Spędził w areszcie dwie doby. Poniżany, głodny, w jednej celi z prawdziwym bandytą. A wszystko przez to, że nie stawił się jako świadek przed sądem, a przysłane zaświadczenie lekarskie sędzia uznał za nieważne.
– Nigdy nie spodziewałem się, że normalnego, zwykłego obywatela, nie mającego nic na sumieniu, może coś takiego spotkać. I że policjanci, z którymi niejednokrotnie miałem kontakt, tak inaczej zachowują się wobec ludzi zatrzymanych. Że można tak człowieka poniżyć, upodlić – mówi trzęsącym się głosem Adam K. Choć od wydarzenia minęło kilka dni, nadal nie może dojść do siebie.
Od półtora roku mieszka w Nowym Targu, choć nadal zameldowany jest w Warszawie. W styczniu tego roku dostał wezwanie do Sądu Okręgowego w stolicy jako świadek. – Na wokandę wróciła sprawa sprzed 20 lat. Dotyczyła właścicieli firmy, w której wtedy pracowałem. Chodziło o jakieś łapówki, dawane jakiemuś wysoko postawionemu urzędnikowi. Niewiele mam na ten temat do powiedzenia, bo nie uczestniczyłem w tym, ale jako były pracownik zostałem wezwany na świadka – opowiada. – Ponieważ akurat wtedy złapała mnie grypa, zadzwoniłem do sekretariatu sądu z pytaniem, co mam zrobić. Usłyszałem, żeby iść do lekarza po zaświadczenie i przesłać je faksem razem z prośbą o usprawiedliwienie nieobecności – opowiada.
Adam K. poszedł do przychodni w Nowym Targu, zaświadczenie lekarskie posłał faksem, a potem jeszcze zatelefonował, by sprawdzić, czy wszystko dotarło. Usłyszał, że wszystko jest w porządku i że ma czekać na nowe wezwanie.
I rzeczywiście, na początku lutego dostał – zamiast jednego, dwa identyczne wezwania. Pierwsze na 2 marca, drugie – na następny dzień. Zdziwił się, więc zadzwonił do sekretariatu sądu jeszcze raz. Protokolantki nie było, ale oddzwoniła do niego na pozostawiony numer komórki. Usłyszał, że ma stawić się 2 marca i że rozprawa może przeciągnąć się do następnego dnia, stąd dwa wezwania. Podkreśla, że wszystkie rozmowy telefoniczne są w sądzie nagrywane, więc ma dowód na to, że mówi prawdę. – Tymczasem w niedzielę 28 lutego około 15.30 do drzwi mojego mieszkania zapukało dwóch policjantów. Pokazali mi nakaz zatrzymania mnie i doprowadzenia do sądu w Warszawie 2 marca. Próbowałem ich przekonać, że wybieram się jutro do Warszawy na rozprawę, ale usłyszałem, że muszą wykonać polecenie sądu – opowiada Adam K. Dostał 5 minut na spakowanie bielizny, zabranie lekarstw na nadciśnienie tętnicze i pożegnanie się z rodziną. Żona dostała spazmów, on był w szoku. – Zawieziono mnie do szpitala, badanie trwało nie więcej, jak półtorej minuty. Lekarz od niechcenia przyłożył słuchawki, widziałem pogardę w jego oczach. Traktował mnie jak bandytę – opowiada. – Potem przewieziono mnie na komendę do aresztu. Nie dostałem nic do jedzenia, bo było już po kolacji. Rano przyjechali po mnie policjanci z Nowego Sącza. Wyprowadzili mnie głównym wejściem w kajdankach. Jechałem razem z jakimś bandytą. Dopiero teraz przekonałem się, jak można być poniżanym przez policję – opowiada. – Policjanci z Nowego Targu w porównaniu z tymi z Nowego Sącza byli bardzo mili. Po przyjeździe sądeccy funkcjonariusze kazali mi się rozebrać do naga, kazali mi robić przysiady, żeby sprawdzić, czy czegoś nie przemycam w odbycie. Wszystko w obecności innych funkcjonariuszy – opowiada drżącym głosem.
Wszystkie rzeczy, łącznie z bielizną i komórką, odebrali mu jeszcze w niedzielę w Nowym Targu. Kolejną noc spędził w celi w towarzystwie młodego przestępcy, mającego na sumieniu cztery wyroki za rozboje. – Nie zmrużyłem oka, bałem się przy nim zasnąć. Zresztą sama cela była obrzydliwa. Zarzygane materace, zaschnięta na ścianach flegma, koc, którego bym nie dotknął – wspomina. O 3 nad ranem policjanci przyszli po niego. – Specjalnie ze mną jechało do Warszawy aż 3 policjantów. Jeden z nich zapytał, czy będę siedział spokojnie, czy mają mi założyć kajdanki. Jechałem na wąskiej ławce, bez możliwości przytrzymania się czegokolwiek. Jak worek ziemniaków. Tyle kilometrów. Ciągle nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Dlaczego jestem traktowany jak bandyta, przecież nic nie zrobiłem, jestem świadkiem – przypomina. – Poniżanie, permanentne mówienie do mnie na \"ty\", wszechobecna pogarda. Nie życzę nawet wrogowi takiego traktowania – dodaje.
Policjanci doprowadzili go do sali rozpraw. Sędzia zapytał Adama K., czy się stawi na kolejne rozprawy, czy woli ten okres przeczekać w areszcie. Gdy powiedział, że się stawi, policjanci zostali zwolnieni.
Adam K. nie krył irytacji. Zapytał, dlaczego został tak potraktowany. Usłyszał, że nie dostarczył zwolnienia od lekarza sądowego, a to, które przesłał faksem, zostało przez sąd uznane za nieważne. Chciał wytłumaczyć, że telefonował do sądu i usłyszał, że zwolnienie jest w porządku. Nie miał obowiązku wiedzieć, że musi iść do lekarza ze specjalnymi uprawnieniami. Nikt mu tego nie powiedział. Sędzia nie chciał go jednak już słuchać i zaczął przesłuchanie.
– To najbardziej traumatyczne zdarzenie, jakie mi się przytrafiło w życiu. Mnie, mojej żonie, rodzicom, dzieciom – podkreśla. – Proszę sobie wyobrazić, że w poniedziałek, gdy już byłem w areszcie w Nowym Sączu, policjanci przyszli po mnie pod adres warszawski. Taki mają bałagan – opowiada. – A jakie to koszty? Areszt, trzech policjantów traci cały dzień na przywiezienie mnie do Warszawy, koszty benzyny. Lepiej, żeby ten czas i pieniądze policja przeznaczyła na łapanie prawdziwych bandytów – dodaje.
Twierdzi, że za nerwy i upokorzenie, które go spotkało, nie odpuści. Zamierza złożyć zażalenie na decyzję o zatrzymaniu go, a potem żądać odszkodowania za straty moralne i narażenie zdrowia najbliższych. – Nawet gdyby to działanie było zgodne z prawem, to jak można zwykłego obywatela, który jest tylko świadkiem w sprawie, traktować jak bandytę.? I dlaczego od razu zostałem aresztowany, przecież powinienem najpierw dostać grzywnę? – pyta retorycznie.
Bardzo podobną sprawę dotyczącą tego samego sądu opisywała Gazeta Wyborcza 2,5 roku temu. Podobnie jak Adam K. została potraktowana księgowa z Łodzi, która nie odebrała wezwania na rozprawę. Sprawa dotyczyła jakiejś błahej historii. Noc w areszcie, rozbieranie się do naga, sikanie pod nadzorem, kajdanki. I wszystko według rzecznika sądu zgodnie z prawem.
My także zwróciliśmy się do rzecznika Sądu Okręgowego w Warszawie o komentarz w tej sprawie: – Sąd podjął taką decyzję, bo zaświadczenie lekarskie zgodnie z wymogami nie usprawiedliwiało nieobecności świadka. Zaświadczenie musi być od lekarza sądowego. Żeby wykonać takie orzeczenie doprowadzenia, musi być ono połączone z zatrzymaniem – powiedział nam Wojciech Małek.
Beata ZalotInicjały bohatera artykułu zostały zmienione.
0 0
cyt.-\"I ze policjanci, z którymi niejednokrotnie miałem kontakt tak inaczej zachowują się wobec ludzi zatrzymanych* każdy głupi wie jak pieski zachowują się na ulicy ,na klatkach schodowych, na imprezach ogólnie w cywilu wręcz by ci w kakao weszli ale na służbie !w śród koleżków wychodzi prawdziwa natura ,tam zakompleksiony tchórz a na posterunku cham ,pan i władca!pieski tak mają nie ubliżając zwierzątkom .Sam doświadczyłem to za komuny więc wiem!Widzę ze \'władza\' się nie zmieniła! wstydliwy zawód jak by nie patrząc
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz