- Żal mi, że nie dotarłem do Gibraltaru, ale to na pewno była wyprawa mojego życia - mówi Marcin Żarnecki.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"108413"}
Choć Marcin wrócił do Nowego Targu 25 czerwca, dopiero teraz może spokojnie opowiedzieć o swojej wyprawie. Przez dwa tygodnie się kurował. Swoją podróż po Europie przerwał z powodu dotkliwego pokąsania przez afrykańskie komary tygrysie.
Nowotarski artysta z wadą wzroku minus 28 dioptrii wyruszył 1 kwietnia, by po dwóch dniach zawrócić z powodu przyczepki, która okazała się z powodu wady konstrukcyjnej niebezpieczna. Kolejny raz już z nową przyczepką zamówioną przez internet wyruszył 20 kwietnia. Dziennie robił 60-70 kilometrów, choć zdarzyło się zrobić w jeden dzień nawet 120 km. Czasem wynajmował noclegi, częściej spał na kempingach pod swoim namiotem. Początkowe noce były zimne. W Radostce na Słowacji nie znalazł nigdzie noclegu, więc rozbił namiot na boisku piłkarskim. - Było tak zimno, że rano nie czułem nóg - wspomina. Na jego trasie była Słowacja, Austria, Niemcy, potem znowu Austria i na koniec Włochy. W sumie ok. 3 tys. km. Po drodze zwiedzał zabytki, podziwiał przyrodę, w kilku miejscach zrobił sobie przystanek na szkicowanie.
- Spotkałem wiele życzliwych osób - podkreśla. Pochodzący z Chochołowa Tadeusz, który mieszka w Wiedniu, skontaktował się z nim przez Facebooka i zaprosił na dwa dni do siebie. Pokazał stolicę Austrii, ugościł. W jeden dzień Marcin malował pod wiedeńską katedrą i sprzedawał swoje prace. - To był jeden z najładniejszych dni mojej wyprawy - podkreśla.
W podobny sposób znaleźli go górale z Czarnego Dunajca, którzy mieszkają w Alkowen w okolicach Linzen, u których także spędził dwa dni. - Tak wtedy padało, że przejechałem 70 km w strugach deszczu, nawet buty zwijałem srebrną taśmą, żeby mi nie przemokły - wspomina. We Włoszech przeżył straszną burzę. Mimo strzelających wokoło piorunów jechał, bo nie miał gdzie się schronić.
W Słowacji z powodu złego oznakowania i remontów pobłądził. Za to chwalił 300-kilometrową ścieżkę rowerową wzdłuż Dunajca od Wiednia aż do Bawarii w Niemczech. Tam, przez 10 dni regenerował siły i odpoczywał u swojej siostry. Udzielił w między czasie dużego wywiadu dla lokalnej gazety.
Potem znowu pojechał do Austrii. Kolejnym miejscem, gdzie malował, był Salzburg. Stamtąd ruszył urokliwą ścieżką rowerową Alpeadria ciągnącą się przez 420 km aż do Grado we Włoszech. Po drodze zachwyciły go m. in. wodospady w Bad Gastein.
Rozczarowała go Wenecja. - Tłoczno, śmierdzi. Trzeba było na ulicach przeciskać się przez ludzi. Było to bardzo męczące - kwituje. Ponieważ nie można do miasta wjechać rowerem, spał na kampingu oddalonym kilkanaście kilometrów dalej.
Wcześniej, po przejechaniu 2,5 tys. km "rozkraczyła się" jego przyczepka. Musiał ją wyrzucić i przepakować wszystko na rower. Kolejny raz na pomoc przyszli życzliwi górale. Tym razem na pomoc ruszył Józef Górecki z Niedzicy, właściciel firmy transportowej. Nie dość, ze kupił Marcinowi nową przyczepkę, to załatwił jej transport do Włoch. Niestety nowotarżanin nie cieszył się nią długo.
Na campingu pod Wenecją dotkliwie pokąsały go tygrysie komary afrykańskie. Ukąszenia dały o sobie znać cztery dni później, gdy był już w Mediolanie. - Nogi zaczęły mi puchnąć, zacząłem słabnąć. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje - wspomina. Postanowił zakończyć wyprawę. W powrocie do domu pomógł mu sąsiad - nowotarski policjant Lucjan Żółtek, który zorganizował dla niego i sprzętu transport. Wrócił 25 czerwca. Początkowe leczenie maściami nic nie dało. Po tygodniu trafił na SOR. Został dokładnie przebadany, dostał maść antybiotykową i lekarstwa. - Dopiero wczoraj stanąłem na nogi - mówi (10 lipca).
- To była wyprawa życia, długo ją będę wspominał - podkreśla. Poza problemami z przyczepką i atakiem komarów, nie spotkało go nic nieprzyjemnego, niebezpiecznego, Wszędzie spotykał się z życzliwością ludzi. - Gdybym drugi raz organizował taki wyjazd, nie brałbym już przyczepki, zabrałbym o wiele mniej rzeczy. Ale wziąłbym na pewno któryś z moich instrumentów, bo bardzo mi brakowało grania - podkreśla. No i poszukałby sponsora. Wyprawa kosztowała go 16 tys. zł. - Jestem totalnie spłukany. Dlatego od jutra siedzę pod zamkiem w Niedzicy i sprzedaję swoje prace. Muszę się jakoś odkuć - mówi.
Swoją wyprawę dedykował chorej Kamilce Gil, która potrzebuje na leczenie dziewięciu mln zł.
Beata Zalot
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz