Centrum przemysłu drzewnego czy wieś letniskowa nastawiona na turystów - mieszkańcy Mszany Górnej próbują znaleźć swą receptę na trudne czasy.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"14052"}
Encyklopedie podają, że to wieś letniskowa. Mszana Górna ciągnie się 7-kilometrowym łańcuchem przysiółków wzdłuż drogi wiodącej ze swej \"dolnej\" odpowiedniczki do Lubomierza i dalej do Kamienicy. Wydawać by się mogło, że jest położona wręcz idealnie dla rozwoju turystyki, jednak trudno tu mówić o dużym ruchu nawet w środku sezonu. Są co prawda pokoje gościnne i gospodarstwa agroturystyczne, ale na nadmiar gości nikt nie może narzekać. Przejeżdżając przez wieś drogą nr 968, biegnącą doliną Mszanki i bezleśnymi wzniesieniem Kociej Górki, częściej można napotkać tartaki i zakłady zajmujące się obróbką drewna, niż tętniące życiem pensjonaty. Bo drewno to niemal od zawsze główne źródło utrzymania dla liczącej ponad 2,5 tys. mieszkańców wsi. Są jeszcze inne firmy - wytwórnia pierogów, kilka sklepów, a nawet oblegana w weekendy przez młodzież dyskoteka \"Stodoła\". Niewielu pozostało przy rolnictwie, choć trudno mówić o specjalizacji - każdy próbuje się utrzymać tak z zasiewów, jak i z hodowli.
Zofia Niedośpiał obsługuje klientów za ladą stoiska z wędlinami jednego z miejscowych sklepów. Przyznaje, że marzy jej się niewielkie, rodzinne gospodarstwo agroturystyczne, które mogłaby poprowadzić wspólnie z dziećmi. Cała szóstka potomstwa jest już dorosła, a mama coraz bardziej martwi się, czy uda się je zatrzymać w rodzinnej wsi. Wspólny interes wydawałby się strzałem w dziesiątkę - pokoje gościnne ze swojskim jedzeniem, zwierzętami, łowieniem ryb w pobliskim potoku byłyby idealną przystanią dla mieszczucha z Krakowa czy Warszawy. - Może dzieci się za to wezmą. Jest ciężko, szczególnie z pieniędzmi, bo trzeba sporo zainwestować. Mamy budynek, w którym można by wygospodarować pokoje. Wcześniej mieliśmy swoje gospodarstwo - trzy hektary ziemi, krówka, jakieś kurczaki, ale zlikwidowaliśmy, bo się nie opłacało.
Czy teraz się uda? Fundusze unijne na inwestycje w turystykę już się kończą. Zofia obawia się, że teraz, gdy wszyscy dookoła mówią tylko o kryzysie, nie wiadomo, czy młodzi nie uciekną za granicę. Tak jak wcześniej wielu ich znajomych, którzy kilka lat temu powyjeżdżali do Irlandii, Norwegii czy Niemiec. - Tu, jeśli człowiek nie napracuje się tak mocno, że na oczy nie widzi, to nie ma szans na godziwy zarobek - przyznaje.
Kilkadziesiąt metrów od niewielkiego kościółka w centrum Mszany Górnej uwagę przyciągają białe ogrodzenia i pasące się konie. To niewielki ośrodek jeździecki Apacz - oczko w głowie Roberta Sławeckiego i jeden z przykładów na to, że na turystyce, także tej w siodle, można zarobić. Jeśli tylko ma się pasję, upór i wizję.
Robert siada w niewielkim pomieszczeniu nieopodal stajni. Na ścianach, na drewnianych kołkach wiszą sportowe siodła jeździeckie. Kupił je za unijną dotację na rozwinięcie własnego biznesu. Pochodzi spod Nawojowej, przyjechał w Gorce 8 lat temu - w Rabie Niżnej zaczął uczyć wuefu. Założył drużynę rugby, a zimą uczy narciarstwa na stoku w Lubomierzu.
- Jeździłem konno w rajdach długodystansowych - wspomina. - Jak zobaczyłem te tereny, rozległe jak w Bieszczadach, to powiedziałem sobie, że bez konia nie da rady. Na początku miałem dwa, potem pojawiły się kolejne, potem doszły kolejne na hotel.
Wkrótce potem za opiekę otrzymał 3,5 hektara pastwisk w jednym kawałku. W odróżnieniu od innych ośrodków \"Apacz\", koncentruje się na górskich rajdach. Po przeszkoleniu można wskoczyć w siodło, by wyruszyć na rajd w góry - na Stare Wierchy, Mogielicę, Ćwilin, Turbacz, cały Beskid Wyspowy, a nawet na trzytygodniową wędrówkę w Bieszczady.
Jak się okazuje, do koni szybko zapaliły się miejscowe dzieci - jeździ tu już spora grupa pasjonatów turystyki w siodle. Choć przy drodze nie ma nawet szyldu, to bywa, że zatrzymują się kierowcy wracający do Krakowa, by zapytać się o możliwość konnej wędrówki. Najwięcej chętnych udaje się jednak zdobyć głównie pocztą pantoflową oraz przez stronę internetową.
- Ci, co mają konie, wiedzą, że dużo jeździmy po górach, więc chętnie sami dołączają do rajdów - cieszy się Robert. - Początkowo myślałem, że może będzie się to jakoś kręcić, ale okazuje się, że zainteresowanie jest coraz większe. Chyba będziemy musieli rozbudować stajnię. Na wiosnę planujemy zawody - cross terenowy połączony z 30-kilometrowym rajdem po okolicznych górach.
Józef Figura
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz