Kubę wyłowili z Wisły, gdy chciał się utopić. Zimny przeraził się, gdy na kacu miał halucynacje, Jacek wziął się za siebie, gdy zobaczył, że powoli traci wszystko. Nałóg przyprowadził ich do Koninek.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"8165"}
Wszyscy mówią na niego „Kuba”, ale jego prawdziwe imię to Marian. Ma 55 lat, z czego 20 jest trzeźwy. Jak przyznaje, pił przez 16 lat. Dziś sam jest terapeutą. Prawdziwy kryzys przeszedł, gdy miał 34 lata. Rozpadło się jego małżeństwo, a on sam poszedł się utopić w Wiśle. Nie udało się. Uratował go jakiś przypadkowy przechodzień. Kuba, zamiast na cmentarz, trafił do psychiatryka. Tak zaczęło się jego nowe życie.
Tylko kibel czyścićW Kobierzynie, jak dziś przyznaje, lekarze „pastwili się” nad nim, by przywrócić mu chęć do życia. Był w depresji alkoholowej. Dopiero po trzech miesiącach na oddziale psychiatrycznym mógł trafić na odwyk. – Na początku nie byłem zdolny podjąć terapii. Fizycznie byłem sprawny. Na oddziale była toaleta. nierzadko ludzie psychicznie chorzy załatwiali się obok. A ja uważałem, że jeśli się do czegokolwiek w życiu nadaję, to tylko do sprzątania kibli. I przesiadywałem tam, sprzątałem. Często pielęgniarki siłą wyciągały mnie stamtąd. Dopiero potem odzyskałem wiarę w siebie – wspomina Kuba.
Największym ciosem było rozstanie z córką. Gdy odszedł z domu, był przekonany, że wszystkim „jeszcze pokaże”, gdy przyjedzie nową furą. Wtedy Madzia miała dwa latka. Następny raz zobaczył ją dopiero, gdy miała 8 lat. Zastąpił ją alkohol. Najdłuższy ciąg, w jaki wpadł, trwał od Wigilii do żniw. Osiem miesięcy ciągłego pijaństwa. – Trudno było sobie poradzić z samotnością. Człowiek chce sobie udowodnić, że nie jest źle. Idę z kumplem na piwo. Widzę po drugiej stronie ulicy gościa, który pcha dziecięcy wózek. Coś w gardle ściska, ale potrafię powiedzieć tylko – „ty, popatrz jaki pantoflarz!”. Zawsze znajdowałem sobie jakieś wytłumaczenie. Widziałem winnych wszędzie i we wszystkim, tylko nie w swoim piciu – dodaje.
Madzię zobaczył w 1990 roku, gdy już od jedenastu miesięcy nie pił. Spotkanie umówiła jego matka. Cieszył się, ale i bał, do tego dochodziła niepewność, jak dziecko przyjmie widok swego nieznanego ojca. A ona przyszła, po prostu przywitała się, przytuliła i wyszepnęła „cześć”. – Kawał ciężaru spadł ze mnie. Córka nauczyła mnie jeszcze jednego – za drugim razem po spotkaniu zarzuciła mi rączki na szyję i powiedziała przy drugim rozstaniu „kocham cię”. Jakbym chciał wytłumaczyć komuś, na czym polega prawdziwa miłość, to na dawaniu, nie żądając niczego w zamian. Tak po prostu bezinteresownie. Po sześciu latach potrafiła to powiedzieć tylko dlatego, że jej ojciec się pojawił.
Kuba stosunkowo szybko z pacjenta sam został terapeutą. Po wyjściu ze szpitala zwolnił się z pracy w hucie, znalazł etat u znajomego. Ale jeździł często do Kobierzyna, bo nie miał gdzie spędzać czasu. Po roku pielęgniarki zażartowały, żeby przyszedł do nich do pracy. I tak rok po opuszczeniu odwyku został pielęgniarzem na oddziale, gdzie sam się wcześniej leczył. Później jego terapeuta zaproponował mu pójście w swoje ślady.
Kobierzyn odmienił także jego życie osobiste. Pierwszą osobą, którą zauważył po przebudzeniu się po nieudanym samobójstwie, była Alicja – kobieta w białym kitlu, z francuskim warkoczem. W pierwszej chwili pomyślał, że to niebo. Nie przypuszczał nawet, że za sześć lat zostanie jego żoną. – Gdyby mi kiedyś ktoś powiedział, że życie może napisać taki scenariusz, to bym mu powiedział, że jest lepszy od Andersena. To wydawało się niemożliwe – wspomina.
Kuba przepracował w Kobierzynie osiem lat. Tam poznał Marka, przedsiębiorcę z Koninek, który trafił na odwyk. Pomógł mu wytrzeźwieć. Trzy lata temu Marek zaproponował mu poprowadzenie terapii w jego prywatnym centrum uzależnień, które założył w Koninkach. Zgodził się bez wahania. – Tu są idealne warunki, bo alkoholizm to choroba umysłu, ciała i duszy. To miejsce, klimat oddziałuje na wszystkie te sfery. To dodatkowy plus, by obudzić się na trzeźwo. Drugi plus to fakt, że ten ośrodek prowadzi rodzina, która przeszła przez to samo, co wszyscy pacjenci. Oni też mieszkają, żyją razem i pokazują, że da się funkcjonować na trzeźwo – przekonuje.
Dziś w kilkuosobowych grupach pozbywają się swych uzależnień różni ludzie. Głównie są to alkoholicy, ale bywa, że narkomani, nałogowi hazardziści czy nie odrywający się od komputera siecioholicy.
Komfort piciaJacek ma 35 lat. Zaczął pić jeszcze w podstawówce. Studiował resocjalizację, ale obraził się po tym, jak wykładowca wyrzucił go z zajęć za to, że przyszedł z kumplem pijany. Potem rzuciła go dziewczyna, bo pił, więc pił więcej dlatego, że rzuciła go dziewczyna. Pracował, więc pił głównie w weekendy – od piątku do niedzieli. Po namowach siostry zaczął chodzić na terapie półotwarte. Jak sam przyznaje – to mu zapewniało komfort picia. – Dopiero potem Kuba uświadomił mi, że alkohol zaczął mi odbierać to, co najważniejsze. Lubiłem sport, jestem sędzią w niższych ligach i z czasem przestałem chodzić na mecze. Kiedyś pisałem do gazetki parafialnej, ale i to powoli zacząłem ograniczać – wspomina. W końcu wpadł w ciąg. Pojawiły się drgawki, skoczyło ciśnienie. Kuba zaproponował mu leczenie w Koninkach. We wrześniu 2008 zaczął terapię. Nie pije już od półtora roku. Systematycznie chodzi na mitingi AA, coraz częściej wraca też do Koninek. Tu zaraził się pasją historyczną, pomaga Markowi opracować materiały do folderów i opracowań dotyczących Armii Krajowej.
Zaczynam od nowa„Zimny” pochodzi z Białegostoku, ale teraz mieszka w Niemczech. Prowadzi swoją firmę zajmującą się handlem antykami. Koninki znalazł przez internet. Przeraziło go, gdy na kacu zaczął miewać halucynacje. – Miałem jakieś omamy, widziałem jakieś cienie, słyszałem, jak ktoś woła mnie po imieniu! – wspomina.
Za wyborem tego ośrodka spośród setek innych przemawiało jego górskie położenie. Przyjechał na sześć tygodni. Nie pił 11 miesięcy. Potem pojawiły się problemy rodzinne. Zapił. Był przekonany, że tym razem będzie miał pełną kontrolę nad alkoholem. Ne wyszło, pił coraz więcej. – Znalazłem się w tym samym punkcie. Zrozumiałem, że nie zrobiłem nic ze swoją trzeźwością. A przecież trzeba ją pielęgnować, rozwijać, żeby nie wrócić do starych schematów.
Zimny przyjechał znów do Koninek, tym razem z żoną. – Muszę się naładować pozytywną energią. Zaczynam od nowa…
Józef Figura
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz