– Umierającego często wystarczy tylko dowartościować. Podkreślić, że miał wspaniałe życie, był potrzebny. I jest potrzebny… – o życiu i przejściu do życia z dr Ireną Hanusiak, ordynatorem oddziału paliatywnego szpitala w Rabce, rozmawia Józef Figura
– Słownikowa definicja pojęcia paliatywu to „przynoszący chwilową ulgę, ale nie leczący”. To trudne dla lekarza –świadomość niemożności leczenia.– Trudne, ale konieczne. Wielu ludzi chciałoby mieć szybki efekt – operacja, cięcie i rezultat. Ale tak się nie da. Ojciec Pio miał piękną nazwę dla tego typu placówki – dom ulgi w cierpieniu. W Polsce opieka paliatywna rozwija się z sukcesem, mamy wysokie miejsce w świecie. Zastanawiamy się, czy nie zmienić tego określenia. Jestem za określeniem „ulga w cierpieniu”, bo przecież cierpią wszyscy – młodzi i starsi. Cierpienie jest, i to nie tylko związane z własną chorobą, ale to też cierpienie rodzin, które patrzą na dramat bliskiej osoby. Tu także one mogą znaleźć pomoc, chwilę wytchnienia.
– Ale jak rozmawiać z człowiekiem, mając świadomość, że to są jego ostatnie miesiące, tygodnie, dni… minuty?– Trzeba mieś wypracowaną własną metodę. Tu nie ma standardów. Coraz częściej panuje przekonanie, że pacjent powinien wiedzieć o wszystko o swoim stanie. Moim zdaniem nie jest to dobre. Człowiek chory musi mieć nadzieję, a prawda może tę nadzieję odebrać. Do pacjenta trzeba podchodzić przede wszystkim z radością.
– Przecież on cierpi…– Ale to jest inna radość. Radość bycia z człowiekiem, trzymania za rękę, rozmowy, patrzenia w oczy, dawania mu poczucia bezpieczeństwa. Nie chodzi o to, by się tylko uśmiechać – to nie może być naiwne. Chory się cieszy z najdrobniejszych rzeczy. Z tego, że żyje, że może wykonywać najprostsze czynności. On lubi, żeby ktoś koło niego był.
– On nie tylko bierze, ale też sam daje. – Nam wystarczy jego zadowolenie, słowo podziękowania, życzliwość rodzin. Uczymy się cierpliwości, bo oni są cierpliwi. To jest ogromna wartość, która pozwala nam pokonać trudności na co dzień.
– Po dniu pracy czuje się pani przygnębiona, zdołowana?– Tego się tak nie odbiera. Wiadomo, trzeba odpocząć. Dla mnie najlepszym odreagowaniem jest ruch, góry. Odpoczynek w naszej pracy jest bardzo potrzebny. Chociażby, żeby zatęsknić za pracą.
– Ma pani bardzo młody, oddany zespół. Trudno znaleźć odpowiednią pielęgniarkę czy salową do tego typu trudnej pracy?– Tak, bo trzeba mieć pasję, ale i doświadczenie. Ale myślę, że coraz lepiej się rozumiemy, stale się „docieramy”. Musimy być życzliwe, lubić to, co robimy. A do tego praca musi dawać satysfakcję. I tak jest. Choć jest bardzo ciężka – trzeba umyć pacjenta, który często nie może już sam załatwić czynności fizjologicznych, trzeba go nakarmić…
– …ale i zadbać o jego wnętrze, psychikę.– Tak, gdy widzimy, że sił ubywa – trzeba być przy pacjencie. Porozmawiać, przygotować go. Jestem ja, pani psycholog, ksiądz.
– To tym trudniejsze, bo przecież nie potrafimy mówić o śmierci. Boimy się jej. Nasza kultura przedstawia ją jako dziką kostuchę. Śmierć jak u Malczewskiego – jako piękna kobieta, zamykająca delikatnie oczy cierpiącego człowieka – to rzadkość.– Cóż, człowiek się broni, jak może… Ale myślę, że Ojciec Święty dał nam taki piękny obraz cierpienia i odchodzenia.
– Ale to wyjątkowy przypadek. Jaka jest śmierć, którą widzi pani tu, w szpitalnym oddziale?– Pacjenci nie skarżą się, że się boją. Czasem trzeba ich uświadomić, że muszą się przygotować. Jedni chcą o tym rozmawiać, inni nie. My to wiemy i szanujemy. Ale jeśli ktoś mówi o umieraniu czy nawet prosi: „dajcie mi coś, bo chcę odejść” – on daje znak, prosi o pomoc. Na te rozmowy trzeba mieć czas. To wspaniałe rozmowy. Bo się pomaga. Chory zaczyna zauważać, że trzeba się przygotować, pożegnać z najbliższymi. Potem już nie trzeba mówić. On już mówi zupełnie o czymś innym. I panuje spokój.
– Wydaje się, że chory w ostatnich dniach żyje już jakby w innym świecie. To tylko sprawa leków przeciwbólowych, czy coś więcej?– To nie znieczulenie. On ma już inne relacje ze światem, z Bogiem. On już jest innym człowiekiem, żyje w innej rzeczywistości, jest pogodzony. Trzeba mu tylko zapewnić warunki, żeby mógł spokojnie odejść.
– I porozmawiać z nim. To są trudne rozmowy…– Często trzeba go tylko dowartościować, podkreślić, że miał wspaniałe życie, był potrzebny i jest potrzebny! Najgorzej jest, gdy ma świadomość braku własnej wartości. Trudniej z młodymi ludźmi. Oni nie chcą umierać, proszą o ratunek do końca. Pamiętam czterdziestoparoletnią pacjentkę chorą na raka, która chciała żyć – dla dzieci. Wobec takiego odejścia nie da się przejść obojętnie. Tu nie obejdzie się bez łez.
– Przychodzi na chorego moment buntu, wewnętrznego krzyku, niepogodzenia się z umieraniem, walki za wszelką cenę?– Nie. Stopniowe odbieranie sił jest takim naturalnym przejściem na drugą stronę. I dobrze, że to się tak odbywa. Z czasem chory się poddaje, godzi, zmienia myślenie. I to nie jest tak, że do końca walczy, by żyć za wszelką cenę Ta chora na raka poprosiła o kilkudniową przepustkę ze świadomością, że to ostatnia możliwość pozałatwiania najważniejszych rzeczy. Resztą będzie musiała zająć się rodzina.
– Wierzącemu łatwiej?– Nie wiem, jak jest niewierzącemu... Ale myślę, że tak – mamy jakąś pomoc, wewnętrzną siłę z modlitwy, nie robimy wokół siebie chaosu. Chorego czasem trzeba uświadomić, że namaszczenie jest po to, by dodać siły, by żyć. Ale z niczym nie wolno wychodzić nachalnie. Tu jest na wszystko czas. Jest choroba, okres szukania ratunku, leczenie, później, gdy chory źle znosi terapię, nie da się dozować leków, które miały dawać poprawę, przychodzi okres, gdy w grę wchodzi opieka, pielęgnacja, czas dla chorego. I leki, które dają już tylko ulgę, znoszą cierpienie. I czas, który mu trzeba poświęcić. Jest jakaś harmonia. To tak pięknie zatrzymuje czas…
– Nie potrafimy mówić o śmierci?– A kto chce o niej mówić. Zresztą to może byłoby złe. Życie nasze ma być radosne, niema być tylko myśleniem o ostatniej chwili życia.
– Ale może z drugiej strony bylibyśmy inni? – Patrząc na cierpienie, zaczynamy mieć świadomość bzdurności wielu „problemów”, jakimi żyjemy na co dzień, bezsensu przysłowiowej „walki o miedzę”. W obliczu śmierci otwierają się nam oczy. Bo naprawdę w życiu jest coś ważniejszego. Trzeba kochać i… zastanawiać się nad tym, co się robi.
– Czy cierpienie uszlachetnia?- Tak. I tak trzeba to odbierać. Wystarczy popatrzeć, jak nasz ukochany ojciec czy matka odchodzi – jak szlachetnie, pięknie. To i dla nas nauka, jak my mamy odchodzić. I jak mamy żyć.
– Zbliża się Dzień Wszystkich Świętych. Jak co roku, przejdzie pani cmentarną alejką i…– …przypomnę sobie te wszystkie twarze. Nie umierające, cierpiące, ale gdy były radosne, pełne energii, nie czuły bólu. I znów stanie mi przed oczyma starsza pani, która przed odejściem powiedziała mi: – Zobaczysz, życie to taki krótki film.
– Czuje pani wsparcie „z góry?”– I to bardzo. I mam świadomość ogromnego sensu tego, co robimy. I modlę się za tych, którzy odeszli. Oni przeszli do innego życia, gdzie jest dobro, piękno. A my pomogłyśmy im w tym przejściu.
– Zdarza się pani płakać?– Często.
Rozmawiał
Józef Figura
0 0
jozek doskonały tem wywiad brawo, o ile tak można powiedziec
0 0
brzmi to wspaniale..., z jednym wyjątkiem mianowwicie czy opieka personelu jest istotnie taka. Ocena służby zdrowia jest pozytywna zazwyczaj w wypowiedziach ich samych. Chciałbym wierzyć, że odczucia podopiecznych w kwestiach opieki są tożsame z odczuciami pani ordynator i jej personelu. Od pensjonariuszy nigdy się tego nie dowiemy. Ale jeżeli istotnie tak jest to chylę czoło. Ponad 90% Polaków to praktykujący katolicy dlaczego mam jednak watpliwości....
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz