To miała być czarodziejska góra. I pewnie by była. Gdyby urzędnicy – jednym zaklęciem – nie zamienili jej w najzwyklejszy las.
– Niech mi pan powie, kto może w okolicach Rabki zaoferować 12 hektarów gruntu w jednym kawałku? Do tego działka jest w pełni uzbrojona, z doskonałym dojazdem, położona na zboczu o północnej wystawie. Toż to miejsce wręcz idealne do uprawiania narciarstwa – zaznacza Andrzej Gąsior z Rabki.
Teren w Ponicach, położony na grzbiecie oddzielającym Ponice od Rdzawki, to rodzinny spadek Gąsiorów. Od lat pan Andrzej planował budowę w tym miejscu ośrodka rekreacyjnego. Od lat śledził też wszelkie zapisy dotyczące działki, pojawiające się w urzędowych dokumentach. W opracowanym wiele lat temu Studium Uwarunkowań, które miało być podstawą (uzgadnianego właśnie) planu przestrzennego zagospodarowania – na wniosek właściciela – znalazł się zapis dopuszczający rekreacyjne zagospodarowanie dwunastohektarowej działki leśnej. Zapis został obwarowany zastrzeżeniem, że inwestycja nie może się wiązać z poważniejszą wycinką drzew. Obiekty budowlane, trasy zjazdowe powinny zostać wkomponowane w istniejący drzewostan. Pana Andrzeja ten zapis w pełni satysfakcjonował. – Jestem biologiem. Cieszę się przyrodą. Ani mi przez głowę nie przeszło, żeby rąbać drzewa. Niech pan patrzy, jakie mam tu dorodne świerki. Ktoś inny by je już dawno przerobił na deski. U mnie mają zapewnioną egzystencję – zastrzega rabczanin. – Chciałem, żeby ta moja ziemia stała się taką czarodziejską górą. Taką na wzór ośrodków w Alpach. Z piękną zielenią, drzewami. Ukrytymi pośród nich atrakcjami: narciarskimi trasami zjazdowymi, biegowymi, może jakąś kolejką, która wywoziłaby turystów na górę. Tam, na grzbiecie, mam taką piękną polankę z widokiem na Babią Górę – opowiada. – Ja się nikomu z tych swoich planów nie zwierzałem. Tylko pomalutku gromadziłem potrzebne dokumenty, zlecałem opracowanie podkładów geodezyjnych, wstępnych koncepcji architektonicznych. Pierwotnie czarodziejska góra miała zapewnić chleb moim dzieciom. Ale one sobie w życiu świetnie poradziły, więc się nie spieszyłem. Jak na zbawienie czekałem uchwalenia planu przestrzennego zagospodarowania. Bez niego rozpoczęcie jakiejkolwiek poważnej inwestycji jest drogą przez mękę – o tym wie każdy, kto próbował w tym kraju cokolwiek zbudować – zaznacza pan Andrzej.
Plan przestrzennego zagospodarowania dla Rabki rodzi się w bólach od wielu lat. Na początku lutego gotowy projekt został wyłożony do publicznego wglądu. Pan Andrzej rzucił okiem na pokolorowaną mapę i omal nie padł trupem. Jeden zapis nakreślony ręką urzędników brutalnie grzebał marzenia o zaczarowanej górze. (…) należy zrezygnować z zapisów umożliwiających lokalizację urządzeń związanych z rekreacją letnią i zimową, w tym zwłaszcza wyciągów i tras narciarskich – zdanie wyjęte z opinii wydanej przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska w Krakowie zabrzmiało jak wyrok na inwestora. – Świat mi runął. Ja w ten projekt włożyłem naprawdę sporo zdrowia. Nie mówiąc już o pieniądzach. Same mapy, podkłady, koncepcje, które stoją tu, w kącie, kosztowały ponad 100 tys. zł – zaznacza pan Andrzej, wskazując pęk pożółkłych papierowych rulonów, stojących pod ścianą. Właściciel zaczarowanej góry, której czar prysł za sprawą jednego sformalizowanego zaklęcia, nie kryje żalu do „biurokratów wszelkiej maści” – zarówno tych gminnych, jak i wojewódzkich. Nie wspominając o projektantach, twórcach planu, „obgryzających ołówki kopiowe”. – Ci ludzie są jak skrzyżowanie: małpy zbrojnej w brzytwę ze świętą krową. Całkowicie nieprzewidywalni i ferujący wyroki, na które po prostu nie ma siły – rozkłada ręce niedoszły inwestor.
– Kierowanie pretensji pod naszym adresem jest zupełnie nieuzasadnione – umywa ręce Robert Wójciak, wiceburmistrz Rabki. Zapewnia, że w sprawie czarodziejskiej góry urzędnicy magistratu, a także projektanci mieli skrępowane ręce. Więzy miała nałożyć Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Krakowie. – Fakt, że w studium był zapis dopuszczający „rekreację”. Jednak gdy projekt planu przedstawiliśmy do zaopiniowania, RDOŚ zakwestionowała zapis. Nie mogliśmy z uzgodnieniem dyskutować. Gdybyśmy nie uwzględnili opinii, wojewoda unieważniłby plan – tłumaczy wiceburmistrz. Zapewnia jednak, że sprawa nie jest jeszcze przegrana. Wciąż istnieje „możliwość teoretyczna”. Inwestor może wystąpić do Ministerstwa o zmianę klasyfikacji gruntu. Problem w tym, że „odlesienie” działki może kosztować kilkaset tysięcy, a może nawet parę milionów złotych. Ostatecznie właściciel działki może też oprotestować projekt planu.
Także przedstawiciele RDOŚ bronią swojej opinii. – Nie ma możliwości realizowania jakichkolwiek inwestycji związanych z rekreacją na terenie leśnym. To absolutnie wykluczone. Uważam zresztą, że to całkiem sensowne rozwiązanie. Wyciąg narciarski, trasa zjazdowa to ogromne ograniczenie przebiegu korytarzy ekologicznych – zaznacza Jadwiga Jeleśniańska z RDOŚ. Tłumaczy, że w świetle obowiązujących dzisiaj przepisów nie można utrzymać zapisów dopuszczających lokalizację obiektów rekreacyjnych na terenach leśnych bez wcześniejszej zmiany przeznaczenia gruntów. – Przejście całej procedury odlesienia jest jedynym wyjściem – potwierdza przedstawicielka Dyrekcji. – Gmina nie może po prostu wprowadzić do planu zapisu dopuszczającego zabudowę. O tym może zdecydować jedynie minister – zaznacza.
– Na przeprowadzenie wylesienia mnie nie stać. A planu skarżyć nie będę. Nie chcę, żeby mnie ludzie palcami pokazywali, jak bandytę, który zatrzymał rozwój gospodarczy całej gminy – deklaruje pan Andrzej. – Ale za mój stracony czas i pieniądze ktoś odpowiedzieć powinien – dodaje złowrogo.
Marek Kalinowski
0 0
z Zaczarowaną Górą Mann miał tez problemy ...
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz