Rama nie może być wizualnie ważniejsza od obrazu, ale jednocześnie nie powinna zlewać się z nim kolorystycznie w jedną całość. Tajniki pozłotnictwa i oprawiania obrazów zgłębił Julian Urbański z Nowego Targu.
Profesor Bohdan Marconi w książce „O sztuce konserwacji” napisał: „Obraz bez ramy, mający nawet najwyższe wartości artystyczne, nie dostarcza pełni wrażeń estetycznych, jakie mógłby dać w odpowiedniej oprawie”.
Style i sposoby oprawiania obrazów zmieniały się na przestrzeni wieków w zależności od aktualnej mody i upodobań. Jedne obramowania wyszukane, o rozbudowanej formie i bogate w ornamenty, inne znów z symbolicznymi i pozłacanymi motywami lub zupełnie proste, gładko malowane listwy. Wielu artystów doceniało istotę dobrze dobranej oprawy dla swoich dzieł. Niektórzy nawet sami projektowali ramy. Nie wszystkie obramowania muszą być złote. Są obrazy, które w pozłoconej ramie zatracają swój charakterystyczny wyraz.
Dziś proste ramy są wykonywane masowo w fabrykach. W pracowniach ramiarskich długie listwy przeznaczone na obramowanie są odpowiednio przycinane, dopasowywane do obrazu. Coraz mniej można spotkać pracowni pozłotniczych, w których wykonuje się ramy złocone płatkami złota lub innych metali. Jedną z nich prowadzi Julian Urbański w Nowym Targu. – Nie każdy kupujący obraz ma doświadczenie i wyobraźnię, aby móc odpowiednio dobrać obramowanie – mówi pan Julian, dla którego wykonywanie ram z rozmaitymi ornamentami jest wielką pasją. – To moja druga miłość po żonie – wyznaje. – Od lat interesuję się wystrojami pałaców i kościołów, a w tych wnętrzach jest wiele obrazów pięknie oprawionych – tłumaczy.
TajemniceJulian Urbański pochodzi z kieleckiego, ale po studiach trafił z nakazem pracy do Nowego Targu. W latach 50. ubiegłego wieku skończył Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie, później Studium Nauczycielskie, a następnie Wydział Malarstwa na Uniwersytecie Lubelskim. W Nowym Targu uczył w Liceum Ogólnokształcącym i Liceum Ekonomicznym. Gdy przeszedł na emeryturę, całkowicie poświęcił się pozłotnictwu i wykonywaniu ram. Wcześniej zajmował się tym w wolnych chwilach, dla siebie, ale w sumie to już 30 lat takiej pracy. – W mojej pasji pomaga mi moje wykształcenie. Tutaj przydaje mi się historia sztuki, malarstwo, rzeźba – wyjaśnia. – Jeździłem do Krakowa, do mistrzów pozłotnictwa. Oni wprowadzali mnie w to trudne rzemiosło i przekazywali tajniki tego zawodu, chociaż wiele rzeczy trzymali w tajemnicy. Sam też robiłem doświadczenia, bo tutaj jest potrzebna wiedza z chemii – dodaje. Pozłotnictwo to nie tylko umiejętność odpowiedniego położenia płatków metalu na specjalnie przygotowanym podłożu, polerowania agatem, aby otrzymać wysoki połysk, czy przyklejenia płatków na mikstion, żeby złoto lub inny metal robiło wrażenie matowego. To również sztuka zabezpieczania metalu, aby nie zbielał lub sczerniał. Pozłotnik potrafi też umiejętnie postarzyć złoto. A w tym celu musi użyć m.in. odpowiednich środków chemicznych. – Gdy roztworem szelaku – dla zabezpieczenia – pociągnie się metal, to zbieleje. Co robić? Kombinowałem na różne sposoby, ale bez rezultatu. Pojechałem więc do jednego z pozłotników w Krakowie, a ten mi mówi, że informacja będzie mnie kosztowała obiad z lampką koniaku. Przy obiedzie powiedział mi tylko jedno zdanie: „Temperatura 26 stopni Celsjusza”. I to wszystko. To była ta tajemnica, do której nie mogłem dojść sam. Później już nie miałem z tym problemu. Sztuka pozłotnictwa składa się m.in. z takich drobiazgów – przekonuje pan Julian.
Dobór ramyNowotarski pozłotnik twierdzi, że dzisiaj jest niewielu chętnych na pięknie złocone ramy, bo są bardzo drogie. W karierze Juliana Urbańskiego nie znalazł się ani jeden klient, który zamówiłby obramowanie lśniące prawdziwym złotem. W pracowni wiszą ramy, które zdobione są imitacją złota, tzw. szlagmetalem. – Dzisiaj ludzie chcą tanich rzeczy, a poza tym brak im wyczucia. To pozostało jeszcze z dawnych, komunistycznych czasów, bo w ludziach zniszczono poczucie estetyki, dlatego często prowadzę tu edukację i muszę przekonywać, że to, czego chcą, nie będzie pasowało do obrazu – ubolewa pan Julian. – Kiedyś przyszła pewna pani, która wręcz zażądała, aby obraz oprawić jej na czarno, bo ona w domu ma wszystko na czarno. Długo przekonywałem ją, że w tym przypadku nie mogą być czarne ramy, bo nie pasują. Powiedziałem jej, że ja to oprawię tak, jak to powinno wyglądać, a jeśli nie będzie zadowolona, to zmienię. Po przyjściu do domu zadzwoniła z podziękowaniem, bo była szczęśliwa – opowiada.
Na ścianach pracowni wiszą ramy złocone szlagmetalem. Jedne z drobnym, delikatnym ornamentem, inne o grubych wzorach. Julian Urbański sam wykonuje formy do ornamentów. – To bardzo mozolna praca – zaznacza. – Formy odlewam w siarce, bo do niej nie przykleja się masa, z której wykonuję ornamenty – tłumaczy. Kreda dmuchawka, kalafonia, klej stolarski perełkowy, pokost i olej silnikowy – to składniki masy na ornament, które muszą być dobrane w odpowiednich proporcjach. – Wszystkie składniki mieszam na gorąco, a masa musi mieć konsystencję ciasta. Potem dokładnie wciskam ją do formy. Odciśnięty ornament modeluję na zagruntowanej wcześniej drewnianej konstrukcji ramy – zdradza pozłotnik. – Taka rama się nie znudzi, ona żyje, z czasem nabiera patyny – przekonuje.
Każdy obraz wymaga inne ramy, mniej lub bardziej bogatej. Krajobraz, portret, scena rodzajowa – tutaj rama musi współgrać z tym, co przedstawia praca. Musi też być dobrany odcień złota, szlagmetalu, patyny. – Chętnie robiłbym cacka, ale nie ma na to klienta, bo są to rzeczy drogie. Rzadko się zdarza, żeby ktoś przyniósł coś naprawdę wartościowego. Najczęściej przychodzą z prostymi obrazkami i ja dopiero z tego muszę coś zrobić, by całość nabrała jakiegoś wyglądu. Rama w 50-60 procentach daje efekt wizualny – przekonuje pozłotnik. – Najtrudniej wykonać mi zupełnie prostą ramkę, na przykład do fotografii. Niekiedy ktoś przyjdzie z papirusem, ale tu już mam opracowany wzór – dodaje. Gdy przychodzi klient, pan Julian chwyta za ołówek i rysuje. Przelewa na papier swoje pomysły, sugestie dotyczące obramowania. – Zależy mi na ty, abym ja był zadowolony z pracy i równocześnie klient. Wtedy mam satysfakcje – wyjaśnia.
Bywa i tak, że przejdzie miesiąc, a Julian Urbański nie ma ani jednego klienta. Wtedy pracuje dla siebie, dla przyjemności. Niektóre ramy wiszą w pracowni już 3 lub 4 lata.
Wymagający gościePrzez pracownię przewinęli się niecodzienni goście. Niekiedy zachodzi biskup Małysiak. Kiedyś przyszło trzech elegancko ubranych mężczyzn, a wśród nich pracownik Ambasady Watykańskiej, którego pan Julian znał z wcześniejszych wizyt. Jeden z nich zdecydowanie wyróżniał się wiadomościami z historii sztuki, często nawiązywał też do watykańskich skarbów. Wszyscy zamówili sobie ramy. – Ten nieznajomy gość był też u mnie w domu, bo chciał skorzystać z łazienki. Był pewny siebie, nawet zdecydowanym krokiem przemierzał całe mieszkanie. Powiedział wtedy jedno zdanie, które do dziś tkwi mi w pamięci: „Te pańskie ramy to mają duszę”. Po pół roku przyjechał mój znajomy z ambasady, aby odebrać zamówione rzeczy. Wtedy dowiedziałem się, że był to nuncjusz papieski Janusz Bolonek – opowiada.
Dawniej częstym gościem pana Juliana był nieżyjący już Stanisław Kuskowski. – Ciągle żeśmy się ścierali, jeśli chodziło o oprawę obrazów, bo jego dzieła źle wyglądały w stylowych obramowaniach. Tylko niektóre prace można było tak oprawić. Z czasem Staszek mnie zaakceptował i przychodził po rady, pytał, czy dobrze oprawił swoje prace. Wspólnie naradzaliśmy się, co zrobić, żeby odpowiednio pokazać obrazy na wystawach, które urządzał. W jego przypadku najlepsze były proste, głębokie ramy. Niekiedy mu je robiłem, tak po koleżeńsku – wspomina.
Połemkowskie kapliczkiUlubionym miejscem wycieczek Juliana Urbańskiego są okolice Jaworek. Podczas wędrówek natrafiał tam na połemkowskie kapliczki. Tak spotkał się z Filipem Ikoniakiem, który opiekuje się pamiątkami po dawnych mieszkańcach tej ziemi, ale brakuje mu środków na ich odnowę. – Zaproponowałem, że nieodpłatnie przywrócę blask tym figurkom, ołtarzykom. Były bardzo zniszczone. Napuszczałem je różnymi środkami, aby wzmocnić i utwardzić drewno. I udało się – nie kryje zadowolenia. Podkreśla, że już będąc w liceum interesował się renowacją zabytków. Po raz pierwszy z konserwacją zetknął się na Wawelu, gdy z Norymbergii przywieziono ołtarz Wita Stwosza z Bazyliki Mariackiej. – Myśmy pod nadzorem czyścili niektóre elementy. To mnie bardzo zainteresowało. Trochę żałuję, że nie poszedłem na krakowską ASP, na konserwację. Tutaj czasem ktoś przyniesie starą ramę, to ją naprawię, odświeżę, uzupełnię brakujące elementy. Czasem trzeba przemyć stary obraz. Uwielbiam robić takie rzeczy – twierdzi.
*
– Tu, w pracowni, jest cisza, dlatego świetnie wypoczywam. Czasem zapalę lampę naftową, aby był nastrój do pracy, bo ona jest moim lekarstwem na wszelkie dolegliwości – kończy Julian Urbański.
Jolanta Flach
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz