O dawnych czasach może opowiadać godzinami. A w jej historiach pojawiają się przedziwne boginki, których tak naprawdę nikt nie widział, jak najbardziej realne bęsie, smak bimbru z Zarębka czy karpieli ugotowanych na kolację.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"754"}
Dla sąsiadów to po prostu Marysia Montskowa, właściwego nazwiska Klamerus – rzadko się używa. – Jak będziecie do mnie jechać, to zapytajcie o Montskową, inaczej nikt nie będzie wiedział, o kogo chodzi – radzi.
Kiedy zamknie oczy, niemal zawsze widzi Łopuszną. Nie tę współczesną, ale sprzed trzydziestu, sześćdziesięciu, a nawet przeszło siedemdziesięciu lat. Widzi twarze ludzi, pamięta nazwiska, wie niemal wszystko. Dostrzega kościół, szkołę, olejarnię i folusz na Zarębkach oraz knajpę prowadzoną przez Chowańców. Niekiedy słyszy wołanie, niosące się z hal gdzieś w łopuszniańskich górach, i odpowiedź nadchodzącą z waksmundzkich wierzchołków. Ale postacią najbardziej barwną pozostał na zawsze jej ojciec. Jan Montsko był Węgrem.
– Rodzice mu poumierali, gdy był mały. Kiedyś, jako dziecko, siedział przy węgierskiej drodze, a przejeżdżał wozami oddział wojska. Wzięli go, by podwieźć kawałek. Jak usiadł, tak wylądował w Ostrowsku. Przygarnęła go jakaś rodzina, potem poszedł pracować do dworu w Łopusznej i tam już został. By załatwić sobie obywatelstwo, musiał dwa razy udać się na Węgry po dokumenty. Na piechotę! Na nogach też trzy razy szedł do Nowego Sącza. Był wspaniałym człowiekiem... – i nawet dziś po twarzy 81-letniej już Marysi Montskowej płynie łza, gdy wspomni zmarłego przed trzydziestu laty tatę.
Smak karpiela z gęsimi flakamiPani Maria siedzi w ulubionym miejscu w domu – w kuchni. Drobna i szczupła kobieta spogląda oczyma pełnymi radości i energii. Humor i gadatliwość odziedziczyła po ojcu. Ale nie wie, po kim ma serce po prawej stronie. Kiedy w szpitalu robią jej EKG, to zawsze musi o tym przypominać, bo inaczej badanie nie wyjdzie. Lubi wspominać, kiedy obiad się gotuje, a pod blachą trzaska ogień. Zresztą zapach jedzenia też kojarzyć się jej będzie zawsze z tamtą Łopuszną. Bo choć dziś nikt nie je jak dawniej i niemal nikt nie zna smaku karpieli, to gaździna z Łopusznej na kawałku pola co roku sadzi te warzywa. I przyrządza sobie, czasem zaprosi sąsiadkę, by przegryzając karpiele z grulami powspominać dawne czasy.
– Kiedyś to się całkiem inaczej jadło – zaznacza. – Chleb był rzadko. Za to grzyby – na okrągło. W sezonie codziennie rano szliśmy z tatą do lasu i przynosiliśmy, ile było potrzeba. Zresztą po lasach była ich cała masa i to te najlepsze – prawdziwki czy kurki. O jakichś podgrzybkach nikt wtedy nie słyszał. I na śniadanie jadało się grzyby z kwaśnicą i do tego zasmażka. Na obiad znów kapusta z grochem, bobem czy fizołami (fasolą) i do tego grule. Na drugie danie robiło się pęcak na zyntycy albo karpiele na przykład z gęsimi flakami. A na kolację była bryjka – mąka ugotowana na wodzie z masłem albo smalcem.
Oprócz grzybów, karpieli, do dziś w domu Klamerusów pachnie swojskim chlebem. Teraz pani Maria piecze go już tylko na święta, ale w ilościach niemal hurtowych – dla rodziny i sąsiadów. Bo takiego pieczywa to dziś już nikt nie potrafi upiec.
Trzymając bęsia do chrztuŁopuszna i całe Podhale z czasów jej młodości wcale nie są krainą wyidealizowaną. – Ludzie wcale nie byli tacy święci, jak teraz gadają – przyznaje z tajemniczym uśmiechem na ustach. – Po prostu dziewczyn było dużo, chłopaków mniej. I coraz się zdarzało, że we wsi rodził się bęś – nieślubne dziecko. Ludzi patrzyli na to normalnie. Niektórym kobietom udawało się później wyjść za mąż, ale wiele zostawało starymi pannami na całe życie.
Największe napiętnowanie spadało na kobiety i ich dzieci ze strony proboszcza, a ceremonia chrztu miała więcej z makabry, niż kościelnego sakramentu. – Zamiast białej – do chrztu trzymali czarną świecę, całą umazaną pastą. Nie było też mowy, by dziecko trzymali ludzie wybrani przez rodzinę. Ksiądz sam wybierał jakiegoś największego dziada z kościoła i to on był chrzestnym. To było okropne. Dotąd nie wiem, co takie dziecko zawiniło – mówi z żalem pani Maria.
Ale mieszkańcy patrzyli ze zrozumieniem na ludzkie słabości. Czasem tylko wśród dzieci komuś wyrwało się pogardliwe: \"ty bęsiu\" pod adresem kolegi. Jednak w szkole nie było mowy o jakimś gorszym traktowaniu \"gorzej urodzonych\" rówieśników. – Dyrektor Tischner na to nie pozwalał. W ogóle to był surowy, nieraz zdarzyło się, że ktoś dostał, potem dyrektor wychodził na korytarz i wracał do klasy, kiedy wszyscy się uspokoili. Porządek musiał być. A jak któreś poskarżyło się rodzicom, to i od nich dostało, bo nauczyciel zawsze miała rację... – wspomina.
Świat dzieciństwa to także kraina dziwnych postaci. Wiele osób wierzyło w istnienie tajemniczych boginek, które miały wychodzić z lasu przy końcu wsi. Były pokraczne – trochę w nich miało być z potwora, trochę z człowieka. Starzy zaklinali się, że je widzieli, dzieci bały się, ale tak naprawę wszyscy pogodzili się z ich obecnością. I boginki stały się częścią miejscowego życia, a szczególnie towarzyskich opowieści. Bo przecież ani telewizji, ani radia nie było. – Niewiele trzeba było, by się zabawić. W długie zimowe wieczory skubało się pierze po domach, wystarczyło, by ktoś zagrał na koniec na rogatkach, to już były tańce! – mówi z rozrzewnieniem starsza kobieta.
Baby górąŻycie towarzyskie kręciło się także wokół miejscowej knajpy. To tu schodzili się chłopy na tradycyjnego \"jednego\", stąd później wyciągały ich baby, nie szczędząc ostrych słów pod adresem kompletnie pijanego małżonka. Wojna o karczmę trwała długie lata. Jej zamknięcia chciało coraz prężniej działające koło gospodyń wiejskich, zażarcie broniła męska część miejscowej społeczności. W końcu przed kilku laty baby dopięły swego, ale i tak niewiele to zmieniło, bo alkohol można kupić w każdym sklepie. Kto chce pić, ten pije.
Dawniej z dostępnością do wyskokowych trunków nie było tak dobrze, więc często gazdowie musieli radzić sobie sami. Tak powstawał miejscowy trunek – specyfik jednym wychodził lepiej, innym mniej. – Wujek na Zarębku robił świetny bimber ze zboża. Gładka wódka była, że nawet się nie czuło! – zapewnia pani Maria, ta sama, która stała na czele gospodyń, domagających się likwidacji karczmy.
Dziś Łopuszna jest całkiem inna. Większa, nowocześniejsza. Nie ma takiej biedy, jak dawniej. Ale czegoś zawsze będzie jej brakować – zapachu ubogiej góralskiej kuchni, tańców w remizie, pohukiwania pasterzy na leśnych polanach czy pracy we dworze. Na szczęście nie wszystko przepadło – dawna wieś ożywa niemal w każdej rozmowie z Marysią Montskową. A smak przyrządzonych w sobotę moskoli czy świątecznego chleba przywraca radość życia. I przekonanie o ciągłości tradycji.
Józef Figura
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz