Choć żył w trudnych komunistycznych, szarych czasach, był osobą niepokorną, stąpającą własnymi ścieżkami i niezwykle barwną. Mowa o Ludwiku Gołąie, którego prace można właśnie oglądać w nowotarskim MOK-u.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"7876"}
Ludwik Gołąb był w krajobrazie nowotarskim postacią niezwykłą. Malarz, rzeźbiarz, twórca teatru, w którym był aktorem, reżyserem i wykonawcą kukiełek. Kolekcjoner. Z zawodu nauczyciel. Dla tych, którzy znali go bliżej – dusza towarzystwa, człowiek przyjazny ludziom, dowcipny, używający często niecenzuralnego słownictwa. Rozkochany z góralszczyźnie, otwarty, szalony, oryginał pod każdym względem. Oczytany, mający bardzo bogate zainteresowania, głównie historyczne.
Urodził się w 1917 roku w Wadowicach. To z tamtejszego gimnazjum wyniósł miłość i szacunek do twórczości ludowej. W Krakowie studiował ekonomię na Akademii Handlowej. W latach 40., podczas wędrówek po górach, z napotkanych kapliczek zabierał świątki, by je odnowić i zwrócić na dawne miejsce.
W 1949 roku przybył do Nowego Targu, gdzie zaczął pracę jako nauczyciel. Wtedy zainteresował się malarstwem na szkle – wiele godzin spędzał w Muzeum Tatrzańskim, studiując tamtejszą kolekcję. Z czasem sam zaczął malować. Choć w jego „szklokach” widać wyraźnie inspirację sztuką ludową, podhalańską, potrafił znaleźć własną artystyczną drogę. Zafascynowany ikoną, zaczął malować także na drewnie. Rzeźbił – w glinie, drewnie i z papieru mâché. Niezależnie od dziedziny, która uprawiał, jego prace są charakterystyczne, mają rozpoznawalny styl. Jak podkreślała Dominika Wolska podczas wernisażu, Ludwik Gołąb nie kopiował sztuki podhalańskiej, ale czerpał z tej tradycji świadomie.
Z jego obrazów spoglądają święci – postaci Chrystusa Ukrzyżowanego, Matki Boskiej z dzieciątkiem, św. Józefa, św. Ambrożego czy św. Franciszka. Lubił też malować scenki rodzajowe z życia górali – pastuszków, zbójników, góralskie dziewki.
W 1957 r. założył w Nowym Targu teatrzyk dla dzieci „Pod Psem”, który 4 lata później, wraz ze zmianą siedziby, zmienił nazwę na Regionalny Teatr Lalek „Bacówka”, istniejący przez kolejne 20 lat. Ludwik Gołąb wykonywał lalki, był w tym teatrze także reżyserem, scenarzystą i aktorem. Obok lalek w teatrze tym występowali bowiem żywi aktorzy. A obok bajek dla dzieci, w repertuarze pojawiały się spektakle powstałe na podstawie tekstów Kazimierza Przerwy-Tetmajera, Augustyna Suskiego czy sztuki Juliana Reimschűssla.
Nowotarski teatr „Bacówka” zauważany był i nagradzany na różnych przeglądach i festiwalach, także międzynarodowych, trafił także na ekrany telewizji.
Wystawa, którą można podziwiać w nowotarskim MOK-u, ma charakter retrospektywny. Można na niej oglądać prace obejmujące prawie 40-letni okres twórczości – najwcześniejsze pochodzą z lat 60. Okazja, by je zobaczyć, jest wyjątkowa, bo pochodzą z kolekcji prywatnych, aż z ośmiu źródeł. Oprócz obrazów i rzeźb, na wystawie znalazła się jedyna zachowana pacynka zrobiona przez Ludwika Gołąba, a wypożyczona przez Józefa Różańskiego.
Piątkowy wernisaż był okazją do wspomnień o zmarłym kilka lat temu artyście, przyszło bowiem wielu jego przyjaciół i osób, które się z nim zetknęły. Janina Zaśko na temat teatru „Bacówka” napisała przed laty pracę dyplomową. Miała więc okazję do wielu rozmów z Ludwikiem Gołąbem. „Zalubiłem Skalne Podhale i z tej miłości zacząłem malować, a kiedy narodziła się okazja – założyłem teatr” – miał jej powiedzieć podczas jednego z wywiadów. Opowiadała o malutkim pokoiku, szkolnym magazynie, w którym teatr „Pod Psem” miał swoją siedzibę. Kiedy siedziba zmieniła się i aktorzy ze swoimi kukiełkami przenieśli się do starego baraku, nazwa zmieniła się na „Bacówkę”.
W 2005 roku, rok przed śmiercią Ludwika Gołąba miałam okazję być gościem w jego domu. Wcześniej bardziej, niż jako artystę, kojarzyłam go jako przyjaciela mojego ojca. Razem uczyli w „Skórzaku” (Technikum Przemysłu Skórzanego przy NZPS-ie|). Łączyły ich wypady w góry, obozy ze szkolną młodzieżą, morze wypitej wspólnie wódki i wiele anegdot. Po tej znajomości w moim domu pozostało też kilka obrazów malowanych na szkle z lat 70.
Tuż przed śmiercią Ludwika Gołąba umówiłam się na spotkanie w jego mieszkaniu w blokach, wypełnionym obrazami i rzeźbami. Trudna to była rozmowa, choć bardzo miła i ciekawa. Pan Ludwik, zamiast odpowiadać na zadawane przeze mnie pytania, mówił interesujące rzeczy z historii Kościoła, wspominał dawne czasy, rozmawialiśmy o współczesnej polityce. Dał mi też gotowy tekst, napisany przez siebie. Odkładałam napisanie artykułu, aż zawieruszyły mi się gdzieś notatki i szczegóły tej rozmowy. Artykułu nie napisałam. Nie zdążyłam.
Beata Zalot
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz