– Artystą to ja się nie robię. Wiem zresztą, jak oni kończą. Witkacy popełnił samobójstwo, Van Gogh obciął sobie ucho. Ale swoje wizje mam i potrafię za pomocą siekiery i noża je realizować – mówi Ryszard Ponikwia z Kościeliska.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"4156"}
– To nie ja, ale natura rzeźbi. Ja tylko nieco pomagam – dodaje skromnie. Mieszka na Kierpcówce, kościeliskim osiedlu otoczonym lasami. Nic dziwnego, że każdą wolną chwilę spędza w lesie. – Chałpę wybudowałem, dzieci odchowałem, mogę teraz chodzić po lesie – mówi. Tu odpoczywa, bierze od drzew siłę, modli się, szuka pomysłów do swojej twórczej pracy. Potrafi pięknie opowiadać o drzewach. Najbardziej lubi świerki. – Smrek jest dumny i nie do pokonania, nie da mu rady ani wiatr ani mróz. Bo drzewo ma duszę tak jak człowiek. Dla mnie drzewo to świętość, tajemnicza moc – przekonuje. – Zresztą duszę ma każda żywa istota, każda roślina – czuję to, jak dotykam drzew czy jak głaskam gałązki – mówi. – Jak trzeba, zetnę drzewo, ale nie na zmarnowanie. Jak już musi iść pod siekierę, to tak, żeby z niego coś było. Zawsze mam do drzewa szacunek – podkreśla.
Lubi też kosówkę. – Jak jest stara, powyginana, to przypomina starego człowieka – twierdzi. W lesie znajduje nie tylko natchnienie, ale i budulec do swoich rzeźb. – Wykorzystuję to, co przyroda sama zrobi. Patrzę na korzeń czy konar i widzę już konkretną rzecz. Ja tylko coś do niej dorobię, żeby moja wizja była bardziej czytelna. Udoskonalam przyrodę – śmieje się.
Pokazuje jaszczurkę: – Jak zobaczyłem ten korzeń, od razu zobaczyłem, że to jaszczurka. A tu kozica, proszę popatrzeć. Była w naturze prawie gotowa – pokazuje kolejną ze swoich figurek.
Przejmująca jest historia rzeźby Chrystusa z wrośniętym w głowę łańcuchem. – Łańcuch był przymocowany do konara lipy, bo to była huśtawka. Huśtałem się na niej, kiedy miałem 5 lat – opowiada. – Po 50 latach to drzewo do mnie wróciło. Łańcuch wrósł w konar. A ja zobaczyłem w nim głowę Chrystusa – opowiada. Taka paralela życia.
Potwory z dzieciństwaW pokoju w oczy rzuca się małżeńskie łoże, wyrzeźbione przez Ryszarda. Każdy z rogów zrobiony jest z odwróconego korzenia skarłowaciałego drzewa. Naturalne wybrzuszenia, których przyczyną jest prawdopodobnie jakaś choroba, zamieniły się w głowy potworów. – Ten straszył mnie w dzieciństwie. Dobrze go zapamiętałem – pokazuje jedną z głów. Każdy z boków łoża jest starannie wyrzeźbiony. Z przodu nad ogniem tańczy zbójnik, z tyłu zbójnicy niosą do swojej koliby upolowaną kozicę, a z boku śpią przytuleni do ogromnego biustu, jak w jednym z filmów Almovadara.
Tuż obok ogromna rzeźba z głową Sfinksa, na którą można usiąść niczym na konia. – Starożytne cywilizacje zawsze mnie fascynowały – mitologia egipska, Majów, Azteków. Zresztą w poprzednim wcieleniu też byłem rzeźbiarzem w starożytnym Rzymie – zdradza.
Przy kominku pięknie rzeźbione czerpaki. Nad każdym Ryszard pracował po 3 dni. – Na czerpak trzeba drewna jaworowego, twardego. Żeby wyglądał od razu jak stary, gotuję go, ale nie powiem w czym, bo to tajemnica – wyprzedza kolejne moje pytanie.
Ryszarda wejście w drzewo Tak jak na początku, tak i dziś Ryszard używa tych samych narzędzi – siekiery i noża. Ma tylko 2 dłutka, ale sięga po nie rzadko. Swoimi narzędziami wchodzi głęboko w drzewo, przez co jego rzeźby zyskują wyraziste rysy. Silnie oddziaływają. Są pełne emocji. Pozostaje w nich moc drzewa, z których zostały zrobione.
Z rzeźb trudno żyć, dorabia, robiąc sosręby, rzeźbiąc werandy i inne elementy „w domach panów”– jak mówi. – Przy Strążyskiej rzeźbiłem cały dom takiemu panu, co ma fabrykę ryb w Gdyni. Na linach mnie wiązali, żebym mógł swobodnie rzeźbić u powały. U Niemczyckiego na Bystrem rzeźbiłem sosręby, belki, stoły, stołki. Swój ślad zostawiłem w Nosalowym Dworze. I misyjny krzyż na Cyrhli to też moja robota – wymienia. Dziewięciorniki, lilijki i warkocze spod jego ręki są na tyle charakterystyczne, że rozpoznawalne.
Na początku był biathlonZanim jednak odkrył rzeźbienie, trenował biathlon. Poświęcił mu 15 lat. Zdobywał złote medale na mistrzostwach Polski. Najlepiej wspomina 1975 rok, kiedy zdobył wszystkie możliwe złote krążki – na 10 km, na 15 km i w sztafecie. Na mistrzostwach świata w ZSRR i we Włoszech uplasował się w okolicach 20 miejsca. Kiedy córka Kasia jeszcze jako noworodek zachorowała na zapalenie płuc, porzucił obóz sportowy w Bydgoszczy i wrócił do Kościeliska. Poświęcił sport dla rodziny.
Dziś biathlon trenuje Kasia. 25-letnia sportsmenka była mistrzynią Polski już 10 razy. Na mistrzostwach świata juniorów we Włoszech kilka lat temu była piąta. W ślady ojca poszedł też Robert i Bartek, którzy także mieli swój epizod z biathlonem, zakończony zdobyciem kilku złotych krążków na mistrzostwach Polski. Tylko najmłodsza Dorota poszła swoją drogą – od sportu woli taniec, realizuje się występując w „Poloniarzach”.
– Uprawianie sportu dużo daje, ale i wiele kosztuje – pamiętam pustkę, jaka pojawiła się, kiedy skończyłem trenować – mówi. Na szczęście Ryszard odkrył szybko swoją nową pasję – drzewo. – Trzeba było z czegoś żyć. Na budowę pierwszy raz wziął mnie Staszek Fatla. On powiedział mi, żebym zrobił sosręb. Nie było wyjścia, zrobiłem. Spodobał się – wspomina. Od tego czasu spod jego ręki wyszło ok. 100 sosrębów. Trudno wyliczyć ślady jego siekiery i noży, pozostawione na werandach, karniszach, czerpakach, wykonanych przez niego meblach.
Pomiędzy dwoma światami– O Kasię też się martwiłem. Długo nie miała żadnego stypendium, mimo że odnosiła sukcesy. Jej dalsza kariera z tego powodu wisiała na włosku. Kiedyś na spacerze w lesie złożyłem przyrzeczenie, że jak Kasia dostanie stypendium, pójdę na piechotę do Częstochowy, na pielgrzymkę. W nocy przyśniło mi się miejsce, w którym złożyłem swoją obietnicę. Była tam taka piękna tęcza, po której zszedł Chrystus. Przyszedł do mnie i powiedział, że niepotrzebnie się z nim targuję, chcę coś za coś. Powiedział, żebym po prostu mu zaufał. Powiedział, że Kasia dostanie stypendium, nie z powodu moich obietnic, ale dlatego, że tak jest zapisane. I tydzień później rzeczywiście, przyszła informacja, że Kasia ma stypendium – opowiada Ryszard.
Sny i kontakt ze światem, który nie dla wszystkich jest dostępny, to dla Ryszarda kolejny temat, który mógłby ciągnąć. – Kiedyś umarła babka. W nocy mi się przyśniła, dziękuje za wszystkie przygotowania do pogrzebu, wszystko jej się podobało, tylko miała jeden żal – dlaczego jej założyli do trumny dziurawe skarpetki? Nie wiedziałem, o co jej chodzi, ale rano poszedłem do mamy i opowiadam sen, a ona mówi, że jak babkę ubierała w rajstopy do trumny, to rzeczywiście, zrobiła się niewielka dziura, prawie niewidoczna, więc już ich nie zmieniała – opowiada.
Ten drugi świat – tajemniczy, nie dla wszystkich dostępny, kusi Ryszarda tak samo, jak las. I tak samo pomaga, i tak samo daje natchnienie i siłę. Ale to już temat na zupełnie inną historię.
Beata Zalot
0 0
to ostatnie to antylopa?
0 0
koziorożec?
0 0
Ta z wasami to napewno baba.
0 0
ta głowa z wąsami to jest Chrystus
0 0
Różne rzeczy widziałem i słyszałem ale w te bajki nie wierzę .
0 0
Nie trzeba modlic się do drzew ale z ludzmi życ jak trzeba .
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz