Będę zdrowszy, silniejszy, bardziej pracowity? Wątpię. Ale czuję, że po przejściu przez żar ogarnia mnie euforia. Po co ludzie to robią? Nie wiem. A właściwe nie wiedziałem do zeszłej soboty.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"4348"}
Witów, ogród przy Zajeździe „U Józefa”, godzina 18. Jarosław Siergiejewicz rozpala misternie poukładaną stertę drewnianych polan. Pryzma ułożona jest na długości mniej więcej trzech metrów, a stos ma wysokość blisko trzydziestu centymetrów. Po chwili ogień bucha, a wokół niego gromadzi się gromadka gapiów i przyszłych uczestników. – Ja już wcześniej chodziłem po żarze. To fantastyczne uczucie i całkiem bezpieczne. Bo co to jest 600 stopni? Przecież płomień świeczki gasimy palcami, choć ma blisko 1500 stopni! – przekonuje Bogdan Palarz z Czarnego Dunajca.
Właściwie niewiele osób podziela jego entuzjazm, za to wokół ogniska słychać głównie dowcipkowanie. Przygotowanie ścieżki żaru przedłuża się. Ale każdy widzi, że nie ma tu żadnych tricków – po prostu polana zaczynają się rozpadać na mniejsze kawałki, te organizatorzy wyrównują, by stworzyła się kilkumetrowa ścieżka. W powoli zapadającym zmroku widać żarzące się czerwone węgielki. Nie ma kitu – nikt tego nie polewa wodą czy pianką. Żadnej ochrony. Gdyby ktoś się wystraszył, może zeskoczyć w bok na polaną wodą trawę. To jedyna asekuracja.
Gdy wszystko jest prawie gotowe, trener prosi, by ci, którzy będą chcieli przejść przez ogień, zdjęli już buty, żeby stopy „poczuły ziemię”. – Jak przejść bezpiecznie? – radzi Jarosław Siergiejewicz, trener i instruktor firewalkingu. – To chodzenie – nie wolno biec, bo to niebezpieczne. Idziemy w normalnym tempie, żeby poczuć podłoże. Nie patrzymy pod stopy, tylko przed siebie. I najważniejsze – musimy wybrać sobie jakiś cel, dla którego idziemy. Każdy, kto stanie przed, poczuje opory. Najtrudniejszy jest pierwszy krok. Dopiero teraz poczuje się przyjemne podłoże – niektórzy chłód, inni ciepło, inni, że chodzą po piaszczystej plaży. To przyjemny, mały żar, który ma swoją temperaturę i jest bezpieczny.
Pokonać strachChodzeniu po ogniu zwykle towarzyszy aura niezwykłości – od wieków był to przywilej świętych, szamanów, mistrzów nauk tajemnych. Do dziś w Indiach robią to dla celów zdrowotnych. Jak przekonuje trener – to lepsze, niż masaż stóp, pobudzające niczym akupresura wszystkie punkty ciała. Chińczycy uznają, że to wyzwala niezwykłą energię w człowieku. W Grecji i Bułgarii w ten sposób manifestuje się swoją wiarę – ludzie uważają, że to Bóg pozwala im przejść, a nawet unieść się nad żarem, by stopa nie zetknęła się z ogniem.
– Najważniejsze to udowodnić sobie, że jest się w stanie osiągnąć wszystko, że ludzkie możliwości są ogromne i mamy tego namacalny dowód. Nie ma przed nami żadnych przeszkód. To tylko 600 stopni. I każdemu się wydaje, że to niemożliwe – dodaje.
Jako pierwszy przechodzi Siergiejewicz – spokojnie stawia pierwszy kok na rozpalonych węglach, wreszcie następny i dociera do końca. Potem kolejni. W końcu przychodzi czas na mnie. Staram się nie myśleć o temperaturze, wbijam wzrok w świerki w oddali i ruszam. To dziwne, ale nieraz rzeczywiście bardziej palił mnie w stopy rozgrzany piasek na plaży. Kolejne kroki, gdzieś na sklepieniu stopy czuję lekkie pieczenie, ale to nie ból. Przechodzę te kilka metrów i nic. Nie mam żadnych oparzeń ani bąbli. Czuje przyjemne ciepło pod stopami i mam wrażenie niesamowitej lekkości. Po chwili przychodzi wręcz uczcie euforii, że się odważyłem i udało się.
Krzywizny czasoprzestrzeniCud? Trans? Zjawisko paranormalne? Nic z tych rzeczy. Na swojej stronie internetowej organizatorzy przekonują, że to zwykła fizyka. Przytaczają opinię nieżyjącego już prof. Sławomira Hulanickiego, który badał niewrażliwość organizmu ludzkiego na kontakt z żarem. „Każde ciało tworzy własne pola, formując swą prywatną przestrzeń” – pisał uczony. „Ludzie, chodzący po ogniu, wytwarzają dość silne pola grawitacyjne, skierowane przeciwnie, niż pole wytwarzane przez gorące przedmioty, w rezultacie czego powstają dwie odrębne krzywizny czasoprzestrzeni, pomiędzy którymi zawarta jest zupełna pustka i stąd do stóp chodzącego po ogniu nie może dotrzeć ciepło w żaden ze znanych sposobów jego rozchodzenia się. Innym problemem jest umiejętność wytwarzania i kierowania tym polem grawitacyjnym”.
Ale po co?– Po co to wszystko? – zastanawia się trener. – Tego typu imprezy organizujemy głównie podczas szkoleń integracyjnych – jeśli mamy jakiś zespół, pracowników firmy, chcemy im udowodnić, że mogą osiągnąć każdy cel, który sobie postawią. To bardzo praktyczny trening. Efekty widać. Managerowie potwierdzają, że efektywność zespołu wzrasta. Mieliśmy uczestnika, który po przejściu ścieżki żaru zabrał się za odkładane od lat pisanie książki. Nie odrywał się od pracy przez czterdzieści godzin!
Jarosław Siergiejewicz przeszedł przez ścieżkę ognia półtora roku temu. Od tego czasu sam przeprowadził około 50 grup, a uczestniczył w kolejnych 70 takich imprezach.
Teraz przygotowuje się do bicia rekordu Guinnessa w liczbie osób naraz chodzących po żarze. W czerwcu wraz ze swymi współpracownikami chce zebrać około 400 śmiałków, którzy wcześniej przynajmniej raz pokonali ścieżkę żaru.
Józef Figura
0 0
to o tych polach ... to jakas magia ..sądze:-) a przynajmniej z czasoprzestrzenia...co wytwarza pustke...;
natomiast samo chodzenie po żarze jest ok
czy zawsze musimy na wszystko miec jakies wytłumaczenie?
0 0
Ja tam wole jednak chodzic po gorącym piasku
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz