Matka powiła go w noc Sylwestrową. Pracował w siedzibie Hitler Jugend, budował Nową Hutę. Wyrabiał dwieście procent normy, ale nie został przodownikiem. Mógł mieć w życiu łatwiej, gdyby tylko został „towarzyszem”.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"3192"}
Kazimierz - szczupły, energiczny starszy pan - głaszcze po brodzie ogromnego, rogatego turonia. Jęzor stwora z czerwonego filcu. Morda - z kawałka solidnego drewna, pociągniętego brązową bejcą. Ruchoma, kłapiąca żuchwa i wielkie zakrzywione rogi. W ostatnich tygodniach turoń przeszedł lekki lifting. Nowy element to długa broda i pachnący wyprawą barani „miś” – okrycie dla aktora, odgrywającego rolę jasełkowego capa. Dzięki modernizacjom okutany szczelnie w futra i kaptur turoń został niemal całkowicie pozbawiony cech ludzkich. Dla Kazimierza to kolejny powód do dumy. Podobnie, jak leciwa, ruchoma gwiazda kolędnicza. Wszystkie rekwizyty będzie można obejrzeć podczas spektaklu jasełkowego, który Kazimierz wystawia wspólnie z kolegami z orkiestry OSP. Scenariusz i reżyseria? A jakby inaczej: Kazimierz Łazarski.
***
Która to już kolęda w życiu Kazimierza? Trudno policzyć. Starszy pan doskonale pamięta pierwsze Boże Narodzenia po wojnie. Wtedy kolędowanie przeobrażało się w całkiem spore jasełka. Korowód złożony z ponad dziesięciu postaci: rzymskich żołnierzy; Żydów, z ich królem Herodem; aniołów i diabłów przesuwał się wolno od domu do domu. – Nie kolędowało się za pieniądze. Gospodarz, co najwyżej czymś nas poczęstował. Po prostu robiliśmy to dla rozrywki. Robiliśmy to, bo już było wolno – przekonuje Kazimierz, reżyser i autor scenariuszy wielu kolędniczych przedstawień. Starszy pan zwrócił uwagę, że filozofia kolędowania zmieniła się od „tamtych” czasów diametralnie. Dzisiaj ciężko namówić kogoś do udziału w jasełkach. Kolędnicy idą po najmniejszej linii oporu. Wystarcza wycięta z gazety szopka naklejona na pudełko od butów, dwie zwrotki „Wśród nocnej ciszy” i duże kieszenie na spodziewane przychody. - Młodzi wolą siedzieć przed komputerem niż kolędować. Internet zabiera im cały wolny czas. Jak przyjeżdżają do nas wnukowie z Krakowa na Boże Narodzenie, zaraz ich przebieramy i wysyłamy po kolędzie. Nawet im się to spodobało – cieszy się pan Kazimierz.
Życie bez kolędowania, gry, śpiewu, występów, przedstawień? Byłoby trudne, ale Kazimierz potrafi to sobie wyobrazić, jak zresztą każdy, kto przeżył okupację. – Czy pamiętam te czasy? Oczywiście. Byłam mały, i chciałem iść do partyzantki. Nie poszedłem. Zabrakło determinacji. Może trochę cykor byłem – zastanawia się Kaziu i szybko zaznacza, że miałby, z czym iść do lasu. We wrześniu 1939 roku, niedaleko rodzinnej chałupy, na wzgórzach nad Poniacami i Rabką okopali się żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza. Przygotowali głębokie transzeje, bunkry. Rozstawili działa. Ludziom kazali się wynieść z domów. „Uciekajcie, bo będzie wielka bitwa” - mówili. Bitwy nie było. Któregoś dnia polskie wojsko po prostu znikło. W okopach zostały ogromne ilości amunicji. Kazik wziął parę skrzynek do domu, mając nadzieję, że arsenał da mu kiedyś wejściówkę do partyzantki. Armia musiała jednak poczekać. Może i dobrze. Dla bardziej zdeterminowanym i starszych kolegów Kazika wojna okazała się zgubna. Zginęli od kul, albo w Oświęcimiu… Kazimierz miał niewiele ponad dziesięć lat i zamiast do lasu poszedł do pracy. Służył u Niemców, w willi Stella, gdzie mieściła się siedziba… Hitler Jugend. – Nie zapisali mnie do organizacji – śmieje się dziś Kazimierz. – Tam mogły należeć tylko niemieckie dzieci – podkreśla. Nie ukrywa, że praca u Niemców ani go nie cieszyła ani wielkich profitów nie przynosiła. – Nie było wyjścia. To była walka o chleb. Trzeba było przecież coś jeść.
Jeszcze w czasie wojny Kazimierz poszedł do terminu, do kowala Niechaja. Mistrz prowadził kuźnię w rynku, a zaraz po wojnie wyjechał na Ziemie Odzyskane. Zabrał ze sobą praktykanta. W Górze Śląskiej Kazimierz zdobył drugi fach - mechanika samochodowego. Po egzaminie czeladniczym upomniała się o niego armia. W kamasze poszedł… śpiewająco. – Dobrałem jeszcze trzech kolegów i stworzyliśmy zespół. Szło nam całkiem nieźle. Jednak, gdy po dwóch latach służby wszyscy koledzy wychodzili do cywila, nas dowódca wezwał na dywanik i ogłosił, że będziemy służyć dodatkowe dwanaście miesięcy. Dlaczego? Wojsku spodobała się nasza działalność artystyczna. Prześpiewaliśmy jeszcze rok. Oprócz występów, byłem kierownikiem warsztatu samochodowego. Skończyłem służbę w stopniu sierżanta. To był wyczyn, bo żołnierz w służbie zasadniczej mógł awansować, co najwyżej na kaprala.
W ogóle mnie puścić nie chcieli z tego wojska. Przyszedł oficer. „Kazek” - mówi – „masz dobry głos. Nauczymy się nut, będziesz śpiewał, zrobisz karierę”. Nie chciałem o tym słyszeć. Pomyślałem: Mam fach w ręce. Będę zarabiał prawdziwe pieniądze. Szkoda życia na śpiewanie. Podziękowałem.
***
Był 1953 rok. Przyjechał do domu, do Ponic. Perspektyw tu jednak dla niego nie było. Musiał znaleźć, jakieś źródło utrzymania i to szybko. Nie było czasu na myślenie. Zrobił to, co prawie wszyscy młodzi w tym czasie: pojechał budować Nową Hutę. - Dostałem lokum w kuchence. Miałem naprawiać samochody. Warsztat to było zwykłe zadaszenie, błoto do gumiaków się górą wlewało. Tabor – same ruskie wozy. Jednym słowem: straszne warunki – Kazimierz kurczy się na samo wspomnienie. Wytrzymał cztery lata. Kariery nie zrobił. Choć zasuwał, jak mrówka nie został nawet przodownikiem pracy. Dlaczego? Bo nie chciał się do partii zapisać. Próbowali z niego zrobić komunistę, nawet na siłę wcielili do ZMP.
- Byłeś w ZMP? Toś mi się cholero wcale nie przyznał. No popatrz, popatrz, czego to się człowiek może po latach dowiedzieć z gazety – wtrąca złowrogo pani Władysława, żona Kazimierza. – Dobrze, że się o tym wcześniej nie wiedziałam, bo nie wiem, co by to było – dodaje już mniej stanowczym tonem. – Bo wie pan, ja zawsze byłam patriotką. Też ciągnęli do partii, ale nigdy nie uległam – wyjaśnia.
- To ZMP to się nie liczy – wcale nie na żarty tłumaczy się Kazimierz. – Nikt się mnie o zdanie nie zapytał. Naprawdę. Wpisali, ale po trzech miesiącach wyrzucili. Składek nie płaciłem.
Bez przynależności nie dało się nic osiągnąć na wielkiej socjalistycznej budowie. Nie było mowy o kredycie z kasy zapomogowo - pożyczkowej, o awansie – można było tylko pomarzyć. Podwyżka? Nic z tego. Tylko dla partyjnych. – Kierowałem całym warsztatem mechanicznym, bo znałem się na robocie. Jednak formalnie nie byłem nawet brygadzistą – wtrąca Kazimierz. Niektóre atrakcje zarezerwowane tylko dla „towarzyszy” nie były jednak obce góralowi. Egzekutywa musiała go zabierać na zagraniczne wycieczki motocyklowe. Potrzebny był im mechanik. A Kazimierz był w fachu najlepszy. - Pojechaliśmy do Czechosłowacji. Zatrzymywaliśmy się w jakimś ustronnym miejscu. Partyjni szli zwiedzać a ja im motorów pilnowałem. A może trzeba było się do partii zapisać… Człowiek miałby przynajmniej życie łatwiejsze – Kazimierz uśmiecha się prowokacyjnie, zezując ukradkiem na żonę.
***
Po czterech latach Kazimierz miał serdecznie dość kariery budowniczego Nowej Huty. Wrócił na Podhale, jako właściciel leciwego motocykla DKW. Wrócił w rodzinne strony, bo tu czekała na niego narzeczona. - Po ślubie i weselu w portfelu pozostała nam równowartość paczki giewontów – tak się nazywały popularne wtedy papierosy. Na wódkę już by nie wystarczyło – relacjonuje Kazimierz. Opowiada o swoich dwóch kolejnych miejscach pracy: nowotarskim kombinacie obuwniczym i Państwowej Spółdzielni zajmującej się transportem. – Pracowałem, jak wariat. Całymi dniami. Byłem jedynym w powiecie samochodowym elektrykiem. Koledzy nazywali mnie „Drucik” – wyznaje z uśmiechem starszy pan.
Niedługo po ślubie Łazarscy, przy sporej pomocy finansowej rodziny kupili działkę budowlaną w Rabce. Rozpoczęli budowę domu. – To był prawdziwy horror. Znowu, bez przynależności nie można było nic wskórać. Chciałem się dowiedzieć, czy działka, którą zamierzaliśmy kupić w ogóle jest budowlana. Pojechałem do Nowego Targu, do geodezji. Grzecznie spytałem, a pan mnie ofuknął, że ma kupę roboty i może sprawdzić, ale dopiero za pół roku. Poszedłem do roboty wściekły, jak osa. Do warsztatu przyjechał jakiś ważny sekretarz. Auto mu się zepsuło – skoda „tudorka”. Mówię: nie mogę pracować, bo mnie chyba szlag trafi. Powiedziałem, co mnie spotkało. „Proszę się nie martwić panie Kazimierzu. Jakoś zaradzimy” – pocieszył ważniak. Przed końcem zmiany patrzę a tu podjeżdża swoim wartburgiem ten sam urzędnik z Geodezji i od progu nawija, że akurat miał czas i sprawdził w mapach, że działka jest budowlana. A do tego zupełnie przypadkowo był w okolicy, więc postanowił wpaść i od razu powiedzieć. Zamurowało mnie normalnie. Chyba właśnie wtedy poznałem, co to znaczy siła Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i jej sekretarzy…
Zgromadzenie materiałów potrzebnych do budowy domu na początku lat sześćdziesiątych graniczyło z cudem. Pan Kaziu woził glinę aż z plebańskich pól a później razem z żoną formował z niej cegły i wypalał w zaimprowizowanym piecu. Drewno z lasu pozwoliła wyciąć rodzina. Całą resztę trzeba było „załatwiać”… latami. - Najczęściej stosowany był handel wymienny. Ja komuś naprawiłem samochód a on mi wymurował ściankę albo zrobił centralne ogrzewanie.
- Gdyby któreś z nas było w partii – mielibyśmy wszystko na skinienie ręką. A chodzili za nami. Żonę chciała wpisać do PZPR jej koleżanka oddziałowa. Oboje pracowaliśmy wtedy w sanatorium dziecięcym imienia Wincentego Pstrowskiego w Rabce. Partyjniacy mieli jakieś zalecenia, że każdy musiał kogoś wciągnąć do organizacji. Ta oddziałowa ciągle marudziła: Władzia zapisz się, co ci zależy. Dlaczego się nie zapiszesz? Takie gadki robiły się już nie do zniesienia. Wreszcie żona nie wytrzymała. Wypaliła niezgodnie z prawdą: „Mój mąż jest partyjny. Ja się nie zapiszę, bo jak będą wieszać partyjnych – to ktoś musi dzieci wychować”. Oddziałowa się odczepiła.
Przez cały czas zawodowej kariery Kazimierz nie zapominał o artystycznym powołaniu. Miał może mniej czasu na grę i śpiewanie, ale współpracownicy skwapliwie wykorzystywali jego talent wodzireja. Śpiewający i grający kierowca mechanik - dusza towarzystwa był niezastąpiony na zakładowych imprezach wycieczkach, balach sylwestrowych, jasełkach.
***
W grudniu 81 wybuchł stan wojenny. W trzecim dniu wojny, jaką Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego wydała narodowi polała się krew w kopalni Wujek. - Pamiętam święta Bożego Narodzenia – pierwsze „wojenne”. Umówiliśmy się z księdzem, że będziemy kolędować a za zebrane pieniądze zamówimy mszę za pomordowanych górników. To było zupełnie spontaniczne. Chodziliśmy od domu do domu. Oczywiście bez ogródek mówiliśmy, w jakiej intencji kolędujemy. Na każdym podwórku ktoś się do nas przyłączał. Dwie ulice dalej kolędy śpiewało już prawie czterdzieści gardeł – to robiło wrażenie – relacjonuje pani Władysława.
Kazimierz zapamiętał stan wojenny jeszcze z mniej patetycznych powodów. W sanatorium Pstrowskiego był ogromny prądotwórczy generator. Stan wojny oprócz wielu innych niedogodności cechował się niezapowiedzianymi przerwami w dostawie energii elektrycznej. Władza wojskowa oddała leciwy i często psujący się sprzęt pod pieczę Kazimierza. Gdy tylko zgasło światło, bez względu na porę dnia Drucik gnał na złamanie karku zapuścić ogromny dieslowski motor. – To była kolejna kara za bezpartyjność. Towarzysze partyjni, w obawie przed narodem, zabarykadowali się w prezydium rady narodowej. Za utrzymywanie gotowości mieli naliczane nadgodziny. A ja w tym czasie szarpałem się z generatorem ku chwale socjalistycznej ojczyzny – śmieje się Kazimierz.
***
Od kilkunastu lat pan Kazimierz jest emerytem. – Taki pracuś, jak ja zanudziłby się na śmierć. Szybko musiałem sobie poszukać nowego zajęcia – zaznacza gospodarz, pokazując drogę do swojego prywatnego muzeum. Na ścianach i półkach parterowej przybudówki setki eksponatów. Dwustuletnia socha o lemieszu z pietyzmem łatanym przez bezimiennego góralskiego rzemieślnika; ogromny kierat do mielenia ziarna; pierwsza zamontowana w Rabce jeszcze grubo przed wojną łącznica telefoniczna na 25 numerów i prawdziwe amerykańskie urządzenie do rozdawania kart. Jest też maszyna do pisania, która przeszła wojenny szlak razem z sztabem partyzanckiego oddziału. Pan Kazimierz ciągle poszukuje staroci do swojej ekspozycji, jednak nie zapomniał o muzykowaniu w orkiestrze OSP. Pewnie byłby w pełni szczęśliwy, gdyby nie kłopoty ze wzrokiem. – Nie mogę odczytać nut. Niewiele mógłbym zwojować w orkiestrze, ale nauczyłem się grać na bębnie. Do tego nut nie potrzeba. Wystarczy poczucie rytmu – pan Kazimierz nie traci dobrego humoru. – Bo widzi pan ja taki już jestem w tańcu urodzony – Kazimierz wyjmuje z portfela mocno zniszczoną książeczkę wojskową. Wskazuje rubrykę z datą urodzenia: 01.01.1930. – Urodziłem się w noc sylwestrową. To chyba wiele wyjaśnia…
Marek Kalinowski
0 0
Do pana Marka Kalinowskiego:świetny artykuł ,mam nadzieję ze wyszukiwanie ciekawych ludzi z naszego regionu , opowiadanie o ich zyciu i losach będzie stałą rubryką w TP ,strzał w dziesiątkę
0 0
przydałaby się tylko choćby jedna fotka
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz