Nowy Targ, 8 czerwca 1979
Budzę się. Przez okno wpadają promienie słońca, które jest już dość wysoko. Ale coś mi nie pasuje. Wciąż słyszę szelest padającego deszczu. Czyżby? Deszcz i słońce? Podchodzę do okna i ostrożnie wyglądam. No nie, słońce świeci. A ulicą idą i idą ludzie. Przyciszone rozmowy to właśnie ten szum deszczopodobny. Podhale idzie na lotnisko. Witać swojego papieża. „Do Warszawy musiał, do Częstochowy musiał, do Krakowa musiał, a do nas chciał”!
Z księdzem Jackiem Żurkiem, który miał kierować śpiewem ludu i z identyfikatorem komentatora liturgicznego, dostaję się na lotnisko bez trudu. A widok niebywały! Czerwcowe słońce świeci z całym przekonaniem nad Kotliną Nowotarską, choć Tatry w chmurach, a Gorce trochę zamglone. A rzesza wielka, gęstnieje z każdą chwilą, zajmując całą przestrzeń od ołtarza, ustawionego po zachodniej stronie lotniska, aż po szosę wiodącą z Nowego Targu do Bukowiny. Przeważają zdecydowanie stroje góralskie, a więc całość wygląda jak olbrzymia kolorowa łąka, nad którą króluje ołtarz jak wielka, ażurowa góralska koliba.
Księża, prowadzący przygotowanie, przeplatają informacje historyczne i porządkowe modlitwą i śpiewami. Czas upływa szybko. Przybywa też coraz więcej księży, potem biskupów i kardynałów. Jest i stary znajomy – ksiądz Franciszek Blachnicki. Wiemy, jakie kłopoty z władzami mają uczestnicy oazowych rekolekcji. Otrzymuję plik informacji z prośbą, by przy takiej okazji powiedzieć zgromadzonym trochę prawdy o ruchu. Wykorzystuję to potem w odpowiednim czasie. Księża miejscowi, pilnujący powierzonych im działów, świadomi niezwykłości chwili, w podniosłym nastroju, ale też i trochę zaniepokojeni, jak to będzie. Jeszcze nigdy nie witano papieża, i to SWOJEGO, na Podhalu. Lękają się, że jak ludzie zobaczą umiłowanego „nasego Kardynała”, nie wytrzymają i rzucą się tłumem ku niemu, a wtedy żadna siła ich nie powstrzyma. „Rób, co chcesz, ale utrzymaj ich w ryzach” – otrzymałem polecenie. Bardzo gorliwie, może aż za gorliwie je wykonuję i staram się energicznie utrzymać w porządku prawie milionową rzeszę. Ludzie jednak są zdyscyplinowani i dopiero potem, po odjeździe Ojca Świętego, nie zważając na prośby i napomnienia, rzucają się na podium, by być jak najbliżej figury Matki Bożej Ludźmierskiej. Ponieważ jednak celem oblężenia Maryi była przede wszystkim modlitwa, nikomu nic się nie stało – Figurce też.
Zajmujemy więc z księdzem Jackiem miejsce przy wysokim pulpicie po prawej stronie ołtarza i rozpoczynamy posługę komentatora i prowadzącego śpiew.
Nadlatują helikoptery. Napięcie rośnie. Władze kościelne i świeckie udają się do powitania za ołtarz, do miejsca lądowania helikopterów. Telewizja nie pokazuje rozjaśnionych twarzy ludzi Kościoła, witających duchownych i świeckich, zwłaszcza przejętych małych dzieci. Władze świeckie mają miny raczej kwaśne. Dowiedziałem się potem, że któryś z dostojników partyjnych przywitał Jana Pawła II z internacjonalistycznym wyczuciem taktu: „Witam Pana”. Dałem jednemu ze współbraci benedyktynów aparat fotograficzny. Nie było wtedy jeszcze takiej obsesji co do bezpieczeństwa Papieża. Mógł więc ojciec Szczepan spokojnie robić wiele zdjęć Ojcu Świętemu – Że też ja tak zupełnie z bliska mogłem wiele razy fotografować naszego Papieża –powtarzał potem wzruszony.
I oto Jan Paweł II ukazuje się na podium. Chyba najlepszym określeniem jest: tłum kipi! Rozlega się śpiew „Tu es Petrus”. Wzruszenie ściska gardło… Piotr naszych czasów pod Tatrami. Ojciec Święty też widać – promienieje. Pozdrawia umiłowanych górali, obchodzi podium, wyciąga ręce na wszystkie strony, jakby chciał wszystkich przygarnąć do serca.
Rozpoczyna się Msza św., którą odprawia metropolita krakowski ks. kardynał nominat Franciszek Macharski. A homilię Papieża to trzeba sobie dzisiaj, po latach, spokojnie przeczytać albo, o ile możności, obejrzeć i wysłuchać z zachowanych nagrań.
Takie ciepło, wyczucie sytuacji w stosunku do swoich, do ceprów i do tych z drugiej strony Tatr, „które zawsze były granicą pokoju”. I oklaski słuchaczy, wyraz dialogu, zrozumienia i całkowitej aprobaty. Pod koniec jeszcze wzruszający moment, gdy paru tysiącom oazowiczów udaje się „dorwać do głosu”, i chociaż nie mają nagłośnienia, śpiewają coraz głośniej „Zwiastunom z gór”. A słowa „Królem Bóg”, powtarzane wielokrotnie, rozbrzmiewają echem nad wyciszonym tłumem i nad Ojcem Świętym, który słucha skupiony, z wyraźnym wzruszeniem, a potem mówi stłumionym głosem: „I nawet pamiętam, gdzieśmy to ostatnio razem śpiewali.” I znów wzruszenie…
Po mszy Papież objeżdża sektory wśród niebywałego, zrozumiałego entuzjazmu wiernych. Góralska muzyka przebija się przez okrzyki radości: „Ach, witojze, Ojce Święty, na Podhalu nom przyjęty, tysiąc roków my cekali…” I wreszcie, kiedy czas było odjeżdżać – „Góralu, czy Ci nie żal?... pieśń, której dotąd chyba nigdy nie śpiewała z taką mocą tak wielka rzesza ludzi.
I zapłakało niebo na pożegnanie. Ulewa i burza zrobiły się tak wielkie, że lotnisko opróżniło się bardzo szybko, a ludzie w strugach deszczu dążyli jak najprędzej, by znaleźć schronienie pod jakimkolwiek dachem
Wracam przemoczony do suchej nitki. W Tyńcu trzeba będzie zrzucić z siebie cały przyodziewek, wypić szklankę gorącej herbaty z cytryną i wejść pod kołdrę, by uniknąć przeziębienia. Oczy pełne Papieża i kolorowego tłumu.
„Tysiąc roków my cekali, jaze my się docekali…”Leon Knabit OSB, Tyniec
0 0
8 czerwca 1989 r.? 20 lat czy30????
0 0
a co? w algebrze dokonał sie przewrót na miare kopernika???
o.L/Knabit to wcale wcale ...ciekawy człowiek, kochajacy ludzi i zwierzeta...
0 0
Szanowni redaktorzy: w tytule koniecznie trzeba poprawić na> Wspomnienia O. Leona Knabita
0 0
oj dziadku, dziadku....dobrą masz pamięć...tylko po co???
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz