Czy praca urzędnika może być pasjonująca? Dla Bogusława Giełczyńskiego karty meldunkowe, dane ewidencyjne, różne świstki to nie tylko ciekawa lektura i skarbnica wiedzy, ale także zaczątek dalszych poszukiwań.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"8323"}
Zbiera nie tylko dokumenty, ale także fotografie, różnego rodzaju legitymacje i inne pamiątki historyczne. Tropi wszelkie wzmianki w gazecie na interesujące go tematy, wyszukuje informacje w książkach. Przeprowadza wywiady ze świadkami wydarzeń i spisuje z tych rozmów notatki. Ma imponującą wiedzę na temat Ognia, Kenkart czy Romów w Nowym Targu. Każdy temat to oddzielna teczka.
Dziś jest naczelnikiem Wydziału Spraw Obywatelskich w nowotarskim magistracie. Od 44 lat pracuje w tym samym urzędzie, który w ciągu tych lat zmieniał wprawdzie kilkakrotnie nazwy, ale pan Bogusław zajmował się zawsze podobnymi rzeczami.
Kiedy w 1966 roku, tuż po maturze, zaczynał tu pracę, było to Prezydium Powiatowej Rady Narodowej. Zaczynał pracę na stanowisku praktykanta w Wydziale Spraw Wewnętrznych. Na dowód pokazuje pierwszy angaż. Zarabiał 950 zł.
Czas spluwaczek i FrańTamte czasy pamięta stojąca na biurku naczelnika maszyna do pisania „Optima”. Pracuje na niej do dziś. Z komputera korzysta sporadycznie. – To były jeszcze czasy telefonów na korbkę. W każdym sklepie były spluwaczki i napis, że tylko tam można spluwać. W mieście była też wypożyczalnia pralek – „Frani” – wspomina czasy, kiedy zaczynał pracę. Po roku awansował z praktykanta na młodszego referenta. Pokazuje kolejny dokument i zaświadczenia o zdanych w Krakowie egzaminach.
– To była bardzo ciekawa praca, cały czas jeździłem po powiecie, nadzorowałem gromady i miasta – opowiada. Jeździł autobusami, a bywało, że spore odległości pokonywał na piechotę. Do Ochotnicy docierał pieszo na skróty z Knurowa. Potem na wieczorny autobus czekał w barze, w którym serwowano tylko piwo i paluszki. To były czasy, kiedy w Ochotnicy nie było jeszcze prądu, podobnie jak w Lipnicy Wielkiej.
Pracował też przy każdych wyborach, był przedstawicielem Prezydium. – Pamiętam, jak jeden z I sekretarzy PZPR kazał nam spisywać wszystkie dopiski, jakie były na kartach do głosowania. Ludzie pisali, co myślą na temat kandydatów. Było trochę przekleństw. Wszystkie zgodnie z wolą sekretarza skrupulatnie spisaliśmy – śmieje się.
Przyznaje, że za komuny nie miał łatwo, bo nigdy nie należał do partii. Nagabywany był systematycznie, zawsze mówił, że się zastanowi, i tak dotrwał do 1989 roku.
Słodowy na wczasach w KrościenkuJuż w latach 60. miał słabość do gromadzenia różnych dokumentów. Do nowotarskiego Prezydium musieli się zgłaszać wszyscy, którzy przyjeżdżali na dłużej do powiatu, nawet na wczasy. Jego wydział prowadził statystyki wczasowiczów. Pan Giełczyński do dziś zachował karty znanych osób, które wypoczywały w tym regionie. Na dowód pokazuje zgłoszenie meldunkowe Adama Słodowego, który w sierpniu 1974 odpoczywał w Krościenku ze swoją o bez mała 20 lat młodszą żoną.
Pan Bogusław interesuje się też dziejami swojej rodziny. – Giełczyńscy to stary nowotarski ród szlachecki. Mój praszczur dotarł do Nowego Targu najprawdopodobniej w okresie Konfederacji Barskiej. Mój pradziadek i dziadek mieli tartak, młyn. W domu z pokolenia na pokolenie przechowywane były dokumenty, najstarszy z 1812. Te dokumenty traktowane były jak relikwie – opowiada. Zaczął szperać dalej, natrafił na dokument z 1791 roku, w którym Walentinus Giełczyński występuje jako przedstawiciel burmistrza przy wyborze cechmistrza. Od Walentego zaczyna się wykonane przez pana Bogusława drzewo genealogiczne rodu. Podobne wykonał dla Fryźlewiczów, a teraz zajmuje się genealogią rodu Wielkiewiczów.
Niebieska KenkartaPrzez lata zbierał też Kenkarty, czyli dowody tożsamości wydawane przez władze niemieckie wszystkim nie niemieckim mieszkańcom Generalnego Gubernatorstwa. Na Podhalu Niemcy propagowali ideę odrębnego państwa góralskiego – Goralenvolk. Ci, którzy opowiedzieli się za przynależnością do Goralenvolku, otrzymywali zamiast Kenkart polskich, niebieskie Kenkarty góralskie z literą „G”. – Nie każdy, kto brał Kenkartę góralską, był zdrajcą. Były różne powody. Jedni brali na wszelki wypadek, brał ją jeden w rodzinie. Inni brali taką Kenkartę licząc, że dzięki niej unikną wywózki na roboty do Niemiec. Byli też tacy, którzy liczyli na profity – twierdzi pan Giełczyński. Zaznacza, że o tym, czy ktoś dostawał Kenkartę góralską czy polską, decydował Komitet Góralski. Najwięcej góralskich Kenkart było w Kościelisku, Szczawnicy, w Cichem, najmniej – w Krościenku, Szaflarach. – W Szczawnicy było dużo, bo tam była niemiecka szkoła policyjna, była też siedziby straży granicznej. A tam, gdzie blisko byli Niemcy, ludzie się bali. Tak samo było w Nowym Targu, gdzie z kolei było duże skupisko administracji niemieckiej. W Kościelisku z kolei agitował Krzeptowski. A w Cichem czy Białym Dunajcu tak dużą liczbęć Kenkart góralskich (ponad 90%) mieszkańcy zawdzięczali gorliwości wójtów. Z kolei w Czorsztynie za Goralevolkiem opowiedziało się tylko 2% mieszkańców, w Szaflarach – 3%, w Waksmundzie – 4% – opowiada.
Nie oceniam OgniaKolejna teczka poświęcona jest Ogniowi, czyli Józefowi Kurasiowi. Bogusław Giełczyński ma wszystko, co ukazało się na jego temat – dokumenty, fotografie, wycinki prasowe, książki. Pokazuje oryginalne zaświadczenie podpisane przez Ognia z 8 kwietnia 1945 roku, dotyczące śmierci jednego z jego partyzantów. Podkreśla, że fascynuje go historia tego słynnego dowódcy, ale jest daleki od chęci oceny jego postępowania. – Żeby go ocenić, trzeba by znać fakty; wiedzieć na pewno, co zrobił Ogień i co zrobili jego ludzie na jego rozkaz. Po drugie wiedzieć, co zrobili jego ludzie bez jego rozkazów. Po trzecie co zrobili ci,, którzy podszywali się pod Ognia, a po czwarte co było prowokacją UB. A takiej wiedzy nie mam – podkreśla.
Cyganie nowotarscyKolejna teczka kryje tajemnice nowotarskich Romów. Najstarszą wzmiankę o nich pan Giełczyński znalazł w księgach parafialnych z roku 1868. Był to akt zgonu Marii Mirgi. – Cyganie mieszkali na obrzeżach Nowego Targu – musiały być spełnione dwa warunki – bliskość potoku i lasu. Ci nasi wywodzą się z Cyganów górskich, zajmowali się handlem końmi, kowalstwem. Nie lubili Cyganów wędrownych. Gdy tacy pojawiali się w Nowym Targu, informowali od razu policję, żeby im nie przypisywać ewentualnych kradzieży – opowiada.
Kolejne dokumenty dotyczą 1951 roku. Wtedy w Nowym Targu – według ewidencji – było 90 Romów – 28 mężczyzn, 20 kobiet i 42 dzieci. Mieszkali na Górnym Kowańcu, na osiedlach – Robów, Zadział i Gazdy. Do bloków przesiedlono ich na siłę w 1963 roku.
Stan wojenny
„Polska jest jedna, wspólnymi siłami musimy ją wydźwignąć z niedoli. Nikt nas w tym nie wyręczy” – to słowa Wojciecha Jaruzelskiego z zachowanej ulotki wydanej w czasie stanu wojennego. Z tego mrocznego okresu pan Bogusław ma wszystkie obwieszczenia, wycinki z gazet, przepustki, nawet wykaz dyżurów w magistracie. Pokazuje pisemne polecenie dla urzędników magistratu, dotyczące oszczędności. Autor radził np. wykorzystywać obustronnie koperty czy zbiorowo kopertować pisma do jednej instytucji.
Równie bogate są zbiory dotyczące okresu okupacji w Nowym Targu – obwieszczenia, dokumenty, fotografie, wyroki śmierci z 1939 roku.
Są też pamiątki związane ze strażą pożarną. Bo Bogusław Giełczyński jeszcze dłużej, niż urzędnikiem, jest strażakiem OSP. Należy do straży prawie 50 lat (od 1963 r.). Od 1997 roku jest prezesem Zarządu OSP na Kowańcu. Już dziś myśli o zbliżającym się jubileuszu. – To najstarsza jednostka na Podhalu, w przyszłym roku będziemy świętować 130-lecie – podkreśla.
Pan Giełczyński ma udokumentowany każdy fragment swojego życia – awanse, umowy o pracę, zaświadczenia o skończonych szkoleniach, pochwały i podziękowania. Kiedyś zagrał epizod w polsko-węgierskim filmie „Powrót do domu”. Zdjęcia kręcone były w Tatrach. Za jeden dzień zdjęciowy dostawał 300 zł. Na dowód pokazuje umowę, jaką z nim podpisał producent filmu.
Świadectwo tożsamości konia – Chce pani zobaczyć, jak wyglądało zezwolenie na budowę domu w 1900 roku? – pyta retorycznie pan Giełczyński. – Wystarczyła jedna kartka – jest na niej wszystko – jaki dom, ile okien, ile drzwi, jaka powierzchnia, jaka odległość ubikacji od domu i do tego szkic-mapka – na dowód pokazuje dokument. – Nie to, co teraz – dodaje.
W zbiorach pana Bogusława są najrozmaitsze dokumenty i pamiątki. Zaświadczenie tożsamości konia z 1956 roku. Oryginalny angielski hełmofon z czasów bitwy o Anglię. Guzik od munduru żołnierza Andersa czy popielnica z pocisku z początku XX wieku. Można by tak wymieniać i wymieniać…
– Trzeba będzie to wszystko uporządkować i przekazać do Muzeum Podhalańskiego, żeby było dla potomności. Ludzie nie mają szacunku dla takich rzeczy, często wyrzucają do śmietników, a to przecież nasza przeszłość, nasza tożsamość – podkreśla.
Beata Zalot
0 0
A czy czasem takie ujawnianie kto i gdzie kiedy i z kim przebywał na wczasach to czasem zgodne z prawem?
A takie zbieranie tych kart z kolei nie jest sprzeczne z ustawą o ochronie danych osobowych?
Z tego co mi wiadomo zbiór takich danych musi byc zgłoszony do ewidencji.
Nie wiem czy czasem ten pan nie złamał prawa.
0 0
A już na pewno na miejscu pana Słodowego tobym podał pana zbieracza do sądu za ujawnienie prywatnego życia
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz