I tylko temu ostatniemu Weronika Pacyga odmówiła.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"116705"}
Można powiedzieć, że w swojej pracy mało mówi, a dużo robi. Takie jest zadanie tłumacza języka migowego. Wiadomo, głuchy nie usłyszy, choć niektórzy z ust potrafią wyczytać wypowiadane zdania, ale innym potrzebny jest teatr wyobraźni, tworzony za pomocą gestów rąk i dłoni. Już powoli przyzwyczajamy się, że w wielu programach informacyjnych czy konferencjach towarzyszą nam tłumacze. Czasem przyciągają oni większą uwagę i zainteresowanie niż ci, których tłumaczą. Jednak zawsze stoją w ciszy, gdzieś z boku i robią swoje, wprowadzając niesłyszących w świat pojęć i terminów, które wcześniej były dla nich nieuchwytne.
Weronika Pacyga na co dzień pracuje w nowotarskiej podstawówce jako pedagog szkolny i specjalny. Ale ma też swoje dodatkowe godziny rewalidacji w innych szkołach. Poza tym pracuje jeszcze w poradni psychologiczno-pedagogicznej jako surdopedagog - zgodnie ze swym wykształceniem. A że tego typu specjalistów brakuje, gdy jest potrzeba, idzie i pomaga. Do tego dochodzą zajęcia z nauki języka migowego. Do domu często wraca dopiero wieczorem.
Sama nauczyła się migania dopiero na studiach. W rodzinie dziadkowie twierdzili, że lepiej mówić do niesłyszącego, zamiast migać. I tak wychowywała się niesłysząca mama Weroniki. Podobnie niesłyszący tato też odczytywał słowa z ruchu warg.
Czasy były takie, że dziadkom, którzy słyszą, nauczyciele wpajali, by uczyli córkę rozumienia mowy werbalnej, a będzie jej w życiu łatwiej. Ale w końcu rodzice Weroniki skończyli szkoły dla dzieci niesłyszących w latach 50. i 60-tych ucząc się tam migania.
- Ja za to nauczyłam się migać dopiero jak poszłam na studia, podczas kursu organizowanego w Krakowie przez Polski Związek Głuchych. I tak jakoś poszło, że po powrocie do Nowego Targu zaczęłam się udzielać na rzecz niesłyszących - wspomina.
Jej mama Anna przez 39 lat była prezesem nowotarskiego Koła Terenowego Polskiego Związku Głuchych oraz około 20 lat członkiem Zarządu Oddziału Małopolskiego i 10 lat członkiem Zarządu Głównego PZG w Warszawie. Całe życie angażowała się na rzecz niesłyszących, choć z zawodu była kaletnikiem, a pracowała w rodzinnej wytwórni cukierków odpustowych, którą prowadził jej ojciec w domu przy Nadwodniej. Dziadek wciągnął do rodzinnej firmy rodziców Weroniki, a potem i ją samą. Jako słysząca dużo pomagała choćby przy odbieraniu telefonów.
- Dotąd lubię cukierki odpustowe. Urobił się człowiek przy tym strasznie, bo praca była ręczna i trzeba było wykazać się siłą fizyczną. Ale dotąd, gdy tylko jestem na jakimś odpuście, to kupuję cukierki. Nie mają już tego smaku, co za dawnych lat, ale wspomnienia wracają - przyznaje.
Rodzice prowadzili dom otwarty. Przychodziło tu wielu głuchych, a drzwi niemal się nie zamykały. Także liczni znajomi zza granicy, jak tylko przyjeżdżali do Polski, zaglądali na Nadwodnią. Z czasem okazało się, że rodzice Weroniki to niejedyni niesłyszący mieszkańcy domu.
- Moje córki także nie słyszą od urodzenia... Najstarszy syn, Jasiek jest słyszący, ale Natalia i Olga nie... Nie robiliśmy badań genetycznych, nie wiemy po jakiej linii to poszło. Moja siostra słyszy, mój mąż jest słabosłyszący, ale to było nabyte na skutek choroby - zastanawia się.
Weronika od początku chciała nauczyć swoje córki samodzielności. Do szkoły dla niesłyszących w Krakowie poszły w wieku siedmiu lat. Musiały zamieszkać w internacie. Natalia teraz kończy szkołę średnią w Warszawie, Olga dołączyła do niej i także uczy się w stolicy.
- Dla nich świat to świat Głuchych. Mają to od urodzenia i radzą sobie w życiu. Są bardzo samodzielne i nie wyobrażają sobie życia w małym mieście. Może kiedyś, w dojrzałym wieku będą chciały wrócić w Nowego Targu? Ale moje dzieci lubią zmiany. Natalia planuje wyjechać na studia do Olsztyna, Jasiek, który skończył zakopiańskiego Kenara, wyjechał do Szczecina, a po roku stwierdził, że woli ASP w Katowicach - wymienia.
Ale jak się dogadać w świecie, w którym mało kto potrafi migać? Dziś znacznym ułatwieniem są smartfony, a wcześniej musiała wystarczyć zwykła kartka, na której można było napisać, co się chce. Teraz nawet zamawianie taksówki w Warszawie czy Krakowie nie stanowi problemu, bo sieci, takie jak Uber, mają swoje aplikacje na smartfon, więc bez słowa można wpisać trasę i zapłacić. W Nowym Targu już jest z tym problem i taksówkę trzeba zamawiać przez telefon. Tu wciąż nieodzowna jest pomoc mamy.
Czasem problemem jest zwykła wizyta u lekarza. Gdy trzeba było pójść z chorym dziadkiem do poradni, a Weronika była w pracy, poszła z nim Natalia. A że obydwoje nie słyszą - połączyli się przez kamerkę internetową w smartfonie z Weroniką i ta sprawnie wszystko przetłumaczyła.
- Nigdy nie spotkaliśmy się w Nowym Targu, by ktoś powiedział - przyjdź z tłumaczem. Wystarczy telefon, można wszystko napisać, co tylko się chce. Ale miałam kłopotliwą sytuację w jednym z dużych miast, gdy poszłam do szpitala na tłumaczenie. Lekarz powiedział mi: proszę mi tu nie machać, bo mnie to rozprasza. Ja pani wytłumaczę, a pani wszystko przekaże głuchemu na korytarzu. Ale jaki to ma sens? Gdzie możliwość zadania pytania, rozmowy? Tylko raz się z czymś takim spotkałam. Tłumaczenie musi być tu i teraz, bo to głuchy ma problem, a ja jestem tylko tłumaczem! - wspomina.
Weronikę Pacygę można było zobaczyć na jednej scenie z Anną Seniuk w teatrze Rabcio, gdzie ta odgrywała monolog "Księga Ziół i nie tylko". I momentami nie wiadomo było, na kim skupić uwagę - czy na fantastycznej grze słynnej aktorki, czy fenomenalnej grze gestów w wykonaniu migającej tłumaczki. I można się było zastanawiać, jak też ona jest w stanie nadążyć za potokiem słów padającym ze sceny?
- Nie tłumaczymy słowo w słowo - zdradza tajemnicę. - Tak się nie da. Tłumaczymy kontekst, znaczenie, robimy swoją interpretację. Ale ma być to na tyle wierne, by nie odbiegało od oryginału. Oczywiście trzeba się przygotować. Dostałam cały scenariusz, spotkałam się wcześniej z panią Anną. Ale nie było próby, choć dostałam nagranie pierwszego spektaklu i mniej więcej wiedziałam, co gdzie będzie. Ale byłam jak w transie. Nie wiem, jak długo to trwało, ale gdy nagle przyszedł koniec, poczułam pustkę, bo ja chciałam migać dalej - dodaje ze śmiechem.
Tłumaczyła wcześniej też monodram w Teatrze Witkacego. Największy problem sprawiają jej jednak słowa piosenek podczas koncertów. Jeśli nie ma tekstu i trzeba przekładać ze słuchu w otwartym terenie, gdzie bywa pogłos - trudno zrozumieć padające słowa.
Nie uważa się za zawodowego tłumacza, choć ma papiery, przekładała treści zeznań na policji, w prokuraturze czy sądzie. Ale pojawiały się też zaskakujące oferty.
- Miałam propozycję od pewnego księdza, by pomóc mu tłumaczyć... podczas spowiedzi. On nie migał, a tu czekała kolejka głuchych, w większości moich znajomych. Gdy usłyszeli, że mam iść tłumaczyć, to momentalnie cała dwudziestoosobowa kolejka skurczyła się i pozostała jedna starsza pani. Ale ja zdecydowanie odmówiłam tłumaczenia spowiedzi. Znajomi wrócili do kolejki - opowiada.
Jak wygląda spowiedź głuchego? Nie odbywa się w konfesjonale, bo trzeba usiąść twarzą w twarz, a gdy ksiądz nie zna języka - to niesłyszący piszą grzechy na kartce. Był czas, gdy Weronika tłumaczyła też Msze św. w każdą trzecią niedzielę miesiąca w kaplicy przy plebanii kościoła św. Katarzyny.
Już od niemal dwóch lat tłumaczy też podczas wernisaży w nowotarskiej galerii BWA Jatki. - Cieszę się, że na tak małe miasto są osoby, które chcą przyjść na takie wydarzenie. W Krakowie czy Warszawie przychodzi niewielu głuchych, a u nas nawet i dziesięciu się zdarzy - zauważa.
Weronika współpracuje też z rabczańską fundacją Kinematograf. I tym sposobem tłumaczyła też spektakl "Letni dzień" Mrożka w Teatrze Lalek Rabcio.
W Nowym Targu nie ma wielu niesłyszących, na spotkania w Kole Terenowym Polskiego Związku Głuchych przychodzą jeszcze głównie starsze osoby. Młodzi nie czują potrzeby, może i brakuje im czasu, by się zrzeszać. Dawniej, za komuny było tak, że każdy do czegoś musiał przynależeć, więc głusi trzymali się zawsze razem, mieli lokal, finanse, imprezy, rajdy. Był duży nacisk, by coś było robione. Potem to się skończyło.
Weronika w góralskim, drewnianym domu, budowanym rękami dziadka, po pracy, znajduje chwilę spokoju. To dom, w którym panuje cisza, do której się przyzwyczaiła. Nie słychać tu zwykle gwaru rozmów, także radio nie gra, tak jak w innych domach. Nawet wówczas, gdy dzieci zjadą na święta - jest inaczej. Ale najważniejsze, że w tej ciszy, bez słów odnajdują swoje szczęście.
Tekst i fot.: Józef Figura

22.12.2025
OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.

29.05.2026
Austria! Praca dla MURARZY, CIEŚLI, STOLARZY, SPAW...

02.06.2026
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

02.06.2026
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

27.05.2026
Poszukujemy osoby na stanowisko SPRZEDAWCA / DORAD...

19.05.2026
KANTOR ZATRUDNI KASJERA WALUTOWEGO. CV proszę prze...

02.06.2026
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

02.06.2026
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

01.06.2026
DO WYNAJĘCIA LOKAL HANDLOWO - USŁUGOWO - BIUROWY o...

01.06.2026
SZCZENIAKI BORDER COLLIE RASOWE. 791 669 932.

29.05.2026
RESTAURACJA CZERWONE KORALE Zakopane, ul. Zamoyski...

25.05.2026
ZATRUDNIMY W KARCZMIE oraz W BARZE MLECZNYM: KUCHA...

22.05.2026
RESTAURACJA REGIONALNA w Zakopanem zatrudni KUCHAR...

12.05.2026
Sprzedam lub wynajmę BUDYNEK HANDLOWO-USŁUGOWY 500...

28.04.2026
WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 69...

23.04.2026
PROVIDENT. 571 240 909.

17.04.2026
OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. ...

07.04.2026
Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY...

07.04.2026
NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: ...
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz