
to jest wina naszych komunistycznych rządów, że zrzekły sie wszelkich roszczeń dlatego Polacy nie mogą otrzymywać a nawet dochodzić od Rosjan żadnych odszkodowań, czy to dotyczących mordów ludobójczych czy zaboru mienia w wyniku przymusowych wywózek i deportacji, też życzymy Panu dużo zdrowia w walce z czerwoną zarazą bo to niestety nadal czerwona zaraza, której i u nas dostatek a ponoć w unijnych instancjach jeszcze więcej i mocniej
0 0
nie taki niedźwiedź straszny jak go malują -może i duży i głośno ryczy ale i z nim można sobie poradzić popieram pana janowca i zastanawiam się czy znajdzie się jeszcze ktos tak samo odważny
0 0
Wszyscy trzymamy kciuki i życzymy duzo zdrowia i wytrwałości w dążeniu do celu.Wielki szczacunek dla p.Janowca!
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz